[ Pobierz całość w formacie PDF ]

męskiego buta, co w filmach sprzed paru lat występują jako rekwizyty
nowoczesności... Widziałeś kiedyś coś bardziej archaicznego? Z bankomatami jest
tak samo, one tak się zmienią, że praktycznie przeminą, a w każdym razie ich
forma ulegnie tak daleko idącej zmianie, że nie da się z tego wysnuć żadnej
godnej uwagi treści. Słowem, twoje słyszenie PINów lada chwila się
zdezaktualizuje, bo PINy przeminą, ale twoje - że docisnę pedał patosu do dechy
- twoje słyszenie ludzkich głosów i języków przetrwa, bo ludzkie głosy i języki
nigdy nie przeminą. W każdym razie może przetrwać, jeśli sprawą umiejętnie się
pokieruje. Przedtem jednak, przed poznaniem dalszych szczegółów - przesunął
formularz w moim kierunku - przedtem jednak musisz podpisać zobowiązanie o
współpracy.
- O jakiej współpracy? Ja nie mam zamiaru z nikim współpracować!
- Ach, doprawdy, doprawdy! Nie mam zamiaru z nikim współpracować, oświadczył
spadkobierca najszczytniejszych zasad! Słuchaj, gnoju! Nie zmuszaj mnie do
najtańszego kabotyństwa! - faktycznie wykrzywiał się nad wyraz tandetnie. - Co
tobie się wydaje? %7łe zdradzasz ojczyznę? %7łe zostajesz współpracownikiem ochrany?
%7łe podpisujesz volkslistę? %7łe dostajesz nominację na Tajnego Współpracownika
Urzędu Bezpieczeństwa, TW pseudonim: Irish? %7łe będziesz kapował na kolegów z
podziemnej Solidarności? Epoki ci się pojebały? Durniu skończony? Co ty myślisz,
że będziemy ciebie straszyć, szantażować, zmuszać? %7łe żebyś trochę zmiękł,
zajmiemy się tą twoją postarzałą laską, na której sam nawet nie wiesz, jak ci
zależy? Co ty myślisz, że ja nie mam przed kim odgrywać Otella? Albo ci się
wydaje, że ci podsuwamy w twoim stylu groteskowe bohomazy: Ja, Patryk Wojewoda,
data, miejsce urodzenia, imiona rodziców, PIT, PESEL, zobowiązuję się do
przekazywania złoczyńcom zasłyszanych przeze mnie numerów PINów. Oświadczam, że
zdaję sobie sprawę z wszelkich prawnych konsekwencji moich działań i
równocześnie zobowiązuję się zarówno treść podpisanego dokumentu, jak i przebieg
rozmowy kwalifikacyjnej zachować w ścisłej tajemnicy. Załączniki: 1)
Własnoręczny życiorys. 2) Oświadczenie o posiadanych zasobach majątkowych. 3)
Trzy fotografie. 4) Zaświadczenie lekarskie o aktualnym stanie zdrowia. Podpis.
Człowieku! Epoka takich zabaw literackich skończyła się bezpowrotnie! - wstał,
chwiejnym krokiem podszedł do biurka, otwarł szufladę, w której trzymałem
podarowane mi przez starego wieczne pióra. Bez pudła wyciągnął niedawno
czarnozielonego pelikana, którym prowadzę  Dziennik wypraw", i wetknął mi go w
palce. - Człowieku! Przecież to nie mój, tylko twój interes! Podpisuj, pókiś
cały! Podpisuj - zaśmiał się piskliwie, ale szczerze - podpisuj, a w nagrodę
wujek opowie ci bajkę.
- Jaki wujek? Jaką bajkę? - dobrze wiedziałem, o co chodzi, ale chyba chciałem
retorycznie zagłuszyć skrzyp pióra, które - jak się domyślacie - nie skrzypiało
wcale.
- Jak to, jaki wujek? Jak to, jaką bajkę? Ależ o mnie chodzi, cny Patryku!
