[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Ale będziesz musiał nadrobić zaległości  zastrzegła Moriah.  Jasne?
 Nie ma problemu. Ja lubię się uczyć  wyznał Henri. Podniósł do góry zdeformowaną
dłoń i dodał:  A najbardziej to lubię robić coś rękami, dlatego bardzo się cieszę, że idę na
operację. Mógłbym ją mieć nawet zaraz.
Blake uważnie przyjrzał się chłopcu.
 A ja się cieszę, że będę mógł ci pomóc  odparł.
Chwilę milczał, a potem zapytał:  Powiedz, Henri, kim chciałbyś być, jak będziesz
duży?
 To przecież jasne. Lekarzem. Jak wy. Też będę pomagał poparzonym dzieciom.
 To piękne marzenia.  Wzruszona Moriah pogłaskała go po głowie.
Blake nic nie powiedział, tylko znów przyjrzał się chłopcu. Moriah mogłaby przysiąc, że
w szczerych oczach dziecka dostrzegł siebie sprzed lat.
Wysiedli z taksówki przed szpitalem, gdy minął ich rozpędzony samochód i z piskiem
opon zatrzymał się przy wejściu na ostry dyżur.
 Manuel?  zdziwiła się Moriah, patrząc, jak młody mężczyzna wyskakuje z wozu i
nerwowym szarpnięciem otwiera drzwi po stronie pasażera. W siedzącej na przednim
siedzeniu kobiecie rozpoznała Rashę. Tknięta złym przeczuciem, przyspieszyła kroku.
 Boże, na pewno coś z dzieckiem...  powiedziała zdenerwowana, biegnąc w stronę
samochodu.  Co się stało?
 Ulało jej się, a potem się zakrztusiła.  Zapłakana Rasha tuliła do piersi krzyczące
niemowlę. Nawet dla niewprawnych uszu Blake a ten krzyk brzmiał niepokojąco. 
Podniosłam ją do pionu, żeby odkrztusiła, ale wtedy okropnie zsiniała.
 Niech się pani nie denerwuje, wszystko będzie dobrze.  Moriah wzięła dziecko na
ręce, i obróciwszy je na brzuszek, palcem wskazującym otworzyła mu buzię.
 Lepiej wejdzmy do środka.  Blake pchnął drzwi do izby przyjęć. Nie miał żadnego
doświadczenia w leczeniu dzieci, chyba że wymagały interwencji chirurgicznej, więc starał
się nie przeszkadzać.
Odruchowo wszedł z Moriah do gabinetu i bezradnie patrzył, jak odsysa gruszką buzię i
nosek dziecka. Nawet nie pamiętał, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Nie powinno go to
obchodzić, ale z niezrozumiałych powodów chciał poznać płeć małego człowieczka.
 Jej stan się poprawia. Dzięki Bogu!  odetchnęła po chwili Moriah.
A więc dziewczynka.
 Trzeba jej podać osłonowo antybiotyki, żeby nie dostała zapalenia płuc  wydukał, gdy
udało mu się odzyskać głos. Widok Moriah z niemowlęciem na rękach mocno podziałał mu
na wyobraznię. Jak na kogoś, kto nie zamierzał mieć potomstwa, zbyt łatwo wyobraził ją
sobie tulącą jego dziecko.
Nie lubił dzieci.
Zresztą może nie tyle nie ich lubił, co nie rozumiał ludzi, którzy chcą je mieć. Nie
pojmował, jak można dobrowolnie wziąć na siebie tak wielką odpowiedzialność. Od której
przez całe życie nie ma ucieczki.
 Zgadzam się, trzeba podać antybiotyk.  Moriah spojrzała na niego i ściągnęła brwi. 
Czy to twój pager?
 Co?  Nawet nie usłyszał, że coś mu dzwoni w kieszeni.
W tej samej chwili do gabinetu zajrzała pielęgniarka.
 Panie doktorze, jest pan potrzebny na bloku operacyjnym.
