[ Pobierz całość w formacie PDF ]

nigdy, nie próbuj mnie budzić. Ja już wtedy będę u Pana Boga i do nóg Mu padnę, i będę
prosiła, abyś ty tylko nie zginął. Wykopiesz mi grób pod dębem i ziemią mnie ukochaną
nakryjesz. Będzie mi ciepło i wygodnie, kiedy ty to zrobisz. A potem idz na szeroki świat, a ja
zawsze będę przy tobie. Nie będziesz mnie widział ale ja będę z tobą wszędzie i zawsze. Czemu
płaczesz, chłopczysko ty moje najukochańsze? Widzisz, dzieciątko moje, spracowana jestem
bardzo i muszę odpocząć. Wiele nie przespałam nocy, więc zasnę głęboko. Zostaniesz sam,
lecz nie bój się tego. Las cię kocha i krzywdy ci nie uczyni& A kiedy będziesz dobry i też
nikogo nie skrzywdzisz, przygarną cię dobrzy ludzie i żyć będziesz szczęśliwie i długo. Patrz,
jaka jestem spokojna i wesoła&
 A czemu płaczesz, mateńko?
 To pewnie deszcz pada i dwie kropelki na twarz moją upadły&
 A czemu taka jesteś blada, mateńko?
 To pewnie słońce tak przez liście prześwieca&
 A czemu masz takie ręce jak lód, mateńko?
 Bo cała krew do serca mi spłynęła, aby cię więcej jeszcze kochało&
 A czemu masz usta spękane, mateńko?
 Bo ci właśnie chciałam rzec słowo tak gorące, że mi aż usta spaliło& Dziecko moje
jedyne& Błogosławię ci, błogosławię ci& Miej go w opiece, Matko Przenajświętsza!&
Zasnęła potem cichutko i tak mocno, że jej nie zbudził ani chłód nocy, ani wielkie
śpiewanie ptaków o poranku, ani żar słońca. Ani jej nie zbudziła najpierw cichutka, potem
coraz to głośniejsza prośba jej syna. Kiedy dziecko ukochane nie może obudzić swojej matki, to
tylko dlatego, że już na wieki usnęła.
Pewnie ptaki dały znać dobrym jakimś ludziom o wielkim nieszczęściu, bo nazajutrz
zjawili się, aby pogrzebać zmarłą. Byli to smolarze i bartnicy, gdzieś w głębi puszczy siedzący,
czarni, jakby uwędzeni w dymie, srodzy na twarzach, lecz w sercach poczciwi. Pokiwali
głowami nad sierotą, bardzo zafrasowani.
 Cóż ty teraz poczniesz, sieroto?  pytali.
 Mówiła matka, abym w świat poszedł  rzekł Janek.
 A nie zginiesz po drodze?
 Powiedziała matka moja, że mnie Bóg ochroni, a ona będzie ze mną.
 Tak mówiła? Tedy idz, chłopcze& Przygarnęlibyśmy ciebie, lecz nędza z biedą u
nas mieszka& Idz z Bogiem& Niejeden już od nas poszedł i przepadł, ale może tobie się uda.
Dobrze ci z oczu patrzy. A ile ty masz lat?
 Będzie z dziesięć.
 A czyj to ten pies?
 Teraz mój. Pójdziemy razem na wędrówkę.
Robak nie brał udziału w rozmowie, bo miał swój wielki rozum i wiedział, co wiedział.
Był już gotów do drogi, bo zostawać nie było po co. Czekał cierpliwie, aż obcy, leśni ludzie
odejdą, aż Janek wszystkie pożegna kąty i wszystkie dokoła lepianki rosnące drzewa. Musiał
mieć w chwili rozstania wielką w sercu żałobę, bo na rzęsach wciąż nowe miał łzy. Wreszcie
jednak skrzepił w sobie duszę, przeżegnał się i rzekł:
 W drogę, Robaku!
 Rozkaz!  zawołał Robak.
