[ Pobierz całość w formacie PDF ]

upadkiem. Strach ścisnął jej pierś, gdy zrozumiała, że nie zdoła się zatrzymać.
Z przerażeniem pomyślała o dziecku. Oby tylko nie spadła z grani! Niech sobie
pies biegnie, gdzie chce, i goni dzikie zwierzęta. Ważniejsze było ratowanie
siebie i dziecka.
Chwilę przedtem, zanim wypuściła sznur, poczuła, że zsuwa się w stronę
brzegu grani, ale wciąż nie udawało jej się niczego uchwycić. Skała była śliska
i naga i w jednej straszliwej sekundzie zrozumiała, że będzie zle. Nie miała się
czego złapać...
Rozdział czwarty
Tam, gdzie stały ostatnie poskręcane brzózki mocno wrośnięte w ziemię, Ole
kończył zbieranie sideł na pardwy. Większość z nich zebrał już wcześniej,
tylko nieliczne zostały pod śniegiem. Teraz ciężki śnieg już zszedł i uwolnił
sidła. W żadnych nie było ptaków.
Ole zwinął sznury i włożył do kieszeni spodni. Po oporządzeniu będzie ich
można użyć następnej zimy. Jego nogi same znajdowały drogę nad granią,
którą chodził już tyle razy. Podczas marszu jednak to nie sidła i nie sznury
zaprzątały jego umysł. Nie, jego myśli krążyły wokół Ashild. Wokół Emmy.
Knuta. Ale najbardziej Ashild. Zupełnie, jakby wielki, kanciasty kamień
obracał mu się w piersiach i obijał go od środka. Nigdy wcześniej nie czuł się
tak zawstydzony i winny, a mimo to nie potrafił zdobyć się na okazanie
skruchy. Nie wyobrażał sobie, by miał stanąć przed Emmą i przyznać się do
zatrzymania listów. Jeśli zaś chodzi o Knuta, chłopak pewnie już się domyślał,
co zaszło.
- Ale ode mnie nie doczeka się przeprosin - rzucił Ole w powietrze. - Jeszcze
to ja jestem panem w Rudningen!
Jednak nawet dla niego słowa te zabrzmiały nieszczerze. Własne czyny
dziwiły go i nie był z nich dumny. Lecz miał takie wielkie plany związane z
Knutem i Rudningen... Gospodarstwo miało się rozrastać zarówno pod
względem obszaru, jak i zabudowy. Knut i jego rodzina cieszyliby się zapewne
dobrobytem. Wtedy można mieć dużo dzieci i nie trzeba obawiać się o ich
wyżywienie.
Ole zasiadł ciężko na płaskim kamieniu i złożył głowę w dłoniach. Czy to
wszystko jest teraz takie ważne? - pytał samego siebie. Jeśli nie będzie miłości
pomiędzy tym dwojgiem, którzy mieli prowadzić gospodarstwo, cóż to będzie
za przyjemność? Radość z posiadania dużego domu nie wystarczy, by wieść w
nim dobre życie.
Góry po przeciwnej stronie doliny biegły falującymi płaskowyżami ku
wschodowi. Wciąż zalegało tam jeszcze dużo śniegu, ale lato wkrótce go stopi.
Miły dla ucha dzwięk skłonił Olego do spojrzenia w górę. Zaraz też doszło go
donośne ćwierkanie zakończone lekko melancholijnym gwizdem. Zwrócił
głowę w stronę, skąd dolatywały trele, ale jeszcze zanim dostrzegł ptaszka,
wiedział, że to samiec śnieguły, który szuka partnerki.
Gospodarz Rudningen uśmiechnął się z trudem. Te małe pierzaste
stworzenia miały zadziwiającą zdolność rozchmurzania go. Małe kulki życia i
dzwięku... nie można było nie radować się ich śpiewem. Wkrótce jednak jego
myśli ponownie wróciły do Ashild. Bardzo zle się stało, że zachował się wobec
niej tak niemiło. Droga Ashild, pewnie teraz na niego czekała. To wyłącznie
jego wyrzuty sumienia obudziły w nim złość i agresję, wiedział o tym dobrze,
lecz...
Głębokie, bliskie szlochu westchnienie wyrwało się z piersi Olego. Jego
ciało było ciężkie i zmęczone i nie był w stanie uwolnić się od natłoku myśli.
Ashild z pewnością nie myślała teraz o nim zbyt dobrze i po tym wszystkim
chyba już nigdy nie będzie mu całkowicie ufała. Ale ona nie pojmowała, o jak
wysoką stawkę szło. Jeśli to Emma zostanie panią w Rudningen, gospodarstwo
zapewne będzie zadbane, lecz nigdy nie będzie wielkie. Emma była na to zbyt
ostrożna i słaba. Z trudem mógł wyobrazić sobie Emmę Gamlehaugen jako
władczą gospodynię...
Zamknął oczy i wciągnął w nozdrza zapach wilgotnej ziemi i świeżych
listków brzozy. Nic nie mogło się równać z wiosną w górach, kiedy to zapachy
walczą z kolorami o pierwszeństwo, a wszystko wokół budzi się do życia.
- Nie mogę tu siedzieć cały dzień - szepnął Ole do siebie, przecierając oczy.
Mimo że zdrzemnął się przy stole, czuł się tak, jakby w ogóle nie spał tej nocy.
Zwykle było tyle pracy w gospodarstwie, że taki odpoczynek, jak teraz, należał
do niezwykłych rzadkości.
Uderzyło go nagle, że nie zachowywał się wiele lepiej niż Knut. Właściwie
nie było różnicy, czy gospodarz ucieka od pracy, bo okazał się głupcem, czy że
syn wyjeżdża, bo chce grać na skrzypkach.
Ole wstał z trudem i poczuł, że zupełnie nie jest gotów na zejście w dół.
Ramiona zwisały mu wzdłuż tułowia jak kłody drewna, a powieki opadały
niczym ołowiane. Może by tak poszukał suchego miejsca i przyłożył się na
chwilę? Tylko na chwilę.
Parę kroków w bok znalazł suche wzniesienie, na które rzucił kilka brzózek.
Padł na nie, myśląc, że nie powinien długo spać, zwłaszcza nie o tej porze roku.
Ziemia była jeszcze wilgotna i mógł się przeziębić.
Przez chwilę leżał, wpatrując się w niebo. Białe, lekkie chmury przepływały
beztrosko, rzucając przelotne cienie na górskie zbocza. Zupełnie jak w życiu,
pomyślał. Czasem przechodzą nad nami mniejsze, czasem większe chmury. Nie
zawsze świeci słońce...
Próbował się pocieszać, ale serce nadal ściskał mu żal. No i jeszcze to [ Pobierz całość w formacie PDF ]