Przecież chcesz usłyszeć opowieść o napadzie na bank? Przecież za to, żeby
usłyszeć prawdziwą, z życia wziętą historię o zbrodni - ty jesteś w stanie duszę
sprzedać. Może to zresztą właśnie zrobiłeś? - złożył kartkę i schował w
zanadrze. - Może to zrobiłeś? Może sprzedałeś? Cokolwiek jednak uczyniłeś -
wrócił na swoje miejsce na wersalce, ale prawie natychmiast podniósł się
służbiście - uczyniłeś dobrze. A teraz ubieraj się, bo ruszamy w drogę. Mam
zamiar nie tylko dotrzymać obietnicy i opowiedzieć ci wszystko, mam też zamiar
poprzeć moje opowiadanie naocznym zaprezentowaniem miejsca akcji. Słyszałeś o
napadzie na Jasnej w 1964 roku? Musiałeś słyszeć, bo to bardzo był sławny,
historyczny napad...
Ubierałem się i z zapartym tchem słuchałem, jechaliśmy na dół windą, a potem na
plac Wieży policyjnym autem. Prowadził ten sam co wtedy mrukliwy kierowca, z
rosnącą pychą wtajemniczonego słuchałem szczegółów, o których za parę miesięcy
miały pisać wszystkie gazety. Pałac Kultury tonął w ciemnym dymie, jakby
obradujące tam samozwańcze konklawe dawało znać, że nigdy nie dojdzie do
porozumienia, w otwartej na okrągło księgarni na Dworcu Centralnym szczupła
dziewczyna z ogromnym jak fortepian plecakiem na ramionach kartkowała  Annę
Kareninę", w oddalonej o niecały kilometr knajpie biesiadowali trzej młodzi
mordercy. Byłem pewien, że kolejny raz usłyszę daleki rozpaczliwy krzyk, ale z
monotonnego łoskotu miasta nie wydobywała się żadna nietypowa nuta, przed
bankiem płonęły świece.
Schodziliśmy po krętych schodach, migotały cienie, śladów krwi nie było wcale.
Na ostatnim zakolu, jak już widać było beton, na którym miesiąc temu leżały
zabite kasjerki, mój przewodnik po zaświatach nagle się zatrzymał. - A
kalendarza - w podziemiach banku głos jego huczał nieoczekiwanie komicznie - a
kalendarza, że zwierzę ci się do końca z moich tragicznych przeczuć, ona także
nie spaliła. Dobrze wymyśliła scenę palenia, ale to była fiction. Dziennik jej
niekonwencjonalnego życia istnieje, wiem, bo czuję jego nieobrócone w popiół
pismo nosem. Widocznie nie chciała spalić kroniki swej wolności i zemsty. Nie
spaliła mostów, nie spaliła zdrady, nie spaliła poprzedniego życia, nie spaliła
wolności i nie spaliła zeszytu. Mógłbym go znalezć, ale po co. Nie ma co szukać.
Już nie szukam. Mnie już pod tym względem nie ma. A jak nie ma mnie pod tym
względem, to i pod żadnym innym też nie. Spokój i pogoda ducha nigdy nie wrócą.
Masz rację. Mnie nie ma. Służba funkcjonariusza o nieczytelnym stopniu
skończona. Sam jesteś, Patryku. Sam jesteś w czarnych piwnicach Banku
LwowskoWileńskiego.
ROZDZIAA X
Jazda dowolna
I
Kępy floksów i peonii pachniały ogłuszająco, wydawało mi się, że w nocy ten
zapach nabiera mocy broni chemicznej, że zaraz stracę przytomność i umrę przed
Janem Nepomucenem. Leżałem na prześcieradle, kończył się długi weekend, wąchałem
własne ramiona, nie chciałem, żeby wszechogarniający gaz bojowy floksów i peonii
wywabił z mojej skóry zapach ambrę solaire laboratoires - garnier paris. Długi
weekend mijał jak życie, a nawet jeszcze gwałtowniej. W sobotę nazajutrz po
przyjezdzie spotkałem przed Kapitalistycznym Domem Towarowym Piękną Pietię.
Chyba już wspominałem, że z pani od rosyjskiego przeistoczyła się w panią od
muzyki. Teraz z całą odpowiedzialnością mogę dodać, że inne przeistoczenia się
jej nie imały. Dalej była porywająca. Otwarcie gapiłem się na nią pod
Kapitalistycznym Domem Towarowym i z odpowiedzialnością stwierdzałem: Im
bardziej się starzała, tym bardziej była porywająca.
- Przytyłeś - powiedziała na mój widok - przytyłeś do tego stopnia, że zaczynam [ Pobierz całość w formacie PDF ]