Pies wprawdzie nie mówił, bo zwierzęta mówią tylko w bajkach. Opowieść zaś o Janku
i o Robaku zdarzyła się naprawdę, ale ponieważ pies rozumiał każde słowo swego pana, a jego
biedny pan rozumiał każde spojrzenie i każdy ruch swojego psa, dlatego rozmowa wśród nich
była wyrazna i dlatego można powiedzieć, że Robak ,,zawołał albo ,,rzekł .
 W którą stronę pójdziemy?  zapytał Janek.
Robak przekręcił łeb bardzo śmiesznie, spojrzał na lewo, spojrzał na prawo i rzekł
roztropnie:  Tędy na lewo chodzą dziki, a to dość, aby nie chodzić tą drogą, bo się nią dojdzie
do jakiegoś bagna, czego uczciwe stworzenie, takie jak pies na przykład, niezbyt lubi. Co
innego, jeśli się ma w rodzie świnię.
 To może na prawo?
Robak podniósł nos, wietrzył chwilę i rzecze:
 Na prawo? Myślę, że na prawo też iść nie należy, bo tędy chodzą gromadami wilki.
Boli mnie to, co muszę powiedzieć, ale wcale mnie to nie hańbi, że mam krewnych, wielkich
złodziejów i zbójców. Wilk jest moim wujem, ale niech taki wuj, co potrafi zjeść własnego
siostrzeńca, chodzi sobie sam. Jeślibyśmy poszli tą drogą, nic z tego dobrego nie wyniknie,
przede wszystkim zaś zginiemy z głodu, tam bowiem, którędy przeszedł wilk, nikt się już nie
pożywi. Chodzmy prosto jak strzelił.
 Mądrze to wykoncypowałeś, miły Robaku  rzekł Janek.  Na tej drodze jednak
możemy napotkać niedzwiedzia.
 To by nie było najgorsze  rzecze Robak.  Niedzwiedz jest bardzo gburowaty, ale
poczciwy to jegomość; gdybym był rybą, tobym trochę miał stracha, albo gdybyś ty był
posmarowany miodem, bo za rybą i za miodem ten kudłacz przepada.
 A co robić, jeśli go spotkamy?
 Najmądrzej będzie uciekać, a jeśli na ucieczkę będzie za pózno, ja gdzieś przepadnę,
bo nie wiem, czy mu się spodobam, a ty idz śmiało. Jeśli ty się nastraszysz, właz na drzewo, a
jeśli on się ciebie nastraszy, to on zwieje i wszystko będzie w porządku.
 A jeśli inne spotkamy zwierzęta?
 Iii! Gadać nie ma o czym. Zając żaby się boi, cóż dopiero, kiedy mnie zobaczy.
Zaszczekam dwa razy, a to wystarczy, aby wszystkie zające strach obleciał do Bożego
Narodzenia. Zobaczysz, co ja w lesie znaczę! Sarny na mój widok mdleją, a potem opowiadają
dzieciom, że widziały potwora. Czy ja wyglądam na potwora?
 Jesteś najprzystojniejszym psem, jakiego widziałem w moim życiu.
 Pięknie to powiedziałeś! Ale& ale! A ileż ty psów widziałeś w swoim życiu?
 Ciebie jednego tylko&
 No, to niewiele; myślałem, że jestem bardziej przystojny.
 Tak  rzekł prędko Janek  ale gdybym ich znał tyle, ile jest drzew w tym lesie,
żadnego bym tak nie kochał jak ciebie!
Robak merdnął ogonem i zakręcił się najpierw w lewo, potem w prawo.
 Co czynisz?  zawołał Janek.
 Nic! ja w ten sposób wyrażam moją najwyższą radość. Taniec ten oznacza, że jestem
ci oddany i zaprzysiągłem ci moją wierną przyjazń.
 Cóż ty, biedaku kochany, możesz dla mnie uczynić?
Robak spojrzał głęboko w jego oczy spojrzeniem pełnym bezgranicznej miłości.
 Jeśli pozwolisz  rzekł  jeśli pozwolisz, to mogę&
 Co możesz?
 Mogę dla ciebie umrzeć.
 Robaku!  krzyknął Janek. [ Pobierz całość w formacie PDF ]