[ Pobierz całość w formacie PDF ]

dwóch swoich lud/i, którzy zresztą wzajemnie nie znali się, co jednak jest
praktyką normalną w Mosadzie. Obaj tkwili przy telefonie. Jeden z nich
obserwował lotnisko. Po stwierdzeniu, że jacyś ludzie wchodzą na pokład
samolotu, a następnie samego odlotu, miał przedzwonić do tego drugiego.
Ten zaś miał powiadomić mnie. Do mnie należało przekazanie
wiadomości
drogą radiową na kuter torpedowy.
Przyjechałem na Cypr pod nazwiskiem Jason Burton. Połowę drogi
odbyłem na łodzi patrolowej, skąd zabrał mnie prywatny jacht. Jednak
moja wiza wjazdowa głosiła, że przyleciałem samolotem.
Było wtedy chłodno i wietrznie. Od turystów nie przelewało się. Ale
w moim hotelu znajdowało się kilku Palestyńczyków. Po wykonaniu
pierwszego zadania, gdy czekałem na telefon, nie miałem nic do roboty.
Mogłem wyjść z pokoju, ale nie wolno mi było opuścić hotelu. Tak więc
informowałem recepcję, by łapano mnie na terenie hotelu, jeśli będzie
jakiś
telefon.
3 lutego 1986 r. wieczorem zauważyłem w westybulu pewnego
mężczyznę z małą bródką, wąsami i siwiejącymi włosami. Był bardzo
dobrze ubrany, miał pozłacane okulary, a na palcach prawej ręki trzy
wielkie pierścienie. Wyglądał na 45 lal. Nosił bardzo drogie buty skórzane
i znakomicie uszyty, świetnej jakości wełniany garnitur.
Siedział w westybulu przeglądając pismo arabskie, ale dostrzegłem
pod nim  Playboya". Wiedziałem już, że to Arab. Można było powiedzieć,
że uważał się za bardzo ważnego. Pomyślałem, że skoro nie mam nic
innego
do roboty, to mogę się z nim zaznajomić.
Podszedłem do niego i spytałem po angielsku;
 Czy mógłbym zerknąć na to pismo?
 Przepraszam  odpowiedział.
 Wie pan, chodzi mi o tę dziewczynę pod spodem.
Zaśmiał się i uniósł pismo. Przedstawiłem się jako brytyjski biznes-
men, który większość życia spędził w Kanadzie. Po przyjacielskiej rozmo-
wie postanowiliśmy wspólnie zjeść obiad. Człowiek ten był Palestyńczy-
kiem mieszkającym w Ammanie i  podobnie jak ja w obecnym wydaniu
 pracował w firmie eksportowo-importowej. Lubił wypić i po obiedzie
przeszliśmy do baru, gdzie wstawił się.
Podczas rozmowy wyraziłem swoją sympatię dla sprawy palestyń-
158
skiej. Wspomniałem nawet, że straciłem w Bejrucie sporo pieniędzy
z powodu wojny (w 1982 r.).  Ci cholerni Izraelczycy"  powiedziałem.
Mój nowy znajomy opowiedział mi o handlu, jaki prowadzi z Libią
i w końcu rozluzniony alkoholem i moją życzliwością, powiedział:
 Jutro wytniemy taki numer, że Izraelczycy będą jeść własne
gówno.
 Wspaniale! A jak to zrobicie?
 Wiemy z pewnego zródła, że Izrael śledzi spotkanie OWP z Kada-
fim. Ale na lotnisku dokonamy pewnego wybiegu. Izraelczycy myślą, że
wszyscy ci z OWP zabiorą się razem na jeden samolot. A tak nie będzie.
Trudno było mi utrzymać spokój. Nie oczekiwano ode mnie, bym
kontaktował się z Tel Awiwem, ale musiałem coś zrobić. W końcu około
pierwszej po północy opuściłem mojego  przyjaciela" i wróciłem do
pokoju. Zamówiłem alarmowy numer. Zapytałem o Itsika.
 Nie ma go. Jest zajęty.
 Muszę z nim rozmawiać. To pilne. Chcę rozmawiać z szefem
tsometu.
 Niestety, on też jest zajęty.
Zidentyfikowałem się przy pomocy mego szyfrowego imienia jako
katsa. Mimo to  co jest niewiarygodne  nie mogłem się przebić.
Zadzwoniłem więc do domu Araieha Sherfa. ale nie było go.
Zatelefonowa-
łem wreszcie do przyjaciela z wywiadu marynarki wojennej, by dał znać
o mnie tam, gdzie są wszyscy jego szefowie  " w  wojennym gabinecie"
zorganizowanym przez jednostkę 8200 w bazie lotniczej w Galilei.
Wreszcie Itsik do mnie zadzwonił.
 Dlaczego mnie wołasz aż tutaj?
 Słuchaj, cała sprawa jest trikiem. Ci faceci nie polecą tym
samolotem.
 Skąd wiesz?
Opowiedziałem całą historię. A Itsik skwitował:
 To wygląda mi na wojnę psychologiczną. Poza tym nie byłeś
upoważniony do nawiązywania jakichkolwiek kontaktów. [ Pobierz całość w formacie PDF ]