[ Pobierz całość w formacie PDF ]

był częścią niej. Te skrzydła zupełnie zasłoniły Julię i Coral. Mama coraz szerzej
rozkładała ramiona, a płaszcz opadł na nie obie i odepchnął do tyłu. Stały się tylko
wzgórkami rozmiaru człowieka, a potem malały, malały, i w końcu okrycie znowu
spłynęło naturalnie, a ich już nie było na ramionach gwiazdy.
Z lewej strony usłyszałem ciche klaskanie, a zaraz potem chrapliwy śmiech.
 Znakomicie wykonane.  Głos był boleśnie znajomy.  Ale w końcu
zawsze jego najbardziej lubiłaś.
141
 Bardziej  poprawiła.
 Czy biedny Despil nie ma żadnych szans?
 Jesteś niesprawiedliwy.
 Tego szalonego księcia Amberu kochałaś mocniej niż kiedykolwiek na-
szego ojca, porządnego człowieka  oskarżył ją.  Dlatego Merlin zawsze był
twoim pieszczoszkiem.
 Sam wiesz, Jurt, że to nieprawda  odparła.
Roześmiał się znowu.
 Przywołaliśmy go wszyscy, bo wszyscy chcemy go dostać  stwierdził.
 Chociaż z różnych powodów. Ale w końcu nasze pragnienia prowadzą do tego
samego, prawda?
Usłyszałem warczenie i odwracając głowę zdążyłem zobaczyć, jak jego twarz
po krzywej wznoszącej przemieszcza się w stronę wilka. Wydłużył się pysk i bły-
snęły kły, gdy opadł na cztery łapy i ugryzł mnie w ramię, zyskując krwisty po-
smak mojej osoby.
 Przestań!  krzyknęła.  Ty mały potworze!
Uniósł łeb i zawył. Przypominało to wycie kojota, rodzaj obłąkanego chichotu.
Czarny but kopnął go w bark, przewrócił na grzbiet i posłał na zderzenie z ca-
łym jeszcze fragmentem muru, który posłusznie zawalił się właśnie teraz. Wilk
zaskowyczał tylko, nim całkowicie przysypały go gruzy.
 Coś podobnego. . .  usłyszałem głos Dary. Zauważyłem, że również trzy-
ma nóż i widelec.  Co robi w tym miejscu taki sukinsyn jak ty?
 Ochrania przed ostatnim z drapieżców  odparł głos, który kiedyś opo-
wiadał mi bardzo długą historię, zawierającą liczne wersje wypadku drogowego
i serię genealogicznych gaf.
Skoczyła na mnie, ale on pochylił się, złapał mnie pod ramiona i odciągnął
na bok. A potem jego szeroki czarny płaszcz zawirował jak muleta matadora,
okrywając Darę. I jak wcześniej Coral i Julia, tak teraz ona jakby wtopiła się
w grunt. Postawił mnie na nogach, podniósł i strzepnął płaszcz. Kiedy zapinał
klamrę ze srebrną różą, przyglądałem się uważnie, szukając kłów, a przynajmniej
sztućców.
 Czworo z pięciorga  stwierdziłem, otrzepując ubranie.  Nieważne, jak
rzeczywista wydaje się ta scena. . . Jestem przekonany, że służy tylko dla ana-
logii, a może analizy. Jak to się stało, że nie masz w tym miejscu ludożerczych
skłonności?
 Musisz pamiętać  odrzekł, naciągając srebrną rękawicę  że nigdy nie
byłem dla ciebie prawdziwym ojcem. To trochę trudne, kiedy się nie wie o istnie-
niu dzieciaka. Dlatego nic właściwie od ciebie nie chcę.
 Ten miecz u twojego boku wygląda na Grayswandira  zauważyłem. Kiw-
nął głową.
 Zdaje się, że dobrze ci służył  odpowiedział.
142
 Powinienem ci chyba podziękować. Pewnie nie ciebie należy pytać, czy
przeniosłeś mnie z jaskini do krainy pomiędzy cieniami.
 Tak, to byłem ja.
 Wiedziałem, że to powiesz.
 Czemu miałbym mówić, gdyby to nie była prawda? Uważaj! Zciana!
Obejrzałem się szybko. Kolejny fragment muru padał w naszą stronę.
Pchnął mnie, a ja znów rozciągnąłem się na pentagramie. Usłyszałem padające
kamienie, uniosłem się i rzuciłem dalej do przodu.
Coś uderzyło mnie w skroń.
Obudziłem się w Galerii Luster. Leżałem twarzą ku ziemi, z głową opartą na
przedramieniu, w dłoni ściskałem prostokątną kamienną płytkę, a wokół unosił
się zapach świec. Spróbowałem się podnieść i natychmiast poczułem ból w ramio-
nach i lewym udzie. Wprawdzie nic więcej nie świadczyło o realności ostatniej
przygody, ale nawet takich dowodów nie mogłem lekceważyć.
Wstałem i pokuśtykałem w stronę moich pokojów.
 Gdzie się podziałeś?!  zawołał z góry Random.
 Co? Nie rozumiem.
 Zawróciłeś korytarzem, ale tam przecież niczego nie ma.
 Długo mnie nie było?
 Może z pół minuty. Pomachałem do niego kamieniem.
 Zauważyłem to na podłodze. Chciałem zobaczyć, co to jest  wyjaśniłem.
 Pewnie spadł tam, kiedy spotkały się Moce  stwierdził.  Ze ściany.
Było tu sporo łuków wykładanych takimi właśnie kamieniami. Na twoim piętrze
prawie wszystkie są już otynkowane.
 Aha  mruknąłem.  Wpadnę jeszcze do ciebie, zanim wyruszę.
 Koniecznie.
Odwróciłem się i przez jedną z licznych rozbitych tego dnia ścian znalazłem
drogę do swojego pokoju.
Druga ściana także runęła i powstał duży otwór prowadzący do zakurzonych
komnat Branda. Przystanąłem i obejrzałem go dokładnie. Synchronizacja. . . Wy-
glądało na to, że łukowe przejście łączyło kiedyś tamte pokoje z moimi. Podsze-
dłem bliżej i zbadałem odsłoniętą lewą krawędz. Tak, zbudowano ją z kamieni
podobnych do tego, który trzymałem w ręku. Właściwie. . .
Odgarnąłem pył i przyłożyłem płytkę do pęknięcia. Pasowała idealnie. I nie
chciała wypaść, kiedy ją lekko szarpnąłem. Czy naprawdę przyniosłem ją z miej-
sca tego rytuału ojca-matki-brata-kochanek, z miejsca za lustrem? Czy wracając
podniosłem nieświadomie stamtąd, gdzie spadła po niedawnych zakłóceniach ar-
chitektonicznych?
Cofnąłem się, zdjąłem płaszcz, ściągnąłem koszulę. Tak. Na prawym ramie-
niu znalazłem przebicia, jakby ślady widelca, a na lewym znak ugryzienia. Była
też zaschnięta krew na lewej nogawce, wokół rozdarcia, gdzie bolało mnie udo.
143
Umyłem się, wyszorowałem zęby, przyczesałem włosy i założyłem opatrunki na
nodze i lewym ramieniu. Rodzinny metabolizm wygoi te rany w jeden dzień, nie
chciałbym jednak, by pękły przy jakimś wysiłku i zakrwawiły mi świeżą odzież.
A skoro już o tym mowa. . . [ Pobierz całość w formacie PDF ]