[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Arilla miała nadzieję, że Harry już tam będzie, gdy ona dotrze na miejsce.
Wyrzucała sobie, trochę za pózno, że się o tym nie upewniła. Powinna
zatrzymać powóz, zamiast wsiadać, gdy tylko zajechał. Ale nic już na to nie
mogła poradzić. Pozostawało mieć nadzieję, że zastanie tam mnóstwo innych
gości. Wtedy gospodarz nie będzie mógł do niej mówić w sposób intymny,
czego najbardziej nie lubiła. Nie opowiedziała Harry'emu, jak bardzo
zdenerwował ją lord Rochfield, bo bała się, że uznają za głupią. Przecież
bardzo wyraznie podkreślił, że nie powinni robić sobie z niego wroga. Nic by
nie pomogło podburzanie Harry'ego przeciwko lordowi. Ale coś w Jego
Lordowskiej Mości przerażało ją, Miała wrażenie, że jest gadem, którego
należy unikać za wszelką cenę.
Po zaledwie dwudziestu minutach powóz zajechał przed Rochfield House na
Piccadilly. Mieścił się niedaleko wspaniałego pałacu, niedawno
wybudowanego przez księcia Wellingtona na Hyde Park Comer. Fasadą
zwrócony był w kierunku Green Park. Dom stał nieco odsunięty od samej
Piccadilly. Miał imponujący fronton z dwuskrzydłową bramą zwieńczoną
heraldycznymi jednorożcami. Arilla przypuszczała, że stanowią one część
herbu lorda Rochfielda.
Na schodach, aż do drzwi rozwinięto czerwony dywan. Mąjordomus i
czterech lokajów oczekiwało w marmurowym holu. Jeden odebrał od Arilli
szal, a majordomus poprowadził ją krętymi schodami na pierwsze piętro. Nie
zatrzymał się jednak przy pomieszczeniu, które według Arilli powinno być
salonem, lecz prowadził ją dalej szerokim korytarzem, oświetlonym świecami
umieszczonymi w lichtarzach. Na ścianach wisiało kilka wspaniałych obrazów.
W innej sytuacji obrazy te i piękne francuskie meble zainteresowałyby ją. Ale
teraz niepokoił ją brak innych gości. Widocznie przybyła zbyt wcześnie. Raz
jeszcze pożałowała, że nie wykazała na tyle rozsądku, żeby kazać powozowi
zaczekać i przyjechać dużo pózniej. Zdążyła już zauważyć na innych
przyjęciach, że zawsze znalazła się jakaś utytułowana piękność, która
przyjeżdżała na końcu, urządzając specjalnie teatralne wejście, kiedy już
wszyscy byli.
- To właśnie powinnam zrobić - powiedziała sobi Arilla. - Jak mogłam być
tak głupia, żeby, jeśli miałam przyjechać sama, nie poczekać i nie upewnić się,
że Harry będzie tu pierwszy?
Majordomus otworzył drzwi.
- Lady Lindsey, milordzie'.
Kiedy Arilla weszła do pokoju, serce jej się ścisnęło, gdyż nie było tam
nikogo prócz lorda Rochfielda.
Stał przy marmurowym kominku, ozdobionym po bokach dwiema chińskimi
wazami wypełnionymi białymi liliami. Arilla zdawała sobie sprawę, że
rozmyślnie nie podchodzi na powitanie, czekając aż ona podejdzie do niego.
Poruszała się wolniej niż zwykle, gdyż była przestraszona. Nie miała
pojęcia, że z przerażenia jej oczy zrobiły się ogromne i odbijały przepełniające
ją uczucia.
- Boję się... milordzie... - powiedziała, gdy zbliżyła się na odległość kilku
stóp do lorda Rochfielda - że przybywam nieco za wcześnie... a mój kuzyn się
spózni... i przysłał mi wiadomość... że spotkam się z nim tutaj.
