[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 No angle, no angle.  Funkcjonariusz powrócił do dawnej śpiewki i ponownie
zaprezentował swój pożółkły uśmiech.
 W porządku.  Dziennikarz próbował się uspokoić.  Telefono.  Wskazał aparat stojący
na biurku.  I must... telefono. Very importante...
Grek przyglądał się z zainteresowaniem cudzoziemcowi, nie wiedząc za bardzo, co ma z
nim począć, ale dostrzegłszy jego zdesperowany wzrok, postanowił być wspaniałomyślny.
 Telefono OK  zakomunikował i postawił aparat na balustradzie.
Adam odetchnął z ulgą i modląc się w duchu do wszystkich świętych, aby ten gruchot
łączył międzynarodowe, wykręcił numer.
 Tak?  usłyszał po pewnym czasie damski głos.
 Tu Kniewicz  odpowiedział szybko.
 Aączę.
Niemal natychmiast odebrał Krentz. Dziennikarz poznał go bez trudu. Charakterystyczny
ciemny baryton pułkownika łatwo było rozpoznać nawet po tak długim czasie od ich
ostatniego spotkania.
 Słucham.
 To ja, Adam Kniewicz.
 Doskonale. Gdzie pan jest?
 Na posterunku policji. Wcześniej dzwoniłem z budki, ale zabrakło mi forsy. Nie mam
paszportu, pieniędzy i jestem w krótkich spodenkach!
 Spokojnie.  Głos Krentza rzeczywiście działał uspokajająco.  Proszę szybko opisać,
co się stało.
Kniewicz odetchnął głęboko dwa razy i na wszelki wypadek uśmiechnął się do
najwyrazniej coraz bardziej zainteresowanego policjanta.
 Ultra poszła znowu na wykopaliska, a Roberta, wie pan, tego lekarza, zabrali jacyś
faceci.
 A pan?
 Przypadkowo nie było mnie akurat w hotelu. Poszedłem po jedzenie.
 Doskonale. Wie pan coś jeszcze, co mogłoby się nam przydać?
 Uciekłem, nic więcej nie wiem. Skąd oni mogli się dowiedzieć, że tu jesteśmy? To
miała być zwyczajna wycieczka do Grecji!
 Niech pan się nie przejmuje, wyciągniemy pana z tego. Chwilę  dziennikarz usłyszał
trzask w słuchawce  Krzysiek, daj tę mapę! Dobrze, już nieważne, mam pomysł.
 Jest pan tam?  upewnił się Kniewicz.
 Jestem. Proszę posłuchać. Zanim do pana dotrzemy, upłynie kilka godzin, a w tym
czasie musi się pan ukryć. Z tego, co pamiętam, ma pan to już przerobione.
 Ale w Polsce!
 Niech pan się nie denerwuje, będzie dobrze. Na drodze z Platamonas do autostrady,
mniej więcej kilometr od skrzyżowania, jest niewielki stary kościół greckokatolicki. Stoi
niemal na pustkowiu.
 Wiem, jechaliśmy tamtędy. Skąd pan wie takie rzeczy?
 Jestem tajnym agentem. Niech pan się tam pojawi, ale nie wcześniej niż o siódmej rano.
Nasz człowiek rozpozna pana ze zdjęcia, podejdzie i powie... pamięta pan kryptonim akcji, w
której towarzyszył Ultrze rok temu?
 Oczywiście.
 To hasło, dzięki któremu będzie pan miał pewność, z kim ma do czynienia. Celowo nie
mówię go przez telefon. Niech pan nie jedzie autostopem i omija ludzi. Za trzynaście godzin
będzie pan bezpieczny.
 Jestem na posterunku. Może poczekam tutaj?
 Zaraz po naszej rozmowie proszę go opuścić. I niech się pan nie zwraca do policjantów
o żadną pomoc.
 Ale dlaczego?
 Adam, posłuchaj mnie.  Kniewicz zauważył, że pułkownik zrezygnował z oficjalnych
ceregieli, i sprawiło mu to przyjemność.  Tam nie będziesz bezpieczny. Zrywaj się stamtąd
jak najszybciej, a gdy się spotkamy, wszystko ci wytłumaczę.
 W porządku. Będę tam gdzie trzeba o siódmej.
 Adam... skąd masz ten numer?
 Od Ultry. Kazała mi zadzwonić w razie kłopotów.
 Mądra dziewczyna. Powodzenia.
 Będzie mi potrzebne.  Kniewicz odłożył słuchawkę.
