[ Pobierz całość w formacie PDF ]

uwagę w czasie naszej rozmowy u Roxanne, a co potem umknęło mi w złości na Mońka i
jego brudne buty.
Powstrzymałam uśmiech cisnący mi się usta.
- Co pan myśli o piersiach Roxanne?
- Nie zauważam tego rodzaju rzeczy.
- Jednak zauważył pan jej wytatuowane serce ze skrzydłami, więc musiał pan spojrzeć
na biust.
- Widziałem tatuaż, ale zamknąłem się na wszystko inne - powiedział. - Wciąż jestem
zamknięty.
- Rozumiem. Jak pan sądzi, czy ma naturalne piersi?
- Nie.
- Skąd pan wie?
- Mają nienaturalny kształt, a pod pachami Roxanne są drobniutkie blizny.
- Skoro wszystko to pan zauważył, to konkretnie na co się pan zamknął?
- Na całą resztę.
- Czyli na co?
- Nie wiem - odpowiedział. - Przecież się na to zamykam.
- Nic nie rozumiem - powiedziałam. - Odwraca pan oczy od każdej kobiety w bikini,
ale Roxanne obejrzał pan sobie dokładnie od stóp do głów.
- Szukałem tropu - stwierdził Monk. - To inne patrzenie od tamtego patrzenia.
Boże, miej mnie w swojej opiece, bo zrozumiałam dokładnie, co Monk miał na myśli.
Szukając rzeczy, które mogą nie pasować mu do całości, tak jak powinny, Monk widział tylko
drobne detale - piksele, a nie pełen obraz, na który się one składają.
To właśnie czyniło z niego Mońka. To właśnie czyniło z niego genialnego detektywa.
Całe jego życie podporządkowane było organizacji, symetrii i ładowi. Zagadka
kryminalna z natury rzeczy jest nieładem. Do każdego nie wyjaśnionego morderstwa
podchodził tak jak do życia: stawiał każdy dowód i każdy fakt na właściwym miejscu,
przywracał porządek, a w konsekwencji rozwiązywał tajemnicę zbrodni.
- Ale pan zawsze tak na wszystko patrzy - powiedziałam. - Więc po co odwracać
wzrok?
Monk wzruszył ramionami.
- Taki już jestem.
Trudno mi się było z tym nie zgodzić.
- Jest pan skomplikowanym człowiekiem i nikt pana nie zrozumie, poza pana kobietą.
Monk przytaknął.
- To cały ja. W obliczu niebezpieczeństwa nie chowam głowy w piasek.
- Monk - powiedziałam. - Po prostu Adrian Monk.
- Właśnie.
213
212
Monk podziwia widoki
Położyłam się wcześnie spać, zapadając się w pluszowe wygody łóżka wartego pięć
tysięcy dolarów za dobę. Nie mam pojęcia, czy łóżko rzeczywiście było wygodniejsze od tego
w pokoju hotelowym. Nie potrafię powiedzieć, czy sprężyny w materacu były ze złota lub czy
tapi - cerka miała wsad z puchu rzadkiej peruwiańskiej gęsi, ale doszłam do wniosku, że nie
wystawialiby takiego rachunku wyłącznie za ładny widok z okna i duży metraż.
Przez cały czas śnił mi się Mitch, a sen był jak film, w którym w przyśpieszonym
tempie pokazują się wszystkie nasze domowe taśmy wideo. To sen, który nieraz już miałam i
zawsze budziłam się we łzach. Jednak tego poranka obudziłam się pełna wewnętrznego
spokoju, być może dzięki poczuciu, że Mitch również zaznaje spokoju.
Zawdzięczałam to Dylanowi Swiftowi. Nie wiedziałam, czy rzeczywiście był w
kontakcie z Mitchem. Jednak pomógł mi stłumić gniew i poczucie winy, jakie nosiłam w
sobie od tamtego pamiętnego dnia, kiedy do moich drzwi zastukał oficer marynarki wojennej
z wiadomością o śmierci męża. Zastanawiałam się, czy Swift nie byłby w stanie dokonać tego
samego w wypadku Mońka, osiągając w ten sposób to, czego nie dawały lata terapii.
