[ Pobierz całość w formacie PDF ]

odziedziczona krew, nadal pozostała człowiekiem, przynajmniej w swoim podstawowym wydaniu.
Ludzki umysł miał w sobie taki sprytny bezpiecznik, który blokował zbyt drastyczne lub potencjalnie
zagrażające mu wydarzenia. Gdzieś o tym czytała. W ogóle dużo czytała, co wprawiało
Wychowawców w stan okołoapopleksyjny, a jej z kolei sprawiało nieziemską przyjemność.
Przetrzepała dokładnie zasoby pamięci, starając się wygrzebać z nich jak najwięcej użytecznych
informacji. Las, ucieczka, banda półidiotów ze zdecydowanie zbyt dużym arsenałem groznych
zabawek i& On. Ktoś, kto pojawił się znikąd, ktoś, kogo reakcje potrafiła określić bez żadnego
racjonalnego powodu. Ktoś, kto ją do siebie Przywiązał& No dobra. Ktoś, komu dała pozwolenie,
aby się do siebie nawzajem Przywiązali. Generalnie jej Wybawca miał choć tyle dobrych manier, że
jej do tego nie zmusił. Przynajmniej nie bezpośrednio. Tak, ta teoria jej się podobała, będzie się jej
trzymać. A na razie&
Gdzie ona w ogóle była?
Mruknęła niezadowolona. Spróbowała się przeciągnąć, by ocenić dokładnie straty własne. Tak,
najlepiej nie było. Lepiej na razie się nie ruszać. Leżała na przyjemnie nie-za-miękkim i nie-za-
twardym materacu. Była przykryta kołdrą, bardzo lekką, ale nie przykrywało jej już żadne ubranie.
Choć miejscami coś dość charakterystycznie ciągnęło za skórę, kiedy podjęła próbę przeciągnięcia.
Opatrunki. Całkiem sporo. No, ale pamiętała, że pół-idioci wykorzystali większość swojego
bogatego arsenału. Okej. Dalej. Kalejdoskop jaskrawych plam wywołanych większym niż dotychczas
bólem doprowadził ją do słusznej konkluzji, że oczy nadal pozostawały zamknięte. To z kolei
tłumaczyło, dlaczego nadal nie bardzo orientowała się w przestrzeni (Wychowawcy przewróciliby
się w grobie, gdyby nie fakt, że jeszcze żyli, niestety). Powieki na razie zdecydowanie odmawiały
współpracy. Trzeba będzie ponegocjować.
 Ciii, spokojnie, maleńka.
Uspokajający szept, gdzieś po jej lewej stronie. Szelest materiału, a potem ugięcie materaca.
Zadziwiające, ale poznała ten głos natychmiast. Rozpoznałaby go wszędzie, niezależnie od kakofonii
otaczających ją dzwięków. Niski pomruk, który rozchodził się rezonansem po całym ciele. Uspokoił
ją, ale nie zapisanym w tych okrągłych, głębokich dzwiękach poleceniem, a samą swoją obecnością,
samym dzwiękiem.
Co, do cholery?
Zmarszczyła brwi. To też zabolało. Jej twarz musiała przypominać mielonkę.
 Kim& ?  wydusiła przepięknie zdartym głosem.
Zgrzyt piły na metalowej beczce brzmiał bardziej uroczo od niej w tym momencie. Czuła się tak
niesamowicie ponętna, że na samą myśl miała ochotę zwymiotować.
Swoją drogą, dlaczego miała czuć się ponętną? Zmaltretowano ją, prawie zabito (no dobra,
sama chciała do tego doprowadzić, ale tylko dlatego, że alternatywa była dużo gorsza), była ranna,
brudna i w ogóle. Miała wszelkie prawo wyglądać jak mielonka, mieć niesprawne gardło i wyglądać
jak siedem nieszczęść. Nie zamierzała nikogo uwodzić!
 Leo, ranisz moje uczucia  szepnął i zaśmiał się cicho, a ona przez zdradziecką chwilę miała
ochotę zacząć się do niego łasić jak pieprzona kotka w rui.
To zaczynało być bardzo, baaardzo dziiiwne. I niepokojące.
 Trudno  wydusiła, ledwo powstrzymując cisnące się na język przeprosiny.
Nie miała za co przepraszać. Nie miała za co przepraszać. Nie miała za co przepraszać. Facet
pojawił się znikąd i uratował jej skórę, do tego w sposób, który trochę wykraczał poza zasady fair
play, a już zdecydowanie łamał klasyczny rycerski etos nakazujący niesienie ratunku każdej damsel in
distress[2]. Rycerz by po prostu wpadł i pomógł, cholera! Lea nie zamierzała dać się przekonać, że to
był jedyny sposób. W sumie, jak teraz całkiem trzezwo o tym myślała, to gdyby wyrżnął wszystkich
tych półidiotów, nikt by się o niczym nie dowiedział. Ona sama nie puściłaby pary z ust. Nie-e.
Tak, to wszystko jego wina. Właściwie należało mu się skopanie dupska, a nie przeprosiny czy
podziękowania. Właśnie, właśnie.
 Znasz mnie. Otwórz oczy.
To nie było polecenie. To nie było polecenie! Nie było! Dlaczego więc, do kurwy nędzy, jej
oporne powieki, takie zbuntowane, właśnie teraz zdecydowały się łaskawie podnieść i pokazać, co
przed nią chowały? Zaczynało ją to wszystko coraz bardziej irytować.
Zwiatu, który zobaczyła, brakowało ostrości. Przypominał bardziej niebiesko-czarną rozmazaną
plamę niż cokolwiek konkretnego. Musiała parę razy zamrugać, aby uzyskać wyrazistość widzenia.
Jej umysł powoli ogarniał sytuację. Duże łóżko, na którym leżała, było okryte białym baldachimem.
Ramę wykonano z ciemnego drewna, gdzieniegdzie ozdabiając rzezbą winorośli, całość
polakierowano na nie-błysk, co od razu uznała za oznakę dobrego gustu właściciela. Zauważyła
tylko kawałek ściany, jasnoniebieskiej, z dużym oknem, teraz prawie całkowicie zasłoniętym
ciemnosrebrną roletą. I właśnie ta roleta sprawiała, że nie oślepła, kiedy tylko jej powieki posłuchały
polecenia Ktosia. Dopiero po chwili przyjęła do wiadomości, że patrzy na nią całkiem znajoma para
niezwykle ciemnych przenikliwych tęczówek. Całkiem znajomo przerażających tęczówek. A ich
właściciel się do niej uśmiechał, ciepło i serdecznie. I ten fakt przeraził ją jeszcze bardziej.
Po raz pierwszy w życiu poczuła, że blednie. Błyskawicznie.
 Otworzyłaś którąś ranę, Leo? Strasznie zbladłaś.  Zciągnął brwi, wyraznie przejęty.  Pokaż. [ Pobierz całość w formacie PDF ]