[ Pobierz całość w formacie PDF ]

inteligencją, uznał, że lepiej się usunąć. Słysząc teraz Livvy
zmierzającą w stronę jego pokoju, ciekaw był, czy ją zobaczy
zirytowaną, czy ubawioną. Przypuszczał jednak, że Livvy go upewni,
iż rzekoma sprzeczka to wiele hałasu o nic i razem się pośmieją z Soni
w roli pocieszycielki.
Jeden rzut oka na twarz Livvy przekonał go, że sprawa nie jest do
śmiechu. Zerwał się tak szybko, że upuścił książkę. Podbiegł do
Livvy.
- Chodz, siadaj, moja droga - zatroszczył się. - Jest aż tak zle?
Livvy usiadła. Henry zamknął drzwi i zabrał się do robienia jej
cocktailu.
- Daj mi czystej whisky - zażądała.
To się jeszcze nie zdarzyło. Henry nie widział także nigdy, żeby
Livvy łyknęła alkohol duszkiem i potem siedziała krztusząc się i
łapiąc powietrze.
- Jest gorzej, niż przypuszczasz - powiedziała Livvy. - Lepiej
usiądz.
Henry osunął się na swój fotel, nie spuszczając oka z Livvy.
- Niech Bóg ma nas w swojej opiece - wymamrotał.
- Zwięte słowa - potwierdziła Livvy. - Potrzebuję twojej pomocy.
Chodzi o sprawę, która tu sprowadziła Corbina. O scenariusz, który
pisze. Kiedy Maybelle była taka chora, potem jak złamała nogę,
majaczyła pewnej nocy w gorączce. Czuwałam przy niej sama, więc
nikt inny tego nie słyszał, ale fakt, że mówiła o Laurence Charlesie.
- Jakieś wspomnienie z czasów, kiedy była młodą panienką? -
spróbował wtrącić Henry.
- Była w moim wieku i miała z nim romans - wyjaśniła Livvy. -
Przeżywała na nowo smutny finał, szalała z zazdrości. Wszystko to jej
wróciło w gorączce, jakby się działo w tej chwili. O mało mi serce nie
pękło.
- Biedne dziecko - mruknął Henry, nie wiadomo, mając na myśli
Livvy czy Maybelle. Na jego ogorzałej twarzy malowało się
współczucie. - Ale żyła potem tyle lat szczęśliwie z Edwardem, więc
co to ma teraz za znaczenie?
- Odpłynęła do Ameryki w dzień po śmierci Laurence'a -
wyjaśniła z ciężkim sercem Livvy. - Była tu owej nocy. Mogli się
wtedy pokłócić.
- Mogli, ale nie musieli - powiedział Henry.
- W każdym razie Corbin wie, że kłamała. Zacznie się
dopytywać. Ma szkic, na którym Laurence narysował siebie i
Maybelle uśmiechających się do siebie. Jest to tak wymowne, jakby
ich narysował w objęciach. W dodatku na rysunku są podpisy, jej jako
Maybelle Charles. Przechowywała szkic przez wszystkie te lata, nikt o
nim nie wiedział. Chciała go spalić w zeszłym tygodniu, jest
przekonana, że spaliła, ale ja go schowałam. I teraz wpadł w ręce
Corbina.
Zamilkła, żeby Henry miał czas to trochę przetrawić. Zmarszczki
na jego twarzy się pogłębiły.
- O toście się pokłócili? - spytał wreszcie.
- Tak.
- Jak Corbin wróci, utniemy sobie we troje małą pogawędkę,
poprosimy go, żeby zostawił Maybelle w spokoju. Ma wystarczająco
sensacyjną historię bez wyciągania jej nazwiska.
Henry nie dopuszcza myśli, że Maybelle była zamieszana w
śmierć kochanka, i wyobraża sobie, że Corbin Radbrook okaże się
równie ufny. Jednakże Corbin więcej niż podejrzewa, on wie.
Reporterski instynkt powrócił mu w momencie, gdy Daisy wygrzebała
rysunek. Do tamtej chwili przesłaniało mu wzrok zauroczenie osobą
Livvy.
Wiara Henry'ego, że przyjacielska pogawędka wpłynie na
Corbina, jest naiwnością. Henry nie dostrzega faktów bijących w
oczy. Nawet gdyby Livvy mu zdradziła, co Maybelle powiedziała w
gorączce, Henry jeszcze by się upierał, że Livvy się przesłyszała.
A więc Livvy będzie musiała ostrzec Maybelle. Oznacza to
konieczność wyjaśnienia jej, w jaki sposób rysunek wpadł w ręce
Corbina i skąd Livvy wiedziała. Oczywiście Livvy nie musi jej
zdradzać, że słyszała owo:  Zabiłam Lauriego". I może się tylko
modlić, żeby Maybelle starczyło sił na niepowtórzenie tego nigdy
więcej.
- Nie będziemy nic mówili Maybelle, dopóki nie porozmawiamy
z Corbinem - powiedział Henry.
Nie rozumie, że ta rozmowa nic nie zmieni. Ale robi się pózno,
niech Maybelle ma względnie spokojną przynajmniej tę noc. Zresztą
Henry też. Pewnie będzie się trochę przewracał na łóżku nie mogąc
zasnąć, lecz nie ma potrzeby ostrzegać go teraz, że dzięki głupocie
Livvy zrobili sobie śmiertelnego wroga.
- Nie mów także Soni - dorzucił Henry. - Nie powiedziałaś jej
jeszcze, mam nadzieję? - Pokiwał z aprobatą głową, gdy Livvy zrobiła
przeczący ruch. - Słusznie, to nie jej sprawa. Maybelle by sobie tego
nie życzyła.
Ale Sonia i tak się dowie prędzej czy pózniej, wszyscy się
dowiedzą. A Maybelle Murrin będzie podejrzana, może nawet
oskarżona, o coś znacznie gorszego niż potajemny romans.
- Poczekajmy do jutra - powiedziała Livvy. - Dziękuję ci.
Wychodząc pochyliła się i pocałowała Henry'ego w policzek, bo
go kochała, a nadchodziły ciężkie chwile. Henry odwzajemnił jej się
uśmiechem.
- Nie susz sobie tym pięknej główki.
Wchodziła powoli po schodach do mieszkania Maybelle. Corbin
nie nazwie jej już nigdy swoją śliczną panienką.  Nie wyglądasz teraz
zbyt ponętnie" - powiedział i Livvy mogła sobie wyobrazić, jaką ją
musi po tym wszystkim widzieć. Odrażającą do szpiku kości. I taka
się czuła.
Koty wybiegły jej na spotkanie, gdy weszła do saloniku. Ciocia
Maysie leżała już w łóżku, wcześniej niż zwykle. Na pytanie Livvy
odparła, że nic nie potrzebuje, więc Livvy powiedziała jej dobranoc i
zamknęła drzwi nie pozwalając Szuli zbiec za sobą na dół.
Sonia czekała na Livvy na podeście pierwszego piętra.
- Rozejrzałam się w pokoju Corbina - oznajmiła. - Zabrał ze sobą [ Pobierz całość w formacie PDF ]