[ Pobierz całość w formacie PDF ]

teraz, w kilka godzin po przyjęciu przez nią zaproszenia negocjatorów na Klatooine - żadna z tych
decyzji nie została podana do wiadomości publicznej - mogło być czymś więcej niż tylko zbiegiem
okoliczności. Allana była wrażliwa na Moc.
- Opowiedz mi swój sen - poprosiła.
- Mamusia uśmiechała się do mnie. Miała na sobie strój, jaki wszyscy tutaj noszą. Stała na
piasku, a ja biegłam do niej. Nagle zjawił się człowiek cały z ognia, z jasnego, gorącego ognia.
Objął ją od tyłu i ona też zaczęła płonąć. - Azy spływały jej po policzkach. - Patrzyła na mnie
okropnie smutno i płonęła. To wcale nie był sen. To było coś innego.
Leia rożkiem prześcieradła otarła jej oczy.
- Może to naprawdę było coś więcej, ale to wcale nie znaczy, że to była prawda, że to się
zdarzy. Mogło to być wspomnienie bólu z czasów, kiedy twoja mamusia straciła rękę.
- Czyja poczułam to przez Moc?
Leia skinęła głową.
- Ale po co Moc miałaby mi to robić?
Jej babcia się uśmiechnęła.
- Jedną z najgorszych rzeczy w życiu jest to, że prawie nigdy tego nie wiesz. Pózniej
dopiero się przekonujesz, o co chodziło.
- Czy ona tu przylatuje?
Leia zawahała się przed odpowiedzią.
- Miałam ci nic nie mówić, bo to miała być niespodzianka. Ale... tak, ma tu być.
O dziwo, ta nowina wydawała się nie sprawiać Allanie radości. Nie uśmiechnęła się nawet.
- Człowiek w ogniu chce ją zabić - szepnęła.
- Jeśli taki człowiek istnieje, powstrzymamy go. A może nawet zrobi to twoja mama. W
tych sprawach jest bardzo, bardzo dobra.
- Mhm... - Allana nie wydawała się przekonana.
- Lepiej ci trochę?
- Mhm.
- Chcesz wody albo mleka?
- Nie.
Leia uściskała ją.
- Więc teraz zaśnij. Wszystko będzie dobrze.
Po wyjściu z kajuty Leia klapnęła ciężko na siedzenie obok Hana i westchnęła głęboko.
- Zdaje się, że mamy nowy kłopot.
- Mogę go zastrzelić?
- Zrób to, proszę.
ROZDZIAA 33
Hweg Shul, Nam Chorios
Kandra zapytała po raz drugi, tym razem innymi słowami, aby zyskać pewność, że
poprzednio dobrze zrozumiała.
- Więc jesteś pewien, że nie napadł cię ani Wielki Mistrz Skywalker, ani żadne z jego
towarzyszy?
Stojący po drugiej stronie starego, pięknie rzezbionego biurka z ithoriańskiego drewna
burmistrz Snaplaunce przytaknął.
- Widziałem, jak odlatują, kiedy wibroostrze wbiło mi się w plecy. Monitory miejskie
śledziły drogę wahadłowca, dopóki mogły. Napastnikiem musiał być ktoś z Hweg Shul, na pewno
nie był to ani Skywalker, ani ta młoda kobieta Khai.
- Widzę, że udało się panu całkiem wyzdrowieć.
- Ocaliła mnie ignorancja tego łajdaka. Wbił mi nóż tam, gdzie powinny znajdować się
ludzkie nerki. U Ithorian w tym miejscu znajdują się mięśnie grzbietowe. Dlatego rany, choć grozne
z powodu utraty krwi, nie były śmiertelne.
- Skoro więc na grupie Skywalkera nie ciążą już żadne oskarżenia... choć Tubylcy wydają
się nieprzekonani... dlaczego wciąż jest aktualny ten nakaz aresztowania?
Snaplaunce spojrzał na nią poważnie, co w wykonaniu Ithorianina z głową w kształcie młota
wyglądało nieco niepokojąco.
- Wciąż jeszcze musimy dowiedzieć się sporo na temat zamordowania doktora Wei, więc
członkowie grupy Skywalkera pozostają nadal w sferze naszych zainteresowań. Powstał też
problem niszczycielskich burz, które coraz częściej pojawiają się na powierzchni Nam Chorios...
- Na przykład dzisiaj rano.
- Właśnie. Takie burze pojawiały się ostatnio, gdy Wielki Mistrz Skywalker, działając pod
nazwiskiem Owen Lars, przybył po raz pierwszy na Nam Chorios trzydzieści lat temu. Zauważono
także niewielki wzrost wskaznika kradzieży śmigaczy, który odpowiada ściśle liczbie nowych osób
odwiedzających planetę. Działają tu jakieś tajemnicze siły. Nakaz pozostanie zatem w mocy,
dopóki nie będziemy mieli dość argumentów, żeby go zdjąć.
- Dziękuję panu. - Kandra spojrzała na Beurtha, sygnalizując koniec oficjalnego wywiadu.
Zwiatełko rejestracji na holokamerze zgasło i operator zdjął urządzenie z ramienia.
Kandra wstała.
- Panie burmistrzu, bardzo mi pan pomógł - powiedziała.
Dwie minuty pózniej, skulona z zimna, brnęła niechętnie przez wietrzne, zaśmiecone ulice
Hweg Shul.
- Ten facet jest zupełnie bezużyteczny. - Westchnęła.
Beurth odpowiedział jej serią pochrząkiwań.
Skinęła głową.
- Wiem, wiem. Ale tylko w ten sposób można wykonywać tę pracę. On nie dał nam niczego,
Przybysze i Spóznieni wydają się nic nie wiedzieć, Tubylcy nabierają wody w usta, Theranie
Nasłuchiwacze poznikali, nie spotkaliśmy się z Valinem... coś z pewnością się dzieje, ale chyba
trzeba lepszego dziennikarza niż ja, żeby to wykryć.
Beurth chrząknął znowu. Wydawał się urażony.
Spojrzała na niego kwaśno.
- Mówisz, że relacje naocznych świadków i tak nie są pewne? Dzięki, wybitnie mi
pomogłeś. - Westchnęła, obserwując obłoczek oddechu, który zaraz rozproszył wiatr. - Cóż...
zastanówmy się, czy zdołamy sklecić cokolwiek z suchych danych i statystyk.
Beurth chrząknął raz i drugi.
- Masz rację, trzeba najpierw coś zjeść.
Po lunchu w hotelowym pokoju znalazła wreszcie informację, której potrzebowała.
Była w zaktualizowanych raportach i statystykach kryminalnych. Liczba kradzieży
śmigaczy wzrosła rzeczywiście, a wśród incydentów zgłoszonych od czasu, kiedy na Nam Chorios [ Pobierz całość w formacie PDF ]