Policjant wziął telefon, postawił na biurku i zaczął coś mówić po grecku.
 Szkoda, że nie byłeś taki gadatliwy, kiedy tu przyszedłem  mruknął dziennikarz pod
nosem i zwyczajem obu funkcjonariuszy rozłożył bezradnie ręce. Następnie wyszedł szybko z
posterunku, bojąc się, że dyżurny będzie chciał wyciągnąć od niego pieniądze za
międzynarodową rozmowę. Opalający się na zewnątrz policjant nawet nie otworzył oczu.
Krentz odłożył słuchawkę i przez chwilę siedział zamyślony, raz jeszcze analizując
przebieg wypadków. Następnie sięgnął po kawę i pociągnął duży łyk.
 Jestem tajnym agentem  powtórzył Bauer.  Kazałeś zbadać to Platamonas?
 Coś ty...  Pułkownik się uśmiechnął.  Wszystkie biura podróży w mieście wciskają
wczasy w Platamonas, byłem tam z żoną dwa razy. Kościółek jest romantyczny do bólu.
Major parsknął śmiechem.
 Co robimy?
 Wyślij tam Cichego i Kaja. Nie chcę robić teraz międzynarodowego zamieszania, więc
niech lecą normalną maszyną rejsową. Samolot do Aten jest o 22.20, będą na miejscu o 1.55.
Zadzwoń do kogo trzeba, żeby czekały już tam na nich samochód i broń. A... i każ kupić
dziennikarzowi jakieś spodnie. Ile nam zostało czasu?
 Niecałe cztery godziny.
 Zdążysz załatwić Kniewiczowi paszport?
 Bez problemu.
 A z pieczątką wjazdową?
 Koniecznie?
 Na wszelki wypadek.
 Postaram się.
 Powiedz im, że mają zacząć kontakt od słowa  Zygzak .
 Słyszałem. Fajnie jest w tym Platamonas?
 Do dupy, ale mojej żonie się podoba.
Ultra tkwiła na tylnym siedzeniu między mięśniakiem a doktorem Kosteckim. Z przodu
jechał ponadto nie znany jej ochroniarz.
Mięśniak miał minę zbitego psa, co biorąc pod uwagę krótki, ale bolesny kontakt z
dziewczyną, nie było niczym dziwnym. Niewątpliwie szukał pretekstu do rewanżu i Kostecki
natychmiast to wyczuł. Złamany nos spuchł mężczyznie niemiłosiernie, czego nie mógł ukryć
nawet solidny opatrunek, a genitalia po bezlitośnie precyzyjnym ciosie wciąż mu dokuczały.
Doktor doskonale zdawał sobie sprawę, że każdy nowy problem będący skutkiem
nadszarpnięcia męskiej dumy może poważnie zaszkodzić całemu przedsięwzięciu, więc
trzymał rękę na pulsie.
Ultra siedziała spokojnie, zatapiając wzrok w przestrzeni za przednią szybą. Wyglądała,
jakby przez chwilę nie myślała o niczym, odpoczywając lub pogrążając się w letargu
podobnym do medytacji, której uczyła jej niegdyś stara przyjaciółka Janti. Były to jednak
tylko pozory  agentka najsprawniej jak potrafiła analizowała wszystkie sytuacje, możliwy
przebieg wypadków, szanse na stawienie oporu lub ucieczkę. To ostatnie oczywiście nie
wchodziło na razie w rachubę. Dopóki Robert był w Platamonas, nie mogła ryzykować.
Zresztą, aby próbować go odbić, musiałaby zlikwidować wszystkich, którzy z nią jadą, i
liczyć na to, że Gożłakow nie zorientuje się na czas. Bez szans. Nie miała broni, przeciwko
sobie czterech mężczyzn, a w dodatku nie wiedziała, gdzie jest Adam. Musiała czekać i
uważnie obserwować. Prawie na pewno ani jej, ani Czechowiczowi nic nie grozi, dopóki nie
znajdą się w instytucie. Cały wysiłek, jaki ci ludzie wkładali w przerzucenie ich do Polski,
dawał nadzieję, że Kostecki mówił prawdę. Nie znaczyło to jednak, że to, co niemożliwe
tutaj, nie będzie wykonalne w kraju. Ultra wierzyła, że okazja prędzej czy pózniej się nadarzy.
Tylko gdzie jest Adam? Była pewna, że nie wrócił do hotelu, nawet jeśli nie miał przy sobie [ Pobierz całość w formacie PDF ]