[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Wszyscy oni są ważni  odparł stanowczo Jim.  Każda śmierć jest jednakowo
ważna.
 Zapewne, zapewne  skrzywił się Resnick.
 Jedzenie na stole!  dobiegł ich z oddali głos. Marta Bettijohn przedzierała się w
ich stronę przez chaszcze jałowców.  Pośpieszcie się, bo pstrąg wam wystygnie.
Pózniej zarówno Mary-Ann, jak i Alice Huron podpiły sobie trochę, głównie dzięki
Resnickowi, który z manierą lorda wciąż napełniał im szklanki.
Chmury całkowicie już zasłoniły ciemniejące niebo. Pojawił się wilgotny wietrzyk od
47
strony jeziora. Zapalono przyniesione z bungalowu lampy.
Obie kobiety  wysoka i niska  stały na niepewnych nogach i objęte ramionami
chwiały się lekko, wychlapując ze szklanek alkohol.
 Gdy dzień się kończy, kiedy dzień cudowny...  zaśpiewała pijacko rzewnym gło-
sem Alice. Urwała i oczyma błyszczącymi jakby od łez spojrzała ze swej wysokości na
Mary-Ann.
Mary-Ann chyba również się rozczuliła.
 Już dzień się kończy...  wyrecytowała nagle. Dalszego ciągu albo zapomniała,
albo opuściła ją wena. Bełkocząc coś pod nosem wzniosła w górę oczy, gdzie wśród roz-
wianych grzyw obłoków przetykanych chłodnym blaskiem pierwszych gwiazd znala-
zła natchnienie.  Już dzień się kończy, koszmar nocy nadciąga...  urwała, zanosząc
się pijackim chichotem.
Wtedy też z głośnym sykiem spadły na hibachi pierwsze krople deszczu.
Przyjęcie było skończone.
W chwili, gdy minibus szczelnie wypełniony ludzmi ruszył prowadzony przez Martę
Bettijohn, Jim uświadomił sobie, że w bungalowie pozostał Resnick wraz z dwiema pi-
janymi kobietami. Wyjrzał przez tylną szybę wozu. W oknach płonęły światła; po chwili
zgasły, zasłonięte okiennicami. Niebo co chwilę przecinały oślepiające grozy błyskawic.
Obok Jima siedział Claudio Menotti, mrucząc coś do siebie głębokim basem. Jim
usadowił się obok Marty i wskazał ręką do tyłu, na niewidoczny już w ciemnościach
bungalow.
 Zbyt zakochani w śmierci zbawicielce, co, Marta?
 Nienawidzę tych starych, ponurych wierszydeł  warknęła ostro znad kierowni-
cy.  Cieszę się, że nikt już dłużej nie mąci nimi głowy.
 Czyż śmierć nie tworzyła jednak dobrej poezji?  spytał czując, że jednak posu-
nął się za daleko. Też chyba przez alkohol.
IX
 I co ty na to, byśmy zaczęli budować klatkę na Zmierć, Nathan? Nie, wcale nie żar-
tuję. Naprawdę chcę ci pomóc. Muszę to zobaczyć na własne oczy.
 Bez łaski.
Jim wcale nie spodziewał się natychmiastowej zgody i wdzięczności. Sam Weinber-
ger zapewne w głębi duszy nie wierzył w powodzenie całego przedsięwzięcia. Jim miał
rację: trzeba zbudować klatkę, wykorzystać, udowodnić jej bezskuteczność i tym sa-
mym Weinberger uwolni się od złudzeń.
Weinberger zmienił obraz na ściennym ekranie. Z jednej strony był to zły znak.
Umierający ludzie, pogodzeni już z nadchodzącą śmiercią, przejawiają skłonność do
całkowitej koncentracji na jednym, wybranym krajobrazie pierwotnej, odwiecznej na-
tury, oczywiście bez żadnych istot ludzkich czy żywych stworzeń  najlepiej na pu-
stym, bezkresnym oceanie.
Nowy pejzaż przedstawiał Arktykę, jakby chłód bijący z obrazu miał powstrzymać
ostateczny rozkład ciała i umysłu Weinbergera. Olbrzymie góry lodowe sterczały ty-
tanicznymi ostrzami zębów zanurzone w błękitnej, jakby fluorowanej wodzie. Widok
miał w sobie przedziwną czystość i sterylność, a jednocześnie trudne do wysłowienia
piękno i drapieżność; jak gdyby owe lodowe szczęki olbrzyma zaciskały się stalowym
uchwytem zatrzymując całkowicie upływ czasu. Ale zwarcie nie następowało, toteż z ca-
łej tej kompozycji biła jasność, cisza i spokój... To był dla odmiany dobry znak.
 Wcale nie mam zamiaru wyświadczyć ci łaski  burknął Jim.
 Nie? Udowodnisz mi to, panie Todhunter?
 Udowodnię i to zaraz. Zdradzę ci pewien sekret. Noel Resnick dał mi wolną rękę
w prowadzeniu twojej sprawy; możesz zatem swobodnie działać, by ujrzeć w końcu
światło prawdy.
Zwiatło Arktyki, poprawił się w myślach Jim. Wiekuisty spokój i ciszę lodowych prze-
strzeni, gdzie nie istnieje żadne życie (Nieprawda, istnieje! %7łyją tam ryby i foki, i olbrzy-
mie wieloryby... czy podobne istoty zamieszkują krainę śmierci? Czy tak to sobie wy-
49
obraża Nathan?).
 Jeśli tylko zechcesz, możemy pracować razem. Masz szansę, jakiej dotąd nie mia-
łeś. Zamierzam bowiem wykorzystać tę carte blanche do końca.
Chory mężczyzna zwilżył czubkiem języka wargi.
 Nie spodoba im się to.
 Wcale nie muszą dokładnie wiedzieć, co zamierzamy. Oczywiście, nie możemy
tego robić tutaj, ze względu na personel, który ma do tego pokoju swobodny dostęp. Są-
dzę, że najodpowiedniejszym miejscem będą sutereny Domu.
Na twarzy Weinbergera pojawiła się wątpliwość.
 Dobra, dobra. Siedzę tutaj pod kluczem, a ty będziesz w suterenie.
 Zabiorę cię z sobą. Będę wypełniał dokładnie twoje wskazówki i polecenia. Spro-
wadzę wszystko, każdą rzecz, wszelki sprzęt i aparaturę. Wszystko, czego tylko zapra-
gniesz, czego będziesz potrzebował. Słowo honoru, że wykombinuję.
Jim urwał, wyciągnął rękę.
 No to co, umowa stoi?
Uścisk dłoni Weinbergera był niespodziewanie silny; zupełnie jakby włożył w swą
prawą dłoń całą moc, jaka pozostała w jego umierającym ciele. Zupełnie jakby chwytał
nie tylko dłoń Jima, ale jeszcze coś: niewidzialnego, nieuchwytnego, ale potężnego.
 Ze śmiercią nie da się robić umów  wyszczerzył zęby.  Ale możemy to po-
chwycić. I rozpieprzyć.
 Jak sobie życzysz. I mówię poważnie  zapewnił jeszcze raz Jim.
Po upływie tygodnia pomieszczenie, to samo, o którym wspominał Resnick, było go-
towe. Był to pokój w suterenie o ścianach wymalowanych błękitną farbą, w którym Jim, [ Pobierz całość w formacie PDF ]