[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Maluszka... i Andrzej załatwi pracę... i będziemy mieli mieszkanie... Michałek będzie
chodził do francuskiego przedszkola... Ale równocześnie zdaję sobie sprawę, że jest
to wiara raczej irracjonalna, bo nie ma podstaw, nie ma jeszcze nawet żadnego
punktu zaczepienia, aby ziściły się nasze nadzieje, wieloletnie niepoprawne
marzenia.
Jedyny optymistyczny wyjątek w tych ponurych rozważaniach to zbliżający się
poród. Wiem, że mogę być spokojna. Znalazłam się pod najlepszą medyczną
opieką, przecież medycyna francuska nie ma na świecie równej sobie. Na pewno
wszystko pójdzie jak z płatka, urodzę łatwo i bezboleśnie.
Kiedy przypomnę sobie tortury rodzenia Michasia... mój niekończący się krzyk -
Michaś wychodz, wychodz, wychodz! - gdzie w czternastej godzinie intensywnych
bólów partych, przy jakimś ujściu zamkniętym modliłam się już tylko o to, aby
umrzeć i na pewno wszystko jedno mi było, czy w ogóle i w jakim stanie urodzi się
dziecko. Dziecko tak chciane, oczekiwane od lat - Michałek, ten śliczny, kochany mój
chłopczyk.
72
Rodzić pierwsze dziecko, gdy ma się 27 lat to już nie śmiechy. W warszawskim
szpitalu nazwali mnie brzydko "starą pierwiastką" i pal ich licho. Ale dlaczego
pozwolili tak cierpieć, kiedy błagałam o litość, dlaczego nie pomogli, kiedy byłam jak
oszalałe z bólu zwierzę?!
To już pięć lat, a mną jeszcze trzęsie i tamten ból znów boli. I kto wie, może i
trochę stąd wynikła moja decyzja wyjazdu - chciałam rodzić "po zachodniemu",
bezboleśnie.
Przechadzamy się z Michałkiem, rozmawiamy i wspominamy.
W egoistycznym odruchu ciekawości pytam go nagle, czy nie żałuje, że
wyjechał z Polski, czy nie żal mu zostawionych zabawek i książek, a może kolegów z
przedszkola. I tu ten pięcioletni dzieciak zdumiewa mnie przemyślaną i jakże dojrzałą
odpowiedzią.
...On czeka, aż tata pójdzie do pracy... i to wszystko, co pokazywał mi na
wystawach, to on będzie miał i już nawet sobie wybrał, co chciałby najbardziej. A ta
zabawa w sznurki i kapsle, którą wymyślił, też jest wcale nie głupia, jest fajna i tylko
szkoda, że nikt nie chce razem z nim grać... A babcia, dziadek i wszyscy przyjadą
kiedyś tu do nas. Oni nigdy jeszcze we Francji nie byli i na pewno bardzo się im
spodoba. A jak już będą pieniążki, to on kupi dla nich bardzo ładne prezenty, bo tu
WSZYSTKO w sklepach jest...
Mój biedny, kochany Mały, doczekasz ty się jeszcze tych cudów z wystawy.
Przecież, jakby na to nie patrzeć, podjęta desperacka decyzja wyjazdu z Polski była
właśnie z myślą o tobie, dla ciebie.
I twoja cierpliwość, niejako pewność, że sięgniesz kiedyś po to, co jest
odgrodzone teraz sklepową szybą i astronomicznymi dla nas cenami każe nam,
twoim rodzicom, spotęgować wszelkie wysiłki, aby stać się to mogło faktem i aby
ziściło się niewinne marzenie dziecka. Będę musiała przycisnąć ojca. Urzęduje w
tym biurze, duma, odbiera telefony. Tylko kiedy będą z tego jakieś pieniądze?
- Wracajmy już do hotelu, syneczku. Dzisiaj zagram z tobą w twoje kapsle.
73
* * * * *
I znów upłynęło kilka dni. To był wtorek.
Obudziłam się ze straszliwym uczuciem, że umieram.
W głowie ucisk, bolesny skurcz w piersiach zaparty aż gdzieś o przeponę i
jakieś niesamowite gorąco - jakby ktoś przypiekał mnie żywcem, tyle że od środka.
Czułam się właśnie tak.
Pierwsza myśl - to już poród. Reguluję oddech i próbuję zmobilizować
świadomość.
Michał śpi, Andrzej wyszedł już do biura. Mam nadzieję, że nie zamknął za
sobą drzwi na klucz. Jest godzina ósma, może dziewiąta rano. W dole brzucha nie
czuję żadnych sensacji, chyba żeby ten poród miał przebiegać inaczej.
Docieram do łazienki. Pragnę umyć się zimną wodą, gdyż czuję, że za chwilę
mogę stracić przytomność. Spoglądam w lustro i to co widzę, przeraża mnie i cuci.
Moja twarz jest purpurowa, co tam purpurowa - bordowa, a wszystkie żyły i żyłki
nabrzmiały i dziko pulsują. Te palpitacje czuję zresztą w sobie całej. Wyglądam
okropnie. Puszczam strumień zimnej wody i studzę twarz, kark, szyję. I jakby lepiej.
Wracam powoli do łóżka. [ Pobierz całość w formacie PDF ]