[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wiedział, jaka to ciężka starość bez własnych dzieciaków! Niechby i
broiły, żeby ich mieć teraz. Moja Jadwinia nie zrobiła mi nigdy przykrości
i za to ją Bóg wziął. A teraz?
 Czyż my nie jak babci rodzone?  spytała serdecznie Jadzia całując
dłoń staruszki.
 Nie skarżę się na was, broń Boże! No, ale cóż z te go! I wam czas o
sobie pomyśleć. Widziałaś Jana? Oczami pożera tę czarną %7łdżarską.
Zobaczysz, że dziś czy jutro dobiją targu. No, i przepadł mi Jaś. Już mu
nie Mariampol będzie domem, ale Olszanka. I tak dobrze, tak być
powinno; ja mu jak matka pobłogosławię. Ot i jedno wyleci. A ty, ot i
tobie trzeba gniazdo zakładać. I ciebie nie stanie za jaki rok. Nie w moim
guście ten hipochondryk, ale znam ciebie, głupstwa nie zrobisz i wiesz, co
postanowisz. I ciebie pobłogosławię i oddam mężowi. Ot i koniec.
Znowu głos się zniżył i pochyliła starą głowę. Jadzia już nie nuciła.
Dziwna to była rozmowa po balu.
 Prusak, tak niestety!  zaczęła znowu pani Tekla.  Ale to moja
krew, moje jedyne dziecko. Jego jednego chciałabym sobie wziąć; on mój,
zostałby w Mariampolu.
 Przecie, babciu, i on kawaler. Czeka na niego pewnie w Berlinie jaka
księżniczka i on zechce założyć gniazdo.
 Nie wygląda na to. Tyle było ładnych panien; żadnej nie asystował.
 Tylko hrabinie Mielżyńskiej. Może zresztą swe serce już komu
oddał.
 Hrabina? Et, każdego złapie. A zresztą, choćby i był gdzie związany,
poproszę go, by zaczekał, aż umrę. Co mi już żyć! Parę lat. Zobaczysz, że
posłucha i zostanie. On mi jeszcze nigdy niczego nie odmówił.
 I hrabia Ralf, jego ojciec, był posłuszny.
 Ten mi córki nie wezmie. I zresztą, on inny, lepszy, słodszy od
tamtego zbója! %7łebyś go widziała po tej awanturze z kartami! Wziął mnie
za serce.  Miejcie ze mną trochę cierpliwości  prosił  ja chcę być
waszym, ale mi tak trudno, nikt mi dłoni nie poda . Wtedy to posłałam
ciebie z nim do tańca.
Po bladej twarzy panny Jadwigi przebiegł rumieniec, poruszyła się i
wyjrzała na zimowy szlak.
 To mi nie było wcale przyjemne  rzekła.
 Ciekawam, za co go tak znowu nie lubisz i co widzisz milszego w
tym wymokłym Głębockim?
 Ja się łatwo wytłumaczę: pan Adam jest to mój rodak i znajomy.
Jestem nieufna i ostrożna z natury. Ale dlaczego babcia woli hrabiego niż
mnie i Jasia, tego pewnie nie wytłumaczy.
 Ja wolę? Kto to mówił? Brednie! Zni ci się coś!  zaperzyła się
staruszka odzyskując równowagę umysłu, ale Jadzia ciągnęła dalej;
 %7łeby ten Prusak jako warunek pozostania w Mariampolu postawił
moją rękę, poświęciłaby mnie babcia niezawodnie. Rzuciłaby
wychowankę na pastwę Szwaba, odwiedziłabym i ja zbójecki zamek nad
Renem.
 Co to, to nie! Na taką propozycję wyrzuciłabym go za drzwi. Ale co
tam gadać! Czasy się zmieniają, a ty nie tamta słodka i cicha dzieweczka.
 Więc ja jestem megera! Dziękuję!
 Po co przerywasz? Jesteś inna i basta. Tobie ani radzić, ani odradzać
nie trzeba, i nie znalazłby się dość zuchwały Niemiec, który by ośmielił
się uczynić podobną propozycję tobie.