 Już idę. A ty?  zwrócił się do Moriah.
 Zaraz tam będę.
 Trzymaj się, Henri  powiedział do chłopca, który korzystając z okazji, zajrzał do
gabinetu.  Zobaczymy się przed operacją.
 Uratował pan maleńkie dziecko  powiedział chłopiec z podziwem.
 To wcale nie moja zasługa. Uratowała je doktor Howe  przyznał uczciwie. Po chwili
musiał powtórzyć to samo Manuelowi, który wylewnie dziękował mu za ocalenie córeczki.
Kiedy wreszcie udało mu się wyjść z izby przyjęć, czuł się sfrustrowany. Najbardziej
dokuczała mu świadomość, że kiedy Moriah ratowała dziecko, stał z boku i tylko się
przyglądał. Czuł się wtedy strasznie bezużyteczny. Bo jednak czym innym jest robienie
dzieciom operacji plastycznych, a czym innym ratowanie ich od śmierci.
Na bloku operacyjnym czekał na niego George.
 Słuchaj, stary  zaczął, drapiąc się nerwowo w czoło  jeden z chirurgów zachorował i
potrzebne jest zastępstwo. Możesz teraz operować?
 Tak. I tak mam na dziś zaplanowany zabieg Henriego.
 Dzięki  odetchnął George.  Pacjent jest już w trójce.
Gdy parę chwil pózniej Blake szorował ręce, mimowolnie pomyślał o Moriah. I o tym, że
pocałunki w taksówce tylko zaostrzyły jego apetyt.
Miał ochotę na dużo więcej. Wczoraj wieczorem z trudem powstrzymał się, by nie pójść z
nią do hotelu. Może dziś nadrobi stratę? Zaraz, zaraz. Uniósł głowę i w lustrze nad umywalką
twardo spojrzał sobie w oczy. Robisz głupstwo, ostrzegł samego siebie. Przecież im więcej
czasu spędzi z Moriah, tym trudniej będzie im się rozstać, gdy misja dobiegnie końca.
Widok Moriah z noworodkiem na rękach dobitnie uświadomił mu to, co wiedział od
dawna. Rodzina jest dla niej najważniejsza. Kiedyś mówiła nawet, że specjalnie wybrała
specjalizację z anestezjologii, by mając dzieci, móc pracować na pół etatu.
Dzieci. Nie jedno dziecko, tylko kilkoro.
Skrzywił się na wspomnienie hałaśliwego klanu Howe ów. Jego członkowie natychmiast
anektowali całą wolną przestrzeń i nie zwracali najmniejszej uwagi na otoczenie. Nie
wyobrażał sobie życia w takim stadzie. Nie wspominał zle lat spędzonych u ciotki i wuja;
lubił ciszę i spokój ich domu i dobrze się tam czuł. Był do nich naprawdę przywiązany i
przeżył ich śmierć o wiele boleśniej niż odejście własnych rodziców.
Odsunął od siebie te niepotrzebne myśli i przystąpił do operacji, która na szczęście
okazała się prostym zabiegiem. Liczył na to, że Moriah wkrótce dołączy do zespołu. Ona
jednak nawet nie zajrzała do sali. W związku z tym nurtowało go pytanie, co robiła przez te
wszystkiego godziny. Zagadka rozwiązała się, gdy po skończonym zabiegu wszedł do sali, w
której mieli operować Henriego.
 A więc tu jesteś.
 Tak. Najpierw pracowałam w zespole George a, a kiedy nie byłam mu już potrzebna,
zajrzałam do Henriego  wyjaśniła, pochylając się nad chłopcem, którego zaczęła znieczulać.
 Biedaczek, starał się być dzielny, ale wiem, że się bał.
Kto by się nie bał, pomyślał Blake.
 Posłuchaj, może chcesz, żeby zastąpił cię inny anestezjolog  zaproponował. Czuł, że [ Pobierz całość w formacie PDF ]