- Vernon ma z pewnością ważny powód do spóznienia - odpowiedział, a
Arilla znienawidziła go jeszcze bardziej za wyrazny podtekst zawarty w tych
słowach. - Ale pani tu jest, a to najważniejsze.
Ujął jej dłoń i uniósł do ust. Arilla zadrżała pod ich dotykiem. Do pokoju
wszedł lokaj z tacą i dwoma kieliszkami szampana. Jeden podał Arilli, a drugi
lordowi Rochfieldowi.
- Dziś wieczorem - powiedział lord Rochfield, biorąc kieliszek - muszę
wznieść wyjątkowy toast, bo pierwszy raz odwiedziła pani mój dom i mam
nadzieję, że się pani tu podoba.
- Widziałam, że ma pan kilka pięknych obrazów - zauważyła Arilla, uznając
to za bezpieczny temat do rozmowy.
- Niektóre z nich przedstawiają boginie - odparł. - Ale żadna z nich nie jest
tak piękna ani ponętna jak pani!
Pożerał ją oczami. Poczuła się, jakby jej suknia była zupełnie przezroczysta i
zbyt mocno wycięta z przodu. Mimowolnie spojrzała w kierunku drzwi.
Zastanawiała się w panice, dlaczego Harry się nie zjawił i gdzie są inni goście.
Ku jej uldze, jakby pod wpływem zaklęcia, drzwi się otworzyły. Ale nie
ukazał się w nich Harry, lecz majordomus. Nie zaanonsował nikogo, tylko
podszedł do lorda Rochfielda.
- Właśnie zjawił się posłaniec od pana Vernona, milordzie. Pan Vernon prosi
Waszą Lordowską Mość o wybaczenie, lecz niezależne od niego okoliczności
nie pozwalają mu zjeść dzisiejszego wieczoru obiadu z Waszą Lordowską
Mością.
- Dziękuję - powiedział lord Rochfield. Majordomus wyszedł.
- Jak pan myśli, co mogło się wydarzyć? - zapytała szybko Arilla. - Jak to
możliwe, by Harry odrzucił pańskie zaproszenie w ostatniej chwili?
Lord Rochfield uśmiechnął się chytrze.
- To łatwo wyjaśnić. Okoliczności, które miał na myśli pani kuzyn, a na
które nie ma wpływu, to albo książę regent, albo może bardziej interesujące
zaproszenie od pięknej markizy.
- Ależ to byłoby bardzo... niegrzeczne - powiedziała cicho Arilla.
- Przyjmuję to jako dar niebios - odpowiedział. - Cudem niemal mam panią
tylko dla siebie.
Arilla westchęła.
- Ale... co będzie... z resztą... przyjęcia? - wykrztusiła pytanie.
- Chciałem rozmawiać z panią, śliczna damo - odparł. - I nie chciałem, by
uwagę pani lub moją odwracali inni goście. Byliby tylko zawadą.
- Czy... mam rozumieć... że jesteśmy sami?
- Cóż mogłoby być bardziej intrygujące? - zapytał lord Rochfield. - Niech
wolno mi będzie powiedzieć, że czekałem na ten wieczór z utęsknieniem i
chyba się nie zawiodę.
Te słowa niebezpiecznie pobrzmiewały siłą. Nie odważyła się spojrzeć na
niego, w obawie przed tym, co ujrzy w jego oczach. Starała się szybko
wymyślić, co mogłaby powiedzieć, jak się bronić.
Zaanonsowano obiad. Lord Rochfield podał jej ramię. Nie mogła zrobić nic
innego, jak tylko leciutko oprzeć palce na jego ramieniu i pozwolić się
wyprowadzić na szeroki korytarz.
Spodziewała się, że pójdą na dół. Zazwyczaj jadalnia znajdowała się na
parterze. Ale on powiódł ją dalej korytarzem, aż do miejsca, gdzie przy [ Pobierz całość w formacie PDF ]