[ Pobierz całość w formacie PDF ]

minutę z czasu, jaki miałeś w drugiej klasie.
Nie udało mi się powstrzymać stłumionego chichotu, zwłaszcza po tym, jak Zach
odparł z powagą, wieszając sobie ręcznik na szyi:
- Dzięki, trenerze. Ostro ćwiczyłem.
Potem, kiedy wracaliśmy do szkoły, Zach odszukał mnie w grupce dziewczyn
kierujących się do damskiej szatni i zagadnął:
- Hej, Maggie, a souvlaki już jadłaś?
- Nie. - Poczułam, że się czerwienię, bo, oczywiście, inne dziewczyny obejrzały się,
żeby zobaczyć, z kim ten jedyny maturzysta z wuefu rozmawia.
- O rany - powiedział Zach, uśmiechając się tajemniczo.
- Jutro idziemy na souvlaki. Będziesz miała radochę. - A potem, już bez żadnej dalszej
gadki, zniknął w szatni dla chłopaków.
Ojej. A więc jutro, w czasie lekcji, Zach chce mnie zabrać na souvlaki.
To wyglądało trochę jak randka.
No cóż, dobra, może nie do końca, bo pewnie robił to tylko po to, żeby mi się
odwdzięczyć za uratowanie życia. No, ale mimo wszystko...
Dopiero kiedy byłam świeżo po prysznicu i otumaniona jakimś rozmarzeniem szłam
na swoją następną lekcję, przypomniało mi się, że Zach nie jest tak do końca wolnym
facetem. To znaczy, jeśli te plotki były prawdziwe, kochał się w Petrze... a w nim szaleńczo
kochała się moja cioteczna siostra. Na tyle szaleńczo, że zrobiła jego lalkę i wtykała w nią
igły. To znaczyło, że jeśli zrobię cokolwiek, co jej się nie spodoba - na przykład pójdę na
souvlaki z facetem, na którym jej zależy - nic jej nie powstrzyma przed zrobieniem takiej
samej lalki dla mnie.
I nie myśli zacznie mi przekłuwać, byłam tego całkiem pewna.
Mimo to, kiedy wspominałam, w jaki sposób zielone oczy Zacha śmiały się do mnie
tego dnia na finiszu biegu na wuefie, coś do mnie dotarło. Jest mi wszystko jedno, czy Tory
go kocha. I jest mi wszystko jedno, czy on z kolei kocha się w Petrze.
Aż tak zdążyło mnie wziąć.
Można by pomyśleć, że po swoich doświadczeniach będę umiała rozpoznać
ostrzegawcze znaki.
Ale to tylko kolejny dowód na to, jak wielkiego mam, w gruncie rzeczy, pecha.
8
Wpadło mi to w oczy akurat wtedy, kiedy wysypywałam brudny żwirek z kuwety
Muszki do torby na śmieci.
Domowe obowiązki. W rodzinie Gardinerów robiło się wkoło nich sporo szumu. Nie
dlatego, że tych obowiązków było dużo. Dlatego, że było ich tak mało. Dzięki Petrze,
opiekunce do dzieci, Marcie, gosposi, i Jorgemu, ogrodnikowi, dla nas, dzieci, nie zostawało
w domu zbyt wiele do roboty.
Ale ciocia Evelyn i wujek Ted wierzyli równie święcie jak moi rodzice, że dzieci
powinny uczyć się odpowiedzialnej pracy, więc kilka dni po moim przyjezdzie - kiedy już
siniak zdążył zblednąć - odbyło się parę rozmów, co do zakresu moich  obowiązków .
- Moich przejąć nie może - oświadczył Teddy. Jedliśmy wtedy filet mignon, który
Petra obiecała przygotować na wieczór po moim przyjezdzie... Tyle że kilka wieczorów
pózniej. - Mam wyjmować rzeczy ze zmywarki, kiedy Marty tu nie ma i karmić kota. A ja
lubię swoje obowiązki.
- Moje może sobie wziąć - mruknęła Tory. Właśnie tego ranka zdecydowała, że
zostaje wegetarianką, i zmusiła Petrę, żeby dla niej zamiast polędwicy przygotowała tofu.
Jeśli spojrzenia, jakimi obrzucała mój filet mignon mogły coś sugerować, to chyba żałowała
tej decyzji. - Wkładanie naczyń do zmywarki i czyszczenie kuwety. Nie wiem dlaczego
akurat ja muszę codziennie czyścić kocią kuwetę.
Ciocia Evelyn spojrzała na Tory surowo.
- Przecież to ty chciałaś mieć kota - wytknęła. - Powiedziałaś nam, że całą
odpowiedzialność za kotkę bierzesz na siebie.
Tory przewróciła oczami.
- Ta kotka - powiedziała - to najbardziej niewdzięczne stworzenie, jakie w życiu
widziałam. Co noc śpi u Alice, chociaż to ja ją karmię i pózniej sprzątam.
