[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Gotówka miała być dostarczona w metalowej walizce z szyfrowym zamkiem. Kazał też
Radwanowi natychmiast oddzwonić z telefonu stacjonarnego najbliższego sąsiada i osobiście
potwierdzić, że wszystko jest jasne. Najwyrazniej chciał przeczołgać tatusia.
Zaparkowałem przed Pałacem Kultury, płacąc za tę przyjemność sporą forsę.
Dochodziła dziesiąta, a ja jeszcze nie jadłem śniadania, co w moim wieku nie powinno się
zdarzyć. Szedłem za Walewskim, a moje nozdrza atakował zatęchły zapach jego kurtki. On
chyba nic nie czuł. Obejrzeliśmy sobie sklep, w którym Radwan miał zostawić pieniądze, po
czym rozstaliśmy się na mniej więcej godzinę. Ja poszedłem na górę zjeść śniadanie w
jednym z barków, a mój współpracownik został, żeby obserwować sklep. Wyglądało na to, że
dobry policjant był po śniadaniu niezależnie od pory dnia.
Podgrzana bułka z serem i kawa ze śmietanką uspokoiły mnie. Zjadłem i
obserwowałem mijających mnie ludzi. Niektórzy dopiero zapowiadali się na obywateli
świadomych dziedzictwa narodowego, a inni najwyrazniej chcieli trafić kiedyś do więzienia,
bo ubierali się za drogo i za wesoło, co nie podobało się urzędnikom państwowym.
Zastanawiałem się, w jaki sposób porywacz zamierzał odebrać okup i zniknąć. Od czasu do
czasu wydawało mi się, że rozpoznaję policyjnych tajniaków, ale pewności nie miałem.
Klienci też chyba niczego nie zauważyli, bo szli przed siebie z wysoko podniesionymi
głowami, zapatrzeni w wystawy i dobrobyt. Kiedy już zaczynałem się niepokoić o życie
Walewskiego, dostałem sms z wiadomością, że Radwan zostawił pieniądze u jednego ze
sprzedawców. Wstałem pospiesznie, położyłem parę monet na stoliku i poszedłem w stronę
sklepu. W końcu chodziło o moją przyszłość.
Było kilka minut po jedenastej. Tłum coraz bardziej gęstniał. Siedzieliśmy z
Walewskim przy stoliku w pobliskiej kawiarni i obserwowaliśmy wejście do sklepu. Stefan
Radwan odjechał, zostawiając życie córki w rękach policji. Na mnie już prawdopodobnie
przestał liczyć, bo nawet nie zadzwonił.
 Był z ochroniarzem?  zapytałem, popijając coca-colę z lodem. Wierzyłem, że
wyglądam na faceta, który właśnie zleca hydraulikowi przykręcenie złotego kranu w ubikacji.
Martwił mnie tylko mój niekompletny strój  w pośpiechu nie zdążyłem założyć skarpetek, co
o tej porze roku na pewno zwracało uwagę.
 Był, jak zawsze  potwierdził Walewski.  Z szefem swojej ochrony. Obaj zostawili
forsę w sklepie i wyszli.
 Tak po prostu?  zdziwiłem się, bo nie chodziło przecież o sto dolarów. Coś mi tu
nie grało.  Może kogoś tu zostawili?
 Chyba nie  zaprzeczył Walewski.  Wiedzą, że policja ma sklep na oku. Nas też już
zauważyli...
Pobyt w kawiarni przedłużał się. Kelnerka już po raz piąty podawała nam kawę i
wyglądała na taką, co to wie o nas wszystko. A miała bestia nie więcej niż dwadzieścia lat.
Rzucała w naszą stronę wzrokiem zbyt często, żebym tego nie zauważył. Dwa razy się do niej
uśmiechnąłem, ale odpowiedziała mi czymś w rodzaju modlitwy za moją duszę. Wal się,
gówniaro, pomyślałem z irytacją i przestałem być miły. Z teorii wiedziałem, że najtrudniejsze
w pracy prywatnego detektywa jest czekanie. Teraz w praktyce dowiadywałem się, że samo
czekanie może być jeszcze gorsze od teorii czekania. Czas dosłownie gryzł człowieka w
cierpliwość, można było zwariować. Walewski znosił to o wiele lepiej ode mnie. Gapił się
przed siebie i głośno siorbał kawę. Od razu było słychać, że nikt go nie wychowywał. Dobrze,
że moja mama nas nie widziała, bo musiałbym się gęsto tłumaczyć z tej znajomości.
Walewski przypominał człowieka, którego przygniotło nieszczęście o wadze co najmniej
tony. W końcu, po trzech godzinach siedzenia w kawiarni, zadzwonił mój telefon. Pani
Radwanowa z poświęceniem walczyła o moje honorarium. Wstałem od stolika i odszedłem na
bok.
 Dzień dobry panu  przywitała się ze mną lekko zdyszana. Wykluczyłem fitness i
seks, wydedukowałem, że była po prostu zdenerwowana.  Mam to, o co pan prosił... Mogę
być za godzinę w osiedlowym sklepie. Przyjedzie pan? Naprawdę nie wiem, co o tym myśleć.
 Za godzinę będę na miejscu  potwierdziłem spokojnym głosem, mimo iż gotów [ Pobierz całość w formacie PDF ]