[ Pobierz całość w formacie PDF ]

za nią tęsknił. Nagle zapragnął jej tak mocno jak kiedyś. Zdał sobie sprawę, że istniało
pewne rozwiązanie tej sytuacji. Niezbyt etyczne, co prawda, ale o ile znał Phoebe, na
pewno skuteczne...
- Oczywiście, skończyłam już pięć lat temu. A może raczej powinnam powiedzieć,
że to ty ze mną skończyłeś - poprawiła się. - Teraz jest już za późno, aby cokolwiek
zmieniać i nie obchodzą mnie twoje podejrzane zamiary.
Pogrążona w gorzkich wspomnieniach, Phoebe nie zauważyła, że Jed podszedł
bardzo blisko. Nagle zdała sobie sprawę, że jego spokojny i kontrolowany wyraz twarzy
nie współgra z jego drapieżnym błyskiem w oku.
- Wychodzi na to, że znasz mnie aż za dobrze - zakpił, jednocześnie obejmując ją
mocno w talii.
Phoebe zastygła w napięciu, czując mocne bicie swojego serca i zaciskając dłonie
w pięści, aby zwalczyć chęć odepchnięcia go od siebie. Nie chciała dać mu satysfakcji,
pokazując, jak bardzo boi się jego bliskości. Przez lata ćwiczyłam swoją odporność i Jed
Sabbides nie robi już na mnie wrażenia, przypomniała sobie.
- Masz rację co do moich zamiarów, które wcale nie są podejrzane. Jestem bardzo
bogatym mężczyzną i zdałem sobie sprawę, że potrzebuję syna, który to wszystko po
mnie odziedziczy. Gotowy już, pięcioletni chłopiec, to o wiele lepiej niż płaczący osesek.
Tak właśnie o mnie myślisz? - spytał, obserwując ją jednocześnie i czekając.
Phoebe nie rozumiała, dlaczego czuje się rozczarowana. Jed potwierdził jej obawy.
Spojrzała na niego i przez moment odniosła dziwne wrażenie. Zupełnie, jakby przejaw
bezbronności i nadziei, że Phoebe zaprzeczy... Musiała się mylić. Jed nigdy nie przy-
znałby się do słabości.
Nic się więc nie zmieniło. Jed się nie zmienił. Był pozbawiony wszelkich uczuć i
postępował właśnie w ten bezwzględny i zimny sposób.
- Tak - przyznała. - Więc teraz, skoro już rozumiesz, dlaczego nie powiedziałam ci
o Benie, możesz odjechać tym swoim wielkim samochodem i zostawić nas w spokoju.
Zawsze możesz się ożenić z Sophią i mieć swoje własne dzieci - doradziła na koniec w
dobrej wierze.
- To może być raczej trudne, bo zerwaliśmy ze sobą zaraz po balu i od tego czasu
Sophia się do mnie nie odzywa.
- Mądra kobieta - podsumowała, z odcieniem satysfakcji w głosie.
Wolała nie dociekać, dlaczego akurat wiadomość o ich rozstaniu sprawiła jej przy-
jemność.
Jed miał już dosyć. Rozmowa z Phoebe donikąd ich nie zaprowadzi, a im dłużej na
nią patrzył, im dłużej słuchał jej odważnego i wyzywającego tonu, tym bardziej przypo-
minał sobie, jak bardzo mu jej brakowało. To, co jeszcze przed chwilą uważał za niezbyt
etyczne, nagle stało się wskazane.
W interesach nie miał problemu z tym, aby wykorzystując słabości przeciwnika,
dobić targu. To było powszechnie akceptowaną praktyką.
Dlaczego więc miałby się tym nie posłużyć w prywatnym życiu?
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Nagle silne dłonie Jeda zacisnęły się na jej szczupłych ramionach i Phoebe straciła
równowagę. W chwilę potem znalazła się w jego mocnym uścisku.
- Puść mnie - zaprotestowała, próbując się uwolnić.
- Nie mam zamiaru - wysyczał przez zaciśnięte zęby, wziął ją na ręce, podniósł i w
jednej chwili ułożył na sofie, przyciskając swoim ciężarem.
Przez moment Phoebe była zbyt zaskoczona, aby zareagować, ale po kilku sekun-
dach zaczęła się szamotać. Jednak całe jej ciało unieruchomione było jego ciężarem.
- Zejdź ze mnie! - krzyknęła z paniką w głosie, starając się go od siebie odepchnąć.
Jed zaśmiał się tylko w odpowiedzi, a potem złapał ją za nadgarstki i jedną ręką
unieruchomił jej ramiona nad jej głową. Drugą dłonią przytrzymał jej twarz tak, aby pa-
trzyła prosto w jego ciemne, przepełnione pożądaniem oczy.
- Oszalałeś? Co ty wyprawiasz? - spytała rozzłoszczona, nadal próbując się uwol-
nić.
Poruszyła udami, ale to tylko spowodowało, że Jed znalazł się między nimi i czu-
jąc go tak blisko, nie mogła mieć już wątpliwości co do tego, że jej pragnie.
- Dokładnie to, o czym właśnie myślisz, moja droga Phoebe. Nie mam już przecież [ Pobierz całość w formacie PDF ]