[ Pobierz całość w formacie PDF ]

dzwięku w czterech ścianach mojego mieszkania.
Już wcześniej usiłowałem bez skutku dotrzeć do Pavillions i
wiem, co było przyczyną klęski: tchórzostwo oraz brak silnej
woli. Tym razem byłem zdeterminowany wykazać się pełną
determinacją, lecz czekały mnie trudne chwile. W trakcie
pierwszych ekspedycji nie pozwalałem sobie na żadne ustępstwa
i kompromisy. Trasa musiała odznaczać się idealną logiką, nie
było mowy o regresie ani o ósemkach, podjazdy musiały być
położone dokładnie
naprzeciwko siebie. Ale gdybym podszedł do tego jak prawdziwy
odkrywca  owszem, dopuszczalne są katarakty, niewykluczony
regres  wtedy być może udałoby mi się odnalezć właściwą
ścieżkę.
Mapy przydają się oczywiście wyłącznie w najbardziej ogólnym
sensie. Mapy pokazują ulice, nie przeszkody. Szkoda, że plany
miast nie są opracowywane przez ludzi takich jak my. Nie byłoby
na nich wcale ulic, pokazywałyby wysokości krawężników oraz
miejsca, gdzie znajdują się podjazdy, przejścia dla pieszych oraz
salony Kinko's. Czy ktoś myśli o kierowcach, którzy nie potrafią
skręcać w lewo? Dlaczego nie drukuje się dla nich map?
Musiałem odnalezć drogę metodą prób i błędów. Tym razem
miałem jednak w głowie katalog przeciwległych podjazdów
(sporządzony w ciągu wieloletnich prób zlokalizowania innych
celów), i byłem w stanie nakreślić możliwą trasę, jeszcze zanim
przystąpiłem do dzieła. Po kilku spontanicznych poprawkach
udało mi się przy trzecim podejściu odnalezć drogę do centrum
handlowego i przez następne trzy dni zasypiałem, skąpany w
blasku chwały.
Odkrycie drogi do centrum handlowego przy Trzeciej Ulicy
oznaczało, że więcej się teraz udzielałem publicznie i musiałem
stworzyć nowe zasady, aby moje wypady z mieszkania były
bardziej znośne. Relaksując się na przykład w Coffee Bean i
popijając javę, kreśliłem między klientami niewidzialne linie
łączące szkockie kraty ze szkockimi kratami, gładkie kolory z
gładkimi kolorami i podkoszulki z podkoszulkami. Dzięki temu
spłaszczał się wykres mojego podniecenia. Szalenie ekscytowały
mnie rozmowy z miejscowymi  kolesiami". Delektując się
któregoś razu kawą, usłyszałem w pobliżu pewną melodię. Była
tak pogodna, że każda osoba w lokalu upodobniła się w ten czy
inny sposób i w mniej lub bardziej intensywnym stopniu do
perkusisty. Jedni bębnili palcami, inni przytupywali. Ja wpadłem
na pomysł, by dmuchać na moją kawę w rytmie na trzy czwarte.
Najdziwniejsze było jednak to, że znałem tę piosenkę. Był to
aktualny przebój, ale skąd ja go znałem? Jak dotarła do mnie ta
melodia? Pocztą? W jakiś sposób musiała się zreprodukować,
rozprzestrzenić i wylądować w mojej mentalnej sekcji
rytmicznej. Dopóki było ją słychać, ja i wszyscy inni w Coffee
Bean staliśmy się jednością. Byłem  tam i teraz", słuchałem
popularnego przeboju i siedziałem pośród  kumpli". I przez
długie trzy minuty niczym się nie różniliśmy, ja i oni.
Krzesła i stoliki w Coffee Bean zagarniały chodnik niczym
aluwialne osady. Zająłem stolik stojący praktycznie na ulicy,
ponieważ miałem stamtąd widok przynajmniej na całą przecznicę
w każdą stronę. Jak się okazało, niepotrzebnie. To, co działo się
w obrębie samej kawiarni, zapewniało dość popołudniowej
rozrywki. Ludzie, pomyślałem. Tacy właśnie są. Ich ogólne zgl aj
szach towanie urozmaicają jedynie indywidualne różnice. Moje
oczy lustrowały teren niczym kamery ochrony. A potem wyrwał
mnie z zadumy widok rocznego chłopczyka, który przechodził
pod moim oknem w zeszłym tygodniu. Za rączkę trzymała go
mocno ta sama czarnowłosa kobieta. Mały szmyrgnął nagle ku
drzwiom księgarni niczym trzymany na smyczy pies. Reagując
na głos ze środka, czarnowłosa
kobieta odwróciła się w stronę drzwi i puściła go. Chłopczyk
poturlał się kilka kroków do przodu i zobaczyłem, jak podnoszą
go ręce, które wysunęły się zza oszklonej witryny. Tego, co się za
nią działo, nie było widać, ponieważ w szybie odbijała się ulica.
Domyśliłem się, że kobieta o kruczoczarnych włosach nie jest
matką. Była najwyrazniej opiekunką albo przyjaciółką. Dziecko
przytuliło się do kobiety za szybą i ujrzałem, że to Clarissa, która
wyszła z księgarni, trzymając na rękach swojego synka. Jej
zeszłotygodniowe zachowanie stało się nagle o wiele bardziej
zrozumiałe.
W drodze do domu nakreśliłem w myślach kolejny magiczny
kwadrat, który rządził się jednak innymi regularni; ten kwadrat
podpadał pod kategorię  %7łycie":
Babcia Philipa Brian
Rite
Kinko's ?
Aid
Elizabe Clariss
Zandy
th a
Próbowałem umieścić kilka rzeczy w pustym środkowym polu,
ale żadna nie pasowała, wszystko, co tam wpisywałem, nie miało
sensu. Studiując obrazek, ten diagram mojego życia, zdałem
sobie sprawę, że nic z niego nie wynika.
Kiedy wracałem do domu, dzień nadal był słoneczny i jasny. Coś
mnie jednak zaniepokoiło: widok listonosza, który wychodził z
naszego bloku o wpół do trzeciej po południu. Listonosz nigdy
nie zjawiał się w naszej okolicy pózniej niż o dziesiątej i
zorientowałem się, że to może oznaczać rewolucję w moim
rozkładzie zajęć. Kiedy zbiegałem wcześniej ze starannie [ Pobierz całość w formacie PDF ]