[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Grzegorza.
 Grzegorza?"  Szyszka znała to słowo. Tam dostaje się takie
pyszne patyczki do gryzienia. Jak do Grzegorza, to można iść,
zdecydowała, podążając za panią.
Okna w Soluszku były przepięknie wymyte, błyszczały z daleka.
Dyzio przetarł też wilgotną ścierką czarne listwy boczne oraz obydwa
zderzaki. Jakimś cudem otrzepał też cały samochód z kurzu.
Stał teraz dumnie na posterunku.
 Może być?  zachichotał.
 Cudownie, panie Dyziu, prześlicznie. Stokrotnie dziękuję  Anna
ukłoniła się, wyciągając z portmonetki dziesięć złotych.
 Proszę to natychmiast schować, pani Aniu, bo naprawdę
śmiertelnie się obrażę  żachnął się, widząc, że Anna wyciąga w jego
stronę dłoń z banknotem.  Jesteśmy przecież przyjaciółmi, prawda?  Aż
parowało z niego oburzenie.
 Prawda, panie Dyziu, oczywiście, ale przyjaciele też płacą sobie
za usługi&  zaczęła się tłumaczyć Anna.
 Nie za takie drobiazgi, pani Anulko, i nie mnie. Ja dla
prawdziwych przyjaciół prawdziwy przyjaciel jestem, o!
 To najmocniej przepraszam, panie Dyziu kochany. Winna jestem
panu kawkę albo wie pan, co? Miałam właśnie iść na obiad, może zje pan
ze mną? Tylko proszę się nie sprzeczać, kto płaci, ja płacę, bo chcę mieć
ten honor i przyjemność, że mogę pana zaprosić.
Honor? Przyjemność? W Dyziowych oczach zakręciły się łzy. Podał
Annie ramię i z Szyszką na smyczy poszli za restaurację, gdzie na tyłach
był maleńki ogródek dla wybranych gości. Goście przypadkowi nawet nie
wiedzieli, że jest tam coś takiego.
Obiad okazał się przepyszny, a kwota, którą Anna zapłaciła  w
porównaniu z cenami w warszawskich restauracjach  śmiesznie niska.
Dyzio był pełen uwielbienia dla  pani Anulki".
*
Anna weszła do lecznicy weterynaryjnej i aż stanęła zdziwiona. W
poczekalni siedziało sześć osób. Trzy psy, jeden kot, papuga i jakaś
kobieta bez zwierzaczka. Przynajmniej tak to wyglądało. Ale miała coś,
jakby paczkę; obok niej leżało duże zawiniątko.
Anna usiadła obok tego czegoś, bo tylko tam było miejsce, ale
odsunęła się gwałtownie, jak mogła najdalej, i co chwila spoglądała z
ukosa na ów pakunek.
Drzwi od gabinetu się otworzyły i wyszła z nich, z wielce
zadowoloną miną, właścicielka uroczego kundelka.
 Widzisz, Kajtusiu, nic ci nie jest, jesteś tylko przekarmiony. Od
jutra dietka, mój drogi.
Kajtuś też wyglądał na zadowolonego, ale chyba tylko dlatego, że
już wychodzili. Wiadomo przecież, że zwierzęta nie znoszą wizyt u
lekarza.
Za właścicielką Kajtusia wyjrzał z gabinetu sam pan doktor Skalski.
 Anno!  zawołał.  Wejdz, proszę, na górę, masz tam dzisiejsze
gazety, rozgość się. Ja przyjdę, jak tu skończę.
Anna pokroiła chleb, wędliny, ser, wyjęła pomidory, sałatę i ogórki;
zrobiła twaróg ze szczypiorkiem i ugotowała jajka na twardo. Ustawiła
wszystko na stoliku, przykryła dwoma ściereczkami. Obok położyła
kupiony przez siebie sernik. Uczta była gotowa, teraz już tylko należało
poczekać na gospodarza.
