[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Myślałam, że jesteś zbyt chory, żeby wychodzić z domu - próbowała się bronić. - Przecież
zwykle nie masz nawet siły przynieść poczty.
Nie skomentował tego, długo siedział w milczeniu i sapał ze złością. W końcu powiedział:
- Nikt nie rozumie, jak ja się czuję. Ale gdybym tak miał samochód! Ludzie Lodu mają tyle
samochodów, chociaż oni akurat wcale ich nie potrzebują!
- Kto by prowadził tę maszynę? - zastanawiała się Christa.
- To nie taka wielka sztuka, można się nauczyć. Ludzie Lodu się nauczyli, a przecież nie są
geniuszami.
- Tylko że ty nie potrafisz nawet naprawić bezpieczników, więc jakim sposobem...
- Niczego nie rozumiesz - uciął Frank urażony. Nie chciał rozmawiać o bezpiecznikach, bo
dużo wygodniej było ważne kłopotliwe sprawy domowe składać na barki Christy.
Do tego jednak nigdy by się nie przyznał nawet sam przed sobą.
Resztę wieczoru Christa wolała spędzić w milczeniu, a Frank spoglądał na nią zraniony.
Następnego ranka zrobiła jak zawsze śniadanie Frankowi i o niczym go nie informując,
wyszła o zwykłej porze z domu. Frank był przekonany, że poszła do domu Abla.
Tak się jednak nie stało.
Christa wyprowadziła z szopy swój stary rower. Po raz ostatni jezdziła na nim jakiś rok temu,
a od stania przez całą zimę w zakurzonej szopie nie wypiękniał, Skrzypiał okropnie na
pokrytej wiosennym błotem drodze, łańcuch spadał, a pedały zacinały się, tylne koło było
skrzywione, wszystkie mechanizmy zgrzytały nie naoliwione. Ale Christa nie zwracała na to
uwagi.
Próbowała przypomnieć sobie mapę tutejszych okolic, którą oglądała u nauczycielki.
Koncentrowała się na topografii obu pobliskich jezior. Jedno znała zresztą dobrze, ale w
jego pobliżu nie było lasu. Z drugiej jednak strony nie wiedziała przecież, dokąd Lindelo
zwykle wiosłował. Mógł wyruszać z tej strony jeziora i wiosłować do dworu leżącego gdzieś
znacznie dalej.
78
W takim razie jednak z pewnością by go kiedyś spotkała. Wszyscy w parafii by go znali.
Nie, on nie pochodzi stąd, tego była pewna. Mimo to nie mógł mieszkać gdzieś bardzo
daleko, skoro Christa widziała go we wsi, i to dwukrotnie.
Do drugiego jeziora miała kawałek drogi. Christa widziała je tylko z daleka, dawno temu na
jakiejś szkolnej wycieczce. Ale wiedziała, którędy jechać. Najpierw przez całą parafię, a
potem przez las...
No właśnie, las. To brzmi niezle.
Minęła w pewnej odległości zabudowania Nygaardów. Nad ziemią wciąż jeszcze snuł się
dym. Frank zdążył już zadzwonić do przełożonego sekty religijnej - ciekawość nie dawała
mu spokoju - i wypytał dokładnie o okoliczności pożaru. Dowiedział się też, że stan Petrusa
nie uległ zmianie.
Przypomniały jej się teraz słowa, które usłyszała wczoraj wieczorem. Ktoś z tłumu rzucił
mimochodem:  Dobrze, że nic się nikomu innemu u Nygaarda nie stało. Bo to dobrzy
ludzie . A ktoś drugi odparł:  Tak, Petrus nosi w sobie tę samą złą krew, co jego dziadek.
Tamten to był prawdziwy szatan!  Tak, tak - potwierdził rozmówca. - Trzeba jednak mieć
nadzieję, że ten drań przeżyje. To by nie było przyjemne dla Linusa, stracić syna .
 Szczęście, że mają więcej synów - mruknął tamten i właśnie na to Christa zareagowała
bardzo gwałtownie. Wiedziała, że można mieć i piętnaścioro dzieci, ale utrata choćby
jednego jest wielkim nieszczęściem. Akurat tego dziecka nikt rodzicom nie zastąpi.
Pogrążona w rozmyślaniach wyjechała na swoim skrzypiącym i piszczącym wehikule poza
granicę parafii i znalazła się w lesie. Droga stała się jeszcze gorsza, Christa wpadała w
głębokie koleiny i wkrótce cała była ochlapana błotem.
Niech to licho! Ale co tam! Wszystko idzie niezle, błoto da się zetrzeć, rower jakoś
wytrzymuje trudy podróży. %7łeby tylko nikt jej teraz nie zobaczył! Ale najbliższe ludzkie
siedziby zostawiła już za sobą.
W dzień jazda przez las nie była taka straszna. Zwiatło słoneczne przeciskało się od czasu
do czasu przez gałęzie i zaraz wszystko stawało się weselsze i bardziej przyjazne. Dopóki
znowu słońce nie zniknęło za chmurami. Pogoda jakoś nie mogła się zdecydować, ale
Christa była odpowiednio ubrana i niczego jej nie brakowało.
Po kryjomu wzięła na drogę sporo jedzenia. Będzie mi potrzebne, przekonywała sama
siebie, w rzeczywistości jednak wzięła więcej, niż byłaby w stanie zjeść w ciągu kilku dni.
Bo przecież nigdy nie wiadomo...
Zawsze może przywiezć zapasy z powrotem do domu.
79
Długo, bardzo długo jechała przez las, mijała mniejsze lub większe polanki, mijała leśne
jeziorka i wielkie głazy. Teren wznosił się ku górze, zauważyła to po wysiłku, jaki musiała
wkładać w pedałowanie. Aańcuch zgrzytał i zacinał się, co nie ułatwiało jej jazdy.
Wreszcie droga znowu zaczęła opadać i oczom Christy ukazało się jezioro. Leżało w bok od
drogi, na prawo. Po drugiej stronie znajdowało się bagno.
Jakiś trakt? Christa wypatrywała bocznej drogi.
Zapamiętała z mapy, że wokół tego jeziora zaznaczono cienkimi liniami małe regularne
prostokąty. Zagrody komornicze. Niewiele ich było. O ile dobrze pamiętała, to po tej stronie
tylko dwie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]