[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Po tej tyradzie Roxanne Matheny natychmiast zatopiła wzrok w
notesie leżącym obok czytnika, tak że Spencer nie wiedział, czy
mówiła serio, czy też był to żart. W każdym razie nazwanie go żół-
todziobem wymagało reakcji.
Zmrużył oczy.
- Nazwała mnie pani żółtodziobem? - powtórzył w formie zapy-
tania.
Odparła obojętnie:
- Nie nazwałam, lecz powiedziałam, że tchórzy pan jak żółto-
dziób. A to jest różnica.
- Nie jestem żółtodziobem.
- W porządku. Nie jest pan. - Kiedy wreszcie podniosła oczy
znad notesu, Spencer dostrzegł w nich wesołe iskierki. - Ma pan
czarną narciarską kominiarkę i jakieś ciemne ciuchy?
Był pewny, że Roxy stroi sobie z niego żarty. Na wszelki wypa-
dek jej słowa potraktował poważnie.
- Spodziewa się pani, że wezmę udział w czymś podobnym? -
zapytał z oburzeniem w głosie.
- Przecież to pan oświadczył, że chce...
- Dobrze, już dobrze. W całą tę aferę sam się wplątałem. Mam
43
S
R
teraz za swoje. Moja wina. Gdzie się spotkamy i o której?
Pani detektyw uśmiechnęła się lekko.
- W moim biurze. W piątek wieczorem. O jedenastej. Przedtem
muszę obejrzeć dokładnie całe miejsce i sprawdzić, kto kiedy
wchodzi i wychodzi. Niech pan się nie spózni. Czekać nie będę.
Westchnął głęboko.
- Pani Matheny, proszę obiecać mi jedno.
- Może pan mówić mi po imieniu. Jestem Roxy. Bądz co bądz
staliśmy się partnerami. Wspólnie wkraczamy na drogę przestępczą.
- W porządku. Proszę też zwracać się do mnie po imieniu.
- Zgoda. A co mam obiecać?
- %7łe kiedy znajdę się w więzieniu, przyśle mi pani ciasto własnej
roboty i włoży do środka moją metrykę.
Roxanne Matheny uśmiechnęła się Szeroko.
- Jakie ciasto lubisz najbardziej? I nie narzekaj, jeśli będzie z za-
kalcem.
44
S
R
ROZDZIAA CZWARTY
- Nie mogę uwierzyć, że dałem się wplątać w tę aferę.
- A ja nie mogę uwierzyć, że zapomniałeś wziąć czarną komi-
niarkę.
Roxy poczuła na sobie palący wzrok Spencera.
- O przebraniu mówiłaś serio? - zapytał.
Wzruszyła ramionami.
- Jeśli sprawy przybiorą zły obrót, trzeba będzie sadzą wysmaro-
wać twoją bladą buzkę. - Spojrzała na trzymane w ręku narzędzia i
dodała półgłosem, ale wyraznie: - Trochę brudu może ci nawet do-
brze zrobi.
- Co masz na myśli?
- Nic. Absolutnie nic - mruknęła.
Drażnił ją ten wypielęgnowany, wyrafinowany mężczyzna z wyż-
szych sfer. Nie potrafiła się powstrzymać, aby mu nie dociąć. Przez
cały ostatni tydzień, gdy bezustannie znajdował się tuż obok niej,
miała zmącony umysł. Na myślenie o prowadzonej sprawie poświę-
cała niewiele czasu. Znacznie więcej pochłaniało go wyobrażanie
sobie Spencera Melbourne'a w różnych, bardziej intymnych sytu-
acjach.
Jak na jej gust facet ten był stanowczo zbyt przystojny. Teraz
jednak, ubrany w czarne dżinsy, czarny golf i czarne, wysokie bu-
ty, z jednodniowym zarostem na twarzy i czupryną czarnych wło-
sów, niczym nie różnił się od mężczyzn, z jakimi zwykle się uma-
wiała. Twardy i nieprzejednany. Gotowy na wszystko. Niestety, by-
ły to tylko pozory, gdyż na co dzień Spencer nie miewał nic wspól-
45
S
R
nego z kobietami pokroju Roxy. Był przy niej teraz wyłącznie dla-
tego, że płacił jej sporo i bał się, że pani detektyw schrzani zleconą
jej robotę.
Do diabła z tym wszystkim, pomyślała rozgoryczona. Spojrzała
na zegarek. Do północy brakowało trzydziestu minut. O tej porze
pomieszczenie agencji do spraw adopcji było opustoszałe. Portier
wyszedł godzinę temu. I chociaż dużego administracyjnego budyn-
ku pilnował strażnik, Roxy uznała, że jest mała szansa, aby nakrył
ją i Spencera. Dla kogoś, kto zna alfabet, znalezienie właściwych
akt nie powinno potrwać dłużej niż piętnaście lub dwadzieścia mi-
nut, jeśli na to, czego szuka, natrafi od razu po dostaniu się do po-
mieszczenia agencji.
- Chyba mamy wszystko, czego nam trzeba - oznajmiła. - Idzie-
my. - Wetknęła narzędzia za pasek czarnych legginsów i naciągnę-
ła na biodra czarną bluzę od dresu. Jak rasowy detektyw miała na
sobie czarne buty na gumowych podeszwach. Bezszelestnie ruszyła
w stronę drzwi. Przed wyjściem zatrzymała się, odwróciła i zapyta-
ła Spencera:
- Wziąłeś rękawiczki?
Skinął głową, wyciągnął z kieszeni parę czarnych, samo-
chodowych rękawiczek i pokazał je Roxy.
- Dobrze.
- Nadal nie wierzę, że zamierzasz zrobić to wszystko -odezwał
się Spencer. - To znaczy, że zamierzamy oboje - poprawił się szyb-
ko. [ Pobierz całość w formacie PDF ]