[ Pobierz całość w formacie PDF ]

prostu nie w porządku \enić się, skoro w ka\dej chwili mogę otrzymać dowództwo łodzi podwodnej.
CARSON: I mo\e pan zanurzyć się i nigdy nie wypłynąć.
KAPITAN: Taka jest tradycja.
King cię\ko westchnął. Z le\ącej na jego biurku listy pasa\erów wykreślono około połowy nazwisk -
Meksykanów, Argentyńczyków, Włochów, Filipińczyków i tak dalej, ludzi na tyle głupich, aby lokować swoje
fortuny w rodzimej walucie. Ci, którzy pozostali, nie licząc sześciu osób w Guayaquil, znajdowali się w
Nowym Jorku i byli łatwo osiągalni przez telefon.
Powinniśmy chyba wykonać kilka telefonów - powiedział King do sekretarki.
Sekretarka zaproponowała, \e podzwoni, ale King się na to nie zgodził. Czuł, \e w tej sprawie nie mo\e się
nikim wyręczyć. Namawiał przecie\ wszystkie te sławy, by wzięły udział w wycieczce, a do najsławniejszych
spośród nich umizgiwał się jak kochanek. A teraz, tak jak powinien zrobić odpowiedzialny kochanek,
zamierzał osobiście przekazać im złe wieści. Ostatecznie nie powinien mieć większych problemów z dotarciem
do większości z nich. Było tego czterdzieści dwie osoby, wliczając współmał\onków oraz znajomych, którzy
byli zerami, ale zorganizowali się w kilka kółek bankietowych - nale\ycie odnotowanych w kronice
towarzyskiej - stworzonych po to, by przyjemnie spędzić tych parę godzin, jakie pozostały do czasu, a\
przybędą limuzyny i komfortowo odwiozą wszystkich do Międzynarodowego Portu Lotniczego im.
Kennedy'ego, skąd o dziesiątej wystartuje do Guayaquil specjalny samolot linii Ecuatoriana.
W końcu King nie musiał rozmawiać o \adnych zwrotach pieniędzy. Wycieczka - jak dotąd - nie kosztowała
ich nawet złamanego grosza, a ju\ przecie\ dostali za darmo walizki, zestawy kosmetyków i nawet kapelusze
panama.
Gwoli pocieszenia siebie i sekretarki King odstawił swój stary numer z wypchaną iguaną. Przyło\ył ją do
twarzy jakby to był telefon i powiedział:
- Pani Onassis? Bardzo mi przykro, ale mam dla pani smutne wiadomości. Niestety, nie uda się pani osobiście
zobaczyć zalotów głuptaka błękitnonogiego.
Telefoniczne przeprosiny Kinga były szarmancką formalnością. Nikt i tak nie zamierzał wsiadać do samolotu
o dziesiątej wieczorem. Swoją drogą, o dziesiątej nie \ył ju\ ani *Andrew MacIntosh, ani *Zenji Hiroguchi, ani
brat Kapitana *Siegfried, i wszyscy oni mieli ju\ za sobą krótką podró\ w Zaświaty wiodącą przez błękitny
tunel.
Wszyscy ludzie z listy pasa\erów, z którymi rozmawiał King, mieli ju\ zupełnie nowe plany na najbli\sze dwa
tygodnie. Wielu wybierało się na narty gdzieś w obrębie bezpiecznych granic Stanów Zjednoczonych. Cała
szóstka gości zebranych na jednym z obiadów zdecydowała właśnie wybrać się do Phoenix, Arizona, by
spędzić tam trochę czasu w czymś, co było skrzy\owaniem zamo\nej rezydencji i klubu tenisowego.
Tu\ przed opuszczeniem biura King zatelefonował do człowieka, który w ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy
stał się jego bliskim przyjacielem. Był to dr Teodoro Donoso, poeta i lekarz z Quito, ówczesny ambasador
Ekwadoru przy ONZ. Dr Donoso uzyskał dyplom w Harvardzie, a kilku innych Ekwadorczyków, z którymi
King miał do czynienia, równie\ uczyło się w Stanach. Kapitan "Bahii de Darwin" Adolf von Kleist był
absolwentem Akademii Marynarki Wojennej w Annapolis. Jego brat *Siegfried skończył Szkołę Hotelarską
Cornella w Ithace, Nowy Jork.
Dobywający się ze słuchawki niesamowity hałas, jak gdyby w ambasadzie odbywało się jakieś dzikie
przyjęcie, został stłumiony w chwili, kiedy dr Donoso zamknął drzwi.
- Có\ tak świętują ci ludzie? - zapytał King.
- To balet Folklórico - wyjaśnił ambasador - odbywa próbę tańca ognia Kanka-bonów.
- Czy oni nie wiedzą, \e z wycieczki nici? - zdziwił się King.
Okazało się, \e wiedzą doskonale, lecz zamierzają pozostać w Stanach i zarobić na siebie i swoje rodziny parę
dolarów występując w teatrach i nocnych klubach z tańcem, który dzięki reklamie Kinga stał się tak bardzo
sławny - z tańcem ognia Kanka-bonów.
- Jest wśród nich jakiś prawdziwy Kanka-bono? - zainteresował się King.
Strona 36
2940
- Podejrzewam, \e nigdzie na świecie nie ma ani jednego prawdziwego Kanka-bono - odparł ambasador. W
swoim czasie napisał dwudziestosześciostrofowy poemat zatytułowany "Ostatni Kanka-bono", opowiadający
o zagładzie małego plemienia z ekwadorskiej d\ungli. Na początku wiersza było jedenastu Kanka-bonów. Pod
koniec został ju\ tylko jeden, a i ten nie czuł się zbyt dobrze. Wiersz był ćwiczeniem z wyobrazni, poniewa\
autor, jak większość Ekwadorczyków, nigdy nie widział \adnego Kanka-bono. Słyszał jedynie, \e liczebność [ Pobierz całość w formacie PDF ]