[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Berlina.
Zgubiłem moich prześladowców i znalazłem się nad tym miastem tak szybko, że nawet czujna artyleria
nie od razu powitała mnie ogniem. Wykorzystałem ten moment i zniżyłem się nad same dachy, by utrudnić
celowanie z ziemi. Gnałem tuż nad płonącymi domami i pokiereszowanym labiryntem ulic. Pod skrzydła
podchodził w ułamkach sekund obraz niesamowitych zniszczeń, pędziły całe dzielnice gruzów, buszowały
pożary, unosił się dym i bukiety iskier. Po chwili cały Berlin uciekł w tył, rozpłaszczył się w oddali i utonął
w ciemnej chmurze. Leciałem samotnie nad polami i opustoszałymi osadami. Robiło się szaro, słońce
zawędrowało na kraniec horyzontu i zawisło nad nim jak czerwony dysk.
Gdzie jestem?
Paliwa zostało już niewiele, trzeba było szybko znalezć właściwy kurs na lotnisko. Ziemia w dole była
zupełnie obca. Parę razy przeskakiwałem nad jakimiś rzekami i kanałami, ale ich kontury nie przypominały
Odry. Więc to jeszcze nie tutaj, a może przez pomyłkę minąłem ją i pruję teraz na wschód w kierunku
Poznania? Czułem się zupełnie wytrącony z równowagi. Za dużo tych przeżyć jak na jeden lot!
W pewnej chwili pojawił się za mną myśliwski samolot. Podchodził ostrożnie, z ukosa, co mnie od razu
zaniepokoiło. Masz ci los  mruknąłem pod riosem. Jeszcze jeden Messerschmitt...
Zacząłem go obserwować i nie bez ulgi odetchnąłem, stwierdziwszy, że mam za sobą myśliwca Jak-3.
Zrównałem się z nim... spotkało mnie rozczarowanie. Radziecki pilot gestami dał mi poznać, że... szuka
lotniska. Po prostu także zabłądził. Odpowiedziałem mu w identyczny sposób. Roześmiał się i wzruszył
ramionami. Byliśmy obydwaj w jednakowej sytuacji. Jak-3 leciał minutę ze mną, a potem skręcił na
południe.
Pozostałem znowu sam. Wskaznik paliwomierza dochodził już do zera. Rad nierad zacząłem się
rozglądać za kawałkiem równego pola. Ostatecznie  próbowałem się pocieszać  można przecież
wylądować przymusowo obok jakiejś drogi. Przyjemne to nie jest, ale innego wyjścia nie było.
Już sobie wybrałem taki skrawek murawy: płaska, dosyć szeroka łąka. Zmniejszyłem gaz, samolot
łagodnie zaczął wytracać wysokość, przez szparę owiewki wdarła się struga powietrza. Kłopotów chyba nie
będzie, puste pastwisko było większe od naszego lotniska. Wzrokiem kontrolowałem podejście i... jasna
krew! Czegoś takiego nie oczekiwałem. Zupełnie jak w dobrze kończącym się opowiadaniu czy filmie, który
jedną sceną rozładowuje napięcie. Daleko przede mną, tuż obok wstęgi lasu, schodziły do lądowania trzy
pary samolotów...
Nie zwracając uwagi na ostatnie litry benzyny, docisnąłem dzwignię gazu do oporu. Maszyna ruszyła z
grzmotem, jakby ją tajfun porwał. Po chwili byłem już na kręgu nad dużym lotniskiem. Stało tutaj ze dwie
setki myśliwców i szturmowców z czerwonymi gwiazdami. Na sąsiednich łąkach sterczały uniesione w górę
lufy armat przeciwlotniczych.
Wylądowałem za ostatnią parą Jaków. Obok wozu startowego zebrała się grupa oficerów,
rozmawiających z generałem. Ktoś ruchem ręki wskazał na mój samolot. Wszystkie głowy odwróciły się w
tym kierunku. Wstyd mi było trochę, ale musiałem przecież zameldować o przymusowym lądowaniu na
nieznanym lotnisku.
Radzieccy piloci nie spuszczali ze mnie zaciekawionego wzroku, gdy w postawie zasadniczej, z dwoma
palcami przy hełmofonie, zatrzymałem się przed ich dowódcą.
 Towariszcz generał, liotczik istrielbitielnowo połka  Warszawa dokładywajet...
Generał uśmiechnął się i przerwał mi w połowie zdania:
 Niczewo, liejtenant, ponimaju. Wy nie pierwyj u nas siewodnia.
Odetchnąłem. Więc nie tylko ja zabłądziłem tego dnia!
Lotnisko znajdowało się pod Frankfurtem nad Odrą. Bagatelka: około 60 kilometrów na południe od
Steinbeck. Był to mój drugi wypadek utraty orientacji, zakończony, na szczęście, zupełnie pomyślnie.
Rosjanie zaprosili mnie do kasyna na kolację, proponowali także nocleg. Ja jednak wolałem wrócić do
swoich. Pomimo póznej pory  był już prawie zmierzch  poleciałem na stare lotnisko Barnówka,
Nazajutrz o świcie, eskortując okazyjnie transportowy Li-2 z grupą naszych mechaników, wylądowałem
wreszcie w Steinbeck. Można sobie wyobrazić, jak mnie tutaj przyjęli. Musiałem opowiedzieć o wszystkim
po kolei i na nowo przeżyć jeszcze raz każdą minutę dramatycznego spotkania z Messerschmittami. Jak się [ Pobierz całość w formacie PDF ]