Wiedziałam, że Monk nigdy nie przestanie probować wyjaśnić morderstwa Trudy i
nikt tego od niego nie oczekuje, a już ja najmniej. Ale być może wysłuchanie Trudy za
pośrednictwem Swifta zdjęłoby z Mońka odrobinę poczucia winy i pomogłoby mu przyjąć do
wiadomości, że nie jest niczym złym żyć dalej, a nawet zakochać się w innej kobiecie.
Oczywiście oznaczałoby to, że na jakiś czas Monk musiałby się wyzbyć podejrzeń
względem Dylana Swifta. Sęk bowiem w tym, że nie miało najmniejszego znaczenia, czy
Swift jest medium czy nie. Już samo udawanie, że Swift nim jest, może pozwolić Monkowi
uporać się ze swoimi skomplikowanymi uczuciami, jakich zaznaje od czasu śmierci Trudy.
Wiedziałam jednak, że nie ma sposobu, aby Monk kiedykolwiek zapomniał o
nurtujących go złych przeczuciach wobec Swifta. Na pewno nie za chwilę pobożnych życzeń
ani nawet, ośmielę się powiedzieć, za autentyczny kontakt z zaświatami.
Kiedy wyszłam wreszcie z łóżka, za oknem było szaro i mżył deszczyk. Ale wciąż
owiewało mnie przyjemne ciepło, a powietrze pachniało czystością i świeżością. Czułam się
naładowana energią, odprężona i gotowa zacząć nowy dzień.
Monk stał na krześle w salonie, patrzył to na jeden wentylator sufitowy, to na drugi i
co jakiś czas zerkał na zegarek.
- Dzień dobry - powiedziałam.
- Niezbyt dobry - odpowiedział.
Przeszłam do kuchni. Wieczorem poprzedniego dnia ustawiłam timer w ekspresie do
kawy i oto czekał na mnie dzbanuszek świeżej kawy kona. Jej aromat był intensywny i bardzo
kuszący.
- Bo wie pan, że Lance i Roxanne zabili Helen Gruber, ale nie potrafi pan im tego
udowodnić?
- Nie, to nie to - odpowiedział Monk.
- To dobrze - powiedziałam. Nalałam sobie filiżankę kawy i usiadłam przy
kuchennym stole.
- Jak możesz siedzieć i nic nie robić w obliczu katastrofy.
- Rozkosz totalnej obojętności - odpowiedziałam.
Kawa była cudowna. Postanowiłam, że zabiorę do
San Francisco kilogram ziarnistej kawy marki Kona. Może nawet całą skrzynkę.
- Nic nie słyszysz? Nic nie widzisz?
- Co takiego? Deszcz? Pogoda się pewnie poprawi, ale nawet jeśli nie, to w końcu
jesteśmy na Hawajach, gdzie jest pięknie nawet wówczas, kiedy nie świeci słońce.
- Nie, nie o to chodzi - powiedział Monk. - Chodzi o sufitowe wentylatory.
Spojrzałam w górę.
- Przecież działają, prawda?
- Z różną szybkością - stwierdził Monk. - Obserwowałem je przez całą noc.
- Całą noc? - zapytałam zdziwiona. - W ogóle pan nie spał?
- Jak mogłem spać? Cały czas słyszałem różnicę w wysokości ich tonów.
- Nie - powiedziałam. - To po prostu niemożliwe.
- Koniecznie potrzebny mi stoper do pomiaru obrotów - stwierdził Monk. - Zabrałaś
ze sobą stoper?
- Niestety nie.
- Ja też nie, aż wierzyć się nie chce. Tak to jest, jak człowiek się śpieszy z [ Pobierz całość w formacie PDF ]