Jadzia zamilkła. Był taki zuchwalec, ośmielił się, a ona go nie
spiorunowała wzgardą i obrazą. Wysłuchała i dotąd słyszała namiętny głos
wroga, szepcący jej w obcej mowie o czci i kochaniu, i wierności
dozgonnej.
I był to grzech słuchać go, i grzech myśleć, i może grzech pragnąć, by
dotrzymał.
Harda dziewczyna była tak pokorną teraz w poczuciu winy i tak pełną
nadziei w coś, czego nie ważyła się jeszcze określić.
Wróciwszy do domu zamknęła się u siebie. Czy spała  wątpliwe, bo
raniutko w środę popielcową oznajmiła zdumionej pani Tekli, że jedzie do
Braniszcza na nabożeństwo.
Staruszka odpoczywała jeszcze po balowej pańszczyznie i aż
podskoczyła ze zgrozy na tę wieść; czepek jej kołysał się w takt
urywanych wyrazów.
 Na mszę! Sama! O świcie? Czyś oszalała? Czego? Fe, jakaś ty blada
i mizerna! Oto jest skutek karnawałowych facecyj. Chłopców nie ma?
 Nie wiem. Sanna wyśmienita, wrócę na obiad  odparła spiesznie
panienka i zemknęła od dalszych uwag i komentarzy.
Nie była zdolna zachować dzisiaj swego chłodu i spokoju. Potrzebowała
ciszy, samotności i medytacji, by się z sobą sama porozumieć.
Po raz pierwszy w życiu opadły ją jakieś wątpliwości, skrupuły, była
okropnie z siebie niezadowolona.
Inna w jej wieku zwierzyłaby się koleżance, poradziłaby się babki,
wynurzyłaby przed kimś swą zgryzotę. Jadzia powiernic nie miała, a
wszelkie swe smutki i radości przywykła była znosić sama, nie
wtajemniczając nikogo.
Miała wstręt do gadulstwa i spowiedzi światowej. Była niesłychanie,
nieufna, dzika i skryta. Zdawało się jej, że wyznać swe uczucia  to
wystawić się na śmiech i pogardę; miała to za nie do darowania błąd i
słabość.
Tajemnic swoich nie udzielała nikomu, ale też nie zdradzała nigdy
cudzych zwierzeń; nawet ukochany brat, Jaś, nie mógł żadną miarą
wydobyć z niej tak ważnej dla niego wieści: czy Cesia %7łdżarska da mu
nareszcie harbuza, czy rękę.
Jechała tedy Jadzia zasępiona, tocząc duszny kompromis, gdy wtem na
zawrocie ujrzała tuż przed sobą spienione łby kasztanów Jasia.
 Stój!  krzyknął Jaś wyskakując z sanek.
Wyglądał promieniejący. I Wentzel wysiadł też. Zbliżyli się do niej
obadwa.
 Nie zatrzymuj, bo się spóznię!  rzekła podając obu rękę na
powitanie.
 Zaraz, zaraz! Tylko zgadnij, kto ja jestem?
 To ci patrzy z oczu. Narzeczony Cesi.
 Niech cię uściskam! Patrz!  pokazywał jej triumfalnie mały
pierścioneczek panieński na palcu i zaśpiewał fałszywie, ale z ochotą:
Kochają się z strasznej mocy 
Będzie ślub po Wielkanocy! hu, ha!
 Co? Nieradaś?  spytał.
 Owszem, z całego serca. Stworzeni jesteście dla siebie. Nudzić się
nie będziecie. Starczy wam humoru na całe życie. Czego ci życzę, i jak
szczerze, wiesz najlepiej.
 No, to daj buzi, mój aniele opiekuńczy. %7łeby nie ty, może bym się
rozhultaił i roztrwonił swe serce na miłostki. Aleś ty strzegła i wstyd mi
było odejść od twego ideału. Cesia mi mówiła, że gdybym nie miał takiej
siostry, toby mi nigdy życia nie powierzyła. I ma rację.
 %7łebyś nie był z gruntu szlachetny i delikatny, nie miałabym żadnego
wpływu. Sameś się strzegł. [ Pobierz całość w formacie PDF ]