Podeszła do ściany, na której od sufitu do podłogi wisiały półki z
książkami. Ta część pokoju Annę, polonistkę, zainteresowała najbardziej.
Zawsze mówiła:  Pokaż mi, co czytasz, a powiem ci, kim jesteś".
Ciekawe, czy ten Sowa-Sowiński w domu nie ma miejsca na
książki? Czy też ma ich tak dużo, że mu się w domu nie mieszczą?,
pomyślała zaintrygowana.
Książki były przeróżne. Dwie półki zajmowały podręczniki
medyczne, o dziwo, nie tylko weterynaryjne. Była też  Interna" Harrisona,
 Chirurgia. Repetytorium" Fibaka oraz  Stomatologia zachowawcza"
Jańczuka. Ale była też beletrystyka. Najwięcej tak zwanej literatury
męskiej: thrillery, kryminały, sensacja. Nie dostrzegła natomiast, co
odnotowała z zadowoleniem, horrorów i science fiction. Znalazło się też
kilka książek obyczajowych, w zasadzie z kanonu tak zwanej literatury
kobiecej, choć Annę bardzo denerwowały takie podziały. I znowu
zastanowiła się, czy to czasem nie nadwyżka z księgozbioru pani domu.
Postanowiła zapytać o to Grzegorza, jako że klasyfikowała ludzi najpierw
według tego, czy czytają, a następnie według tego, co czytają. Gdyby się
okazało, że książki stojące na półkach pokoiku nad lecznicą pochodzą z
księgozbioru doktora Sowińskiego, ich właściciel zyskałby kilka punktów
w oczach Anny.
 Grzesiu, czy ta Jackie Collins jest własnością twojego przyjaciela
czy może jego żony?  zapytała wchodzącego do pokoiku Grzegorza.
 Słucham?  spytał półprzytomnie, ogromnie zmęczony.
Dziś był jakiś przełomowo rekordowy dzień. Jeszcze nigdy podczas
całego tego zastępstwa nie miał tylu pacjentów w ciągu jednego
popołudnia. Na dodatek nie były to jakieś urojenia właścicielek
rozpieszczonych kociątek. Ale, na szczęście, żaden przypadek nie był
beznadziejny, żaden też nie kwalifikował się do leczenia szpitalnego.
Poza& jednym. Grzegorz postanowił opowiedzieć o tym Annie, chociaż
nie, lepiej pokaże jej pacjenta. Po kolacji.
 Aniu, bardzo cię przepraszam, zaprosiłem cię na kolację, którą w
rezultacie sama zrobiłaś.
 Oj, daj spokój, przecież nie leżałeś w tym czasie do góry
brzuchem, nic mi się nie stało, raptem pokroiłam kilka kawałków chleba i
wyjęłam resztę jedzenia z lodówki. Idz, wez prysznic, a ja w tym czasie
zaparzę herbatę.
Po chwili Grzegorz wyszedł z mikrołazienki, która była przytulona
do pokoiku nad lecznicą, wycierając ręcznikiem jeszcze mokre włosy.
Anna spała na kanapie, w pozycji płodowej, z małym jasieczkiem
pod głową. W nogach leżała przytulona Szyszka. Obrazek był
rozczulający.
Usiadł na podłodze, wpatrując się w twarz Anny. Rysy miała
delikatne, ładny nos i wyraznie zarysowane kości policzkowe. Długie
rzęsy rzucały cień na policzki, wokół nosa widniało kilkanaście jasnych
piegów. Usta były subtelnie zarysowane, z pełniejszą dolną wargą.
Podobało mu się to, co widział, szczególnie że nie zauważył śladu
makijażu, tylko leciutką opaleniznę. Grzegorz westchnął bezgłośnie, ale
widocznie dmuchnął Annie w nos, gdyż jej powieki się poruszyły i
otworzyła oczy.
 Och!  Drgnęła lekko, widząc go tak blisko swojej twarzy.
Po chwili znalazł się jeszcze bliżej, ujął tę podziwianą twarz w obie [ Pobierz całość w formacie PDF ]