[ Pobierz całość w formacie PDF ]

glądają tęskliwym okiem ku południu, za dalekie morze. Pytali mi się kiedyś, co tam jest za
tym morzem. Odpowiedziałem im, że nie wiem, ale oni, jak mogłem z wyrazu twarzy sądzić,
nie uwierzyli temu. Podejrzewali raczej, że nie chcę im powiedzieć...
Ostatnią noc spędziłem z Janem przy pobliskich zródłach naftowych, zajmując się przy-
gotowaniem zapasów na podróż do Kraju Biegunowego. Gdy rankiem powróciłem nad mo-
rze, aby pożegnać się z księżycowym ludkiem i pobłogosławić go, nim odejdę dokonać życia
z dala od tych okolic, dowiedziałem się, że korzystając z mej nieobecności, trzej mężczyzni,
najsilniejsi i najodważniejsi z całego zaludnienia, puścili się, jak nam ich żony opowiadają, na
południe. Zbudowali sanie, umieścili w nich drugi motor elektryczny i wziąwszy ze sobą
oprócz zapasu żywności dwa psy i futra, wyprawili się nocą po zamarzniętym morzu, aby
dotrzeć przed rankiem do przeciwległego brzegu na południowej półkuli.
Szalone przedsięwzięcie! Pewien jestem, że nie powrócą nigdy, ale tymczasem ulec mu-
szę prośbom Jana i Ady i czekać jeszcze dzień jeden, aby ich pobłogosławić, jeśliby wrócili...
nim odejdę.
Pytałem się żony Kaspra, najstarszego z trzech awanturników, po co oni poszli na połu-
dnie? Odpowiedziała, że chcieli zobaczyć, co tam jest. Nadto żądnych objaśnień dać mi nie
mogła.
Szkoda tych ludzi, bo zginą niewątpliwie, a są dzielni, jak dali tego dowód.
*
Nadszedł już tedy dzień odjazdu! - Słońce wzeszło od paru godzin i lody już tają; wkrót-
ce siędę do wozu i ruszę ku północy.
Bez żalu żegnam ten kraj, choć wiem, że odjeżdżam, aby nie wrócić tutaj już nigdy.
Tylko... oglądam się jeszcze za grobem Marty na dalekiej Wyspie i tak mi dziwnie na
sercu...
Wczoraj przed wieczorem kilka godzin spędziłem na tym grobie. Ciężko mi się z nim
było rozstawać: to jedyna rzecz, którą kocham na tym świecie. Wziąłem z niego grudkę ziemi
- przycisnę ją do ust, gdy będę umierał w dalekim kraju.
Czas mi już w drogę... Księżycowy lud zbiera się, aby mnie pożegnać. Nie szemrają, nie
opierają się - wiedzą, że tak być musi. Ada, Jan i dwaj jego bracia mają mi jeszcze towarzy-
szyć do Kraju Biegunowego. Nie mogłem im tego odmówić...
Tamci trzej nie powrócili jeszcze i zapewne nigdy już nie wrócą. Lecz nie będę już dłużej
czekał. Zresztą wszyscy tak są przygnębieni moim odjazdem, że o nich już nawet nie myślą.
Jan tylko wspomniał dziś o wschodzie słońca ich imiona i dodał:
- Spotkało ich nieszczęście, bo wyruszyli nie pytając Starego Człowieka o radę.
Odpowiedział mu nagły wybuch płaczu pośród kilku zgromadzonych dokoła niego.
- Odtąd nie będzie już kogo pytać! - mówili wśród łkań, cisnąc się ku mnie...
Zdaje się, że ci ludzie mnie kochają. Dziwne odkrycie -w tej ostatniej chwili...
Wszystko jedno! czas mi w drogę!
*
W drodze, na Równinie Jezior.
Z ulgą oddycham w tej chwili, gdy pomyślę, że poza mną leży już moje księżycowe ży-
cie, a przede mną jeszcze krótki pobyt w Kraju Biegunowym, pierwszej ongi przystani naszej
na Księżycu, a potem - śmierć w obliczu Ziemi, ukochanej, na niebiosach rozświetlonej oj-
czyzny mojej.
94
Powoli wszystko snem mi się już staje - życie moje przeszłe i ci ludzie, pozostawieni tam
nad morzem - wszystko to ginie mi w srebrnej jakiejś mgle sennej, przez którą prześwieca
tylko w duchu moim płomienny krąg Ziemi.
Niecierpliwy już jestem i tak bym ją rad jak najprędzej zobaczyć, że tęsknoty ukoić nie
mogę. Noc jest, a sen się mych powiek nie ima. Próbuję skrócić pisaniem długie godziny.
Oto zatrzymaliśmy się na noc tu, gdzie Piotr znalazł byt niegdyś pierwsze zródła naftowe.
Ile to lat już upłynęło od tego czasu! I znowu wracam myślą mimo woli do tego życia minio-
nego, które leży już poza mną. Stają mi przed oczyma pomarli towarzysze moi i Marta, i
dzieci jej pierwsze, które także już nie żyją...
Ach! Precz te wspomnienia, rozstrajające mnie tylko teraz, gdy sił mi potrzeba, aby do-
trzeć do kraju, gdzie zobaczę Ziemię!
Z tęsknotą rwałem się do tej podróży, a przecież przyznać muszę, że ciężkie mi były
ostatnie chwile pożegnania. Takie to dziwne jest serce ludzkie i taka moc przyzwyczajenia.
Snadz i do krat więziennych przyzwyczaić się można.
Ostatniego rana, zaledwo skończyłem pisać poprzednią notatkę, spostrzegłem gromadzą-
cą się przed moim domem całą ludność tego świata. Stawali w milczeniu, posępni i smutni, i
czekali. Przeliczyłem ich z okna: byli wszyscy z Wyjątkiem owych trzech. Wóz stał w pogo-
towiu...
Wtedy obejrzałem się jeszcze raz na te kąty, w których z górą pięćdziesiąt lat przeżyłem,
a nie chcąc, aby czczono może kiedyś bałwochwalczo ten dom, jako miejsce pobytu Starego
Człowieka, podpaliłem go własnoręcznie wraz ze wszystkim, co w nim jeszcze pozostało, a
czegom niegdyś używał, i wyszedłem do zgromadzonego ludu... Jasny płomień buchnął za
mną przez drzwi i okna. To był mój stos pogrzebowy. Przytłumiony krótki okrzyk wyrwał się
z ust zgromadzonych, gdym stanął przed nimi. Poglądali na płonący dom i na mnie, ale nikt
się nie ruszył, aby gasić ogień: czuli, że ja chciałem tak... Milczeli wszyscy.
- Jestem dzisiaj po raz ostatni wśród was - zacząłem, aby coś powiedzieć, gdyż w tej ci-
szy, przerywanej tylko trzaskiem płomienia, ogarnęło mnie przygnębienie i smutek.
- Odchodzę od was - mówiłem dalej - do kraju, kędy już dawno odejść zamierzałem. [ Pobierz całość w formacie PDF ]