[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Wreszcie są, May! - zawołała siostra Lily. - Pan i pani Bryce. Na pewno są bardzo
wyczerpani, więc musimy ich szybko nakarmić i położyć do łóżka. - Zwróciła się do Bonda. -
Przedstawiam panu May. To kochana dziewczyna. Zaraz zaopiekuje się państwem. Jeśli tylko
coś będzie państwu potrzebne, proszę natychmiast na nią dzwonić. Wszyscy nasi pacjenci
bardzo ją sobie cenią.
Pacjenci, pomyślał Bond. Już drugi raz używa tego słowa. Uśmiechnął się uprzejmie
do młodej Chinki.
- Bardzo mi miło. Gdyby zechciała nam pani wskazać nasze pokoje...
May uśmiechnęła się serdecznie.
- Mam nadzieję, że będzie tu państwu wygodnie, panie Bryce - powiedziała niskim,
pełnym powabu głosem. - Jak tylko się dowiedziałam, że państwo dotarli, pozwoliłam sobie
zamówić dla państwa śniadanie. Więc gdyby zechcieli państwo udać się za mną...
W ścianie na wprost znajdowały się rozsuwane drzwi windy. Po bokach, w lewo i w
prawo, odchodziły korytarze. Dziewczyna skierowała się w prawo; Bond i Honeychile ruszyli
za nią. Siostra Lily szła na końcu.
Po obu stronach korytarza ciągnęły się numerowane drzwi. Wystrój wnętrza był tu
inny: jasnoróżowe ściany, popielatoszara wykładzina. Drzwi miały numery powyżej
dziesiątki; na samym końcu korytarza mieściły się obok siebie pokoje numer czternaście i
piętnaście. May otworzyła drzwi czternastki; weszli za nią do środka.
Znalezli się w sympatycznym pokoju jakby żywcem przeniesionym z nowoczesnego
hotelu w Miami: szerokie, wygodne łoże; ściany pomalowane na zielono; na ciemnej, lśniącej
mahoniowej podłodze puszyste białe dywany; do tego ciekawie zaprojektowane bambusowe
meble obite białą tkaniną w czerwone róże. Jedne drzwi prowadziły do drugiego pokoju, o
wnętrzu urządzonym w bardziej męskim stylu, natomiast za drugimi kryła się wyjątkowo
luksusowo urządzona łazienka z wpuszczoną w posadzkę wanną i z bidetem.
Tylko dwie rzeczy, pomyślał Bond, różniły ten pokój od apartamentu hotelowego na
Florydzie: brak okien oraz brak klamek od wewnętrznej strony drzwi.
May patrzyła wyczekująco.
Bond odwrócił się do Honeychile i uśmiechnął się.
- Jak myślisz, kochanie? Powinno nam tu być wygodnie, prawda? Honey stała skubiąc
rąbek spódnicy. Skinęła głową, nie podnosząc wzroku.
Rozległo się ciche pukanie i do pokoju weszła jeszcze jedna dziewczyna, równie ładna
jak May, trzymając na uniesionej dłoni pełną tacę. Postawiła ją na środkowym stole i
przysunęła do niego dwa fotele. Szybkim ruchem ściągnęła z tacy śnieżnobiałą serwetę, która
zakrywała naczynia, i drobnymi kroczkami opuściła pokój.
May i siostra Lily również cofnęły się do drzwi. Starsza Chinka zatrzymała się w
progu.
- Zostawiamy was, moi mili, w spokoju. Jeśli czegoś będzie wam potrzeba, wystarczy
zadzwonić. Dzwonki są przy łóżkach. Aha, i jeszcze jedno. W szafach znajdziecie pod
dostatkiem odzieży. W chińskim stylu, co prawda - dodała, uśmiechając się przepraszająco -
ale mam nadzieję, że przynajmniej wielkość będzie odpowiednia. Dopiero wczoraj
wieczorem otrzymaliśmy wasze wymiary. Pan doktor wydał ścisłe polecenia, żeby wam nie
przeszkadzano. Natomiast będzie zachwycony, jeśli zechcą państwo zjeść z nim kolację. Cały
dzień mają państwo dla siebie, na odpoczynek, na aklimatyzację. - Urwała i spojrzała na nich,
uśmiechając się pytająco. - Czy mogę powiadomić pana doktora, że państwo... ?
- Oczywiście - rzekł Bond. - Proszę przekazać panu doktorowi, że z radością
przyjmujemy jego zaproszenie.
- Och, na pewno bardzo się ucieszy! - zawołała, po czym obie Chinki, posyłając
Bondowi i Honey promienne uśmiechy, wycofały się cicho, zamykając za sobą drzwi.
Bond odwrócił się w stronę dziewczyny. Była wyraznie speszona i wciąż unikała jego
wzroku. Domyślił się, że nigdy dotąd nie odnoszono się do niej tak uprzejmie i że po raz
pierwszy w życiu widziała podobne luksusy. To, co się tu działo, musiało się jej wydawać
znacznie bardziej dziwne i przerażające niż wszystko, co ich spotkało na zewnątrz. Stała
bezradnie, zdumiona jak Piętaszek, miętosząc rąbek zniszczonej spódnicy. Twarz miała
pokrytą solą oraz warstwą pyłu, na której ściekający z czoła pot pozostawił szerokie
wyżłobienie, bose nogi zaś nieprawdopodobnie brudne. Bond zwrócił uwagę na jej palce u
stóp: kurczyły się i prostowały, nerwowo wczepiając się w gęsty dywan.
Parsknął śmiechem. Cieszył się, że problemy Honey związane z tym, jak jest ubrana i
jak powinna się zachować, zepchnęły na dalszy plan strach, jaki czuła. Zmiał się również z
tego, jak okropnie muszą oboje wyglądać - ona w łachmanach, on w brudnej niebieskiej
koszuli, czarnych dżinsach i zabłoconych tenisówkach.
Podszedł do dziewczyny i wziął jej ręce w swoje. Dłonie miała lodowate.
- Honey, wyglądamy jak dwa strachy na wróble - rzekł. - Na szczęście mamy tylko [ Pobierz całość w formacie PDF ]