Alice, która swój filet mignon jadła niczym hamburgera, wsadziwszy go między dwie
kromki białego chleba, z mnóstwem keczupu, odparła z oburzeniem:
- Może gdybyś ciągle nie wrzeszczała na Muszkę za to, że zostawia sierść na twoich
czarnych ubraniach, częściej chciałaby spać u ciebie.
Tory wykrzywiła się i powiedziała:
- Niech Maga po prostu wezmie tę kuwetę na siebie. Cioci Evelyn nie podobało się
takie postawienie sprawy - że mam przejąć należący do Tory obowiązek czyszczenia kociej
kuwety - ale właśnie na tym się skończyło. Poza tym sama zaproponowałam, że będę się
zajmowała Teddym i Alice tego jednego popołudnia, kiedy plan szkolnych zajęć Perry nie
pozwala jej wrócić do centrum na czas; obowiązek, który przedtem przypadał Marcie...
Chyba dlatego, że nikt, nawet rodzice, nie zdołał zmusić Tory, żeby to robiła.
Z drugiej strony, nie miałam nic przeciwko. Szczerze lubiłam swoje młodsze
cioteczne rodzeństwo, bo przypominali mi moich własnych braci i siostry, za którymi
tęskniłam o wiele bardziej, niż się spodziewałam - za trzynastoletnią kandydatką na modelkę
Courtney, za dziesięcioletnim zagorzałym fanem baseballu Jeremim, za siedmioletnią
Sarabeth z tą jej obsesją na punkcie Bratz, a już zwłaszcza za czteroletnim Henrym,
beniaminkiem całej rodziny.
Posiadanie obowiązków, z których trzeba się było wywiązać zupełnie jak w domu,
nieco zmniejszyło moją tęsknotę i dało mi poczucie, że jakoś bardziej należę do rodziny
Gardinerów, co, z kolei sprawiło, że za własną tęskniłam jakby mniej.
Ale i tak, kiedy nadszedł dzień wypłaty tygodniówek, a ciocia Evelyn wręczyła mi
świeżutką pięćdziesięciodolarówkę, zrozumiałam, że to wcale nie Iowa.
Gapiąc się na banknot, zapytałam:
- Ale za co to?
- To twoja tygodniówka. - Ciocia Evelyn wręczyła Tory identyczny banknot. Teddy i
Alice, których finansowe potrzeby najwyrazniej zostały ocenione jako mniejsze, dostali,
odpowiednio, dwudziestkę i dziesiątkę.
- Ale... Pięćdziesiąt dolarów? Za opróżnianie kuwety! Muszki i przyprowadzanie
dzieci ze szkoły raz w tygodniu? Ja nie mogę tego przyjąć. Już płacicie czesne za moją szkołę
i pozwoliliście mi tu zamieszkać, i w ogóle...
Przypuszczałam, że Gardinerowie zrobili nawet więcej. Istniała lista oczekujących na
przyjęcie do Chapmana, którą najwyrazniej przeskoczyłam ze względu na  dotację , jaką
wpłacili ciocia i wujek. Nie miałam pojęcia, czy rodzice są tego świadomi, ale ja od ludzi w
szkole wiedziałam, że niełatwo się tam dostać. Tym bardziej, więc zdawałam sobie sprawę,
ile zawdzięczam Gardinerom. Zwłaszcza, że sama na siebie sprowadziłam konieczność
przenosin do Chapmana.
Mnie się nie należał ani jeden cent więcej.
Ale oni, jak widać, byli innego zdania.
- Poważnie, Maggie - powiedziała ciocia Evelyn. - Za zajmowanie się Teddym i Alice
co środa jestem ci winna co najmniej tyle. Każda opiekunka do dzieci na Manhattanie
zażyczyłaby sobie o wiele więcej.
- Tak, ale... - Bo przecież zajmowałam się przez całe życie swoim młodszym
rodzeństwem i to za darmo. - Naprawdę, nie wydaje mi się...
- Boże, Maga. - Tory pokręciła głową, patrząc na mnie z niedowierzaniem. -
Zwariowałaś? Bierz i nie gadaj.
- Właśnie - dorzuciła ciocia Evelyn. - Bierz pieniądze, Maggie. Jestem pewna, że w
weekend będziesz chciała iść do kina, czy dokądkolwiek, ze swoimi nowymi kolegami ze
szkoły. Baw się dobrze. Zasłużyłaś.
Wolałam nie wspominać, że nowych kolegów ze szkoły to ja jeszcze nie mam. Och,
parę osób z orkiestry mnie nawet polubiło, kiedy uporali się z tym, że już pierwszego dnia
nowa osoba po przesłuchaniu dostała drugie krzesło. Jeśli umiesz grać na jakimś
instrumencie, z ludzmi z orkiestry zawsze się dogadasz.
No i była jeszcze Chanelle, obok której siedziałam podczas lunchu. To znaczy, ona w [ Pobierz całość w formacie PDF ]