[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Nie jesteś głodny?
- Nie. Chocia\, właściwie tak.
- Zaraz coś przygotuję.
Mruknął coś w odpowiedzi. Był tak zaabsorbowany pisaniem, \e ledwo ją
zauwa\ał. Przebywał gdzie indziej, w fikcyjnym świecie swojej ksią\ki, gdzie
nie było dla niej miejsca - tam królowała Isabel.
Jadł z wielkim apetytem, ale mówił mało, myślami błądząc pewnie po
amazońskiej d\ungli albo po afrykańskiej pustyni. Katrina mimo woli poczuła
się zaniedbana. Jedzenie w towarzystwie milczącego mę\czyzny, zajętego
swoimi myślami, niewiele ró\niło się od jedzenia w samotności.
W poniedziałek rozdzwonił się telefon. Katrina szybko zorientowała się,
\e zbyt pochopnie zgodziła się odbierać i notować wiadomości dla Maksa. Nie
nadą\ała z podnoszeniem słuchawki, a na dodatek dzwoniły same kobiety -
Rebeka, Tammy, Joanna i Kelly, z których ka\da chciała koniecznie rozmawiać
z Maksem. Wszystkie miały sprawy nie cierpiące zwłoki. Przemawiały do
Katriny na rozmaite sposoby i ró\nymi głosami - gniewnie, arogancko, wyniośle,
prosząco, wojowniczo, jakby była krnąbrną słu\ącą odmawiającą wykonania ich
poleceń i przyciągnięcia Maksa z pracowni do telefonu.
Przez następne kilka dni pilnie odbierała telefony i, uprzejma jak
wzorowa sekretarka, zapisywała wiadomości.
ZADZWOC DO SAN FRANCISCO DO KELLY. PILNE!
ZADZWOC DO VERMONT DO TAMMY. PILNE!
ZADZWOC DO NOWEGO JORKU DO REBEKI. PILNE!
ZADZWOC DO DOMU DO JOANNY. PILNE!
- Nie będę zostawiać wiadomości - powiedziała pewnego ranka Rebeka
swoim charakterystycznym, zachrypniętym głosem. - Gdzie on jest?
- W swojej pracowni. Pisze.
- W jakiej pracowni? Gdzie on się zatrzymał? Czy to hotel?
- Nie - odpowiedziała Katrina. - Prywatna willa.
- A kim pani jest?
- Jestem właścicielką willi.
W słuchawce zapanowała cisza. Katrina chrząknęła taktownie.
- To znaczy, \e Maks mieszka z panią? - padło obcesowe pytanie.
Zawahała się. W pewnym sensie mo\na było tak to ująć.
- Tak - powiedziała słodkim tonem. Nie mogła sobie odmówić tej drobnej,
babskiej satysfakcji. W sumie niewiele skłamała, a poza tym, jedna kobieta
więcej czy mniej w jego \yciu - có\ to miało za znaczenie?
Wszystkie głosy nale\ały do osób młodych i wykształconych, choć
niekoniecznie uprzejmych. Jedna była zmysłowo zachrypnięta, druga paplała
szybko, na jednym oddechu, trzecia mówiła ze śpiewnym akcentem, a czwarta
sprawiała wra\enie wytwornej snobki.
Katrina usiłowała sobie wyobrazić, jak ka\da z nich wygląda. Wszystkie
musiały mieć według niej długie, lśniące, jedwabiste włosy, zachwycająco
piękne ciała oraz niebotyczne nogi, co działało na nią wybitnie przygnębiająco.
Wtem przyszła jej do głowy pocieszająca myśl, prawdziwe olśnienie: \adna z
tych zachwycających piękności nie mieszka teraz z Maksem, tylko ona, Katrina.
Całe dnie, a nieraz i część nocy, Maks spędzał w swojej pracowni. Od
czasu do czasu udawał się do kuchni, aby zrobić sobie kawę albo odpowiedzieć
na jeden z otrzymanych wcześniej telefonów. Często przychodził do Katriny,
aby zadać jej kolejne dziwne pytanie.
Czy miała inne hobby poza gotowaniem, czytaniem i przyrządzaniem
obrzydliwych mikstur z ziół? Co myślała o sytuacji gospodarczej, o słu\bie
wojskowej kobiet i o noszeniu naturalnych futer? Jakie ma koszule nocne? Z
bawełny? Z jedwabiu? A mo\e woli pi\amę lub śpi nago?
- Czy nie sądzisz, \e jak na zwykłego lokatora, jesteś trochę niedyskretny?
- spytała.
Zmarszczył brwi, spoglądając na nią nieobecnym wzrokiem.
- Przepraszam, te pytania są związane z moją pracą.
- Zbieranie materiałów? Przytaknął.
- Nie zamierzam być obiektem twoich badań - powiedziała chłodno.
- Przecie\ piszę nie o tobie, tylko o Isabel. Katrina zaczynała mieć
naprawdę dość tej całej Isabel.
- Sądząc z ilości telefonów od kobiet, które odbieram w twoim imieniu,
powinieneś być na tyle dobrze zorientowany w temacie nocnych damskich
ubiorów, by nie zadawać mi szczegółowych pytań.
- Isabel jest inna.
- Błagam, oszczędz mi tego - jęknęła. [ Pobierz całość w formacie PDF ]