[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zapewnieniem, że gosposi znów nie ma.
Do domu wkroczyłam ostrożnie, niepewna,
czy nie zastawiono na mnie pułapki w
postaci prawdziwego pana Maciejaka. W
salonie siedział osobnik znany mi jako
mąż, wyglądający nieco mizerniej niż
poprzednio. Na mój widok zerwał się z
fotela bez słowa, dopadł okna i zaczął
walić po szybie, omal jej nie tłukąc.
Zdjęłam pantofel i pomachałam mu nim przed
nosem.
- Uspokój się, bo zaraz będziesz leciał z
futryną do szklarza - powiedziałam ze
zniecierpliwieniem. - Co tak zle
wyglądasz? Chory jesteś?
Mąż zaniechał prezentacji hasła i chwycił
się za klatkę piersiową.
- O rany Boga, na serce umrę przez tych
przemytników! Co ja tu przeżyłem, to
ludzkie pojęcie przechodzi! To ty jesteś,
czy nie ty?
Upewniłam go, że ja to ja, i
zainteresowałam się wydarzeniami.
- Byłaś tu, jak przyszedłem -
zakomunikował mi we wzburzeniu, z paniką w
oczach. - Znaczy nie ty byłaś, tylko ta
żona. Całkiem identyczna, ale to nie
mogłaś być ty, musiała być ona, bo jak
zacząłem bębnić, spojrzała na mnie jak na
głupiego. Pantofla nawet nie ruszyła,
żadnych kamyczków...! Połapałem się, że to
nie ty, i o mało trupem nie padłem, całe
szczęście, że zaraz wyszła. Ja tu jestem
już dawno, prawie od rana. Zaniepokoiłam
się.
- Powiedziałeś co do niej?
- Coś ty, mowę mi odjęło. W ogóle
sparaliżowało mnie przy tym oknie!
- I od tego tak zmizerniałeś?
Mąż oddychał głęboko z wyrazną ulgą i
stopniowo przychodził do siebie.
- Trzeci raz się narwać nie dam, choćby
mnie cała milicja na kolanach błagała!
Gdzie tam od tego, niewyspany jestem.
Dzień i noc robimy te szmaty u kumpla,
idzie jak woda. złoty interes! Mam dla
ciebie na razie półtora kafla. Maciejak
mówił, że angażuje mnie na tydzień, cały
ten tydzień prześpię, czekam tylko, żeby
sprawdzić, która tu będzie, ona czy ty, i
zaraz walę się spać.
- Jaki tam tydzień, kapitan mówił, że
tylko trzy dni. Zpij prędzej. Widzisz, jak
to było rozsądnie wykombinować sobie
hasło? Poza tym nic nowego?
- Nie wiem. Zpiący jestem. Mam wrażenie,
że tu czegoś brakuje, ale nie wiem czego.
Może ty zgadniesz?
Czym prędzej rozejrzałam się z
zainteresowaniem. Brakowało alabastrowej
wazy razem ze stoliczkiem, na którym
stała. Przypomniało mi się ględzenie o
generalnych porządkach i tknięta
przeczuciem popędziłam na górę, do pokoju
Basieńki.
- Panie kapitanie - powiedziałam
tajemniczo do słuchawki w parę. minut
pózniej. - Zawiadamiam pana, że z tego
domu zginęły następujące rzeczy. Nieduży
obrazek Watteau, możliwe, że oryginał, dwa
srebrne, rokokowe świeczniki i rokokowa
komoda. Nie wiem, jakim sposobem chcą ją
wywiezć. Oprócz tego alabastrowa, waza,
chyba z osiemnastego wieku, i stolik z
chińskiej laki. Srebrne łyżki, noże i
widelce, zabytkowe. Były i nie ma. Oprócz
tego jakiś obraz z pokoju męża, ale nie
wiemy, jaki.
- Komoda była stara, co? - spytał kapitan
dość obojętnie.
- Stara - przyświadczyłam zgryzliwie. -
Miała tak ze dwieście pięćdziesiąt lat.
Wszystko było niemłode.
Po stronie kapitana przez krótką chwilę
panowało milczenie.
- Pozna pani tę komodę? - zapytał z jakimś
nagłym ożywieniem w głosie.
- Poznam, jeżeli jej nie odnowili. Miała
znaki szczególne. A co, trzyma pan ją tam
u siebie?
W odpowiedzi kapitan znów pomilczał sobie
jakiś czas, po czym wydał mi osobliwe
polecenie. Mianowicie, już od jutra
począwszy, w trakcie dokonywania zakupów w
imieniu Basieńki miałam wizytować
wszystkich stolarzy, składy mebli i inne
tym podobne instytucje, jakie mi się tylko
napatoczą. Sam podał mi od razu kilka
adresów. W razie gdybym ujrzała znajomą
komodę, mam zachować powściągliwość, nie
rzucać się na nią z krzykiem, nie zadawać
nikomu żadnych głupich pytań, wrócić do
domu i od razu udzielić mu wiadomości. W
ogóle mam to robić taktownie,
dyplomatycznie i nie nachalnie. Zwiadoma
swoich talentów dyplomatycznych wyraziłam
zgodę raczej niepewnie, chociaż myśl
oglądania starych mebli była mi nawet dość
przyjemna.
Mąż, zgodnie z zapowiedzią, wczesnym
wieczorem kropnął się spać. Nieco
zaintrygowana komodą udałam się na skwerek
i pierwsze, co uczyniłam, to
poinformowałam Marka o zauważonych w domu
państwa Maciejaków zmianach.
Zainteresowało go to.
- Duża była ta komoda?
- Dość duża. Jak przedwojenne biurko.
- Ile mogła być warta^
- Na pewno więcej niż sto patyków. Ile
więcej, nie wiem, bo na te rzeczy nie ma
stałej ceny. Głównie dlatego, że prawie
nie ma takich rzeczy.
Wszelką myśl o poglądach pułkownika na
moje niedyskrecje usunęłam z siebie bardzo
starannie, z nadzieją, że komentarze
ukochanego mężczyzny pozwolą mi dokonać
jakiegoś odkrycia. Nadzieja całkowicie
zawiodła, dowiedziałam się tylko, że ja
prawdziwa podobam mu się znacznie bardziej
niż ja jako Basieńka. Pocieszające to było
i zgodne z moim zdaniem, ale w kwestii
afery mało przydatne.
Nazajutrz wieczorem wrócił do tego tematu.
Przez całą dobę nie zdarzyło się nic
niezwykłego, mąż chrapał na górze tak, że
słychać go było na dole, poza tym panowała
cisza i spokój. Stolarzy odwiedziłam bez
pożądanych efektów. Na spacer poleciałam
wyjątkowo wcześnie, pomimo to Marek już
czekał.
- - Z tego, co mówiłaś wczoraj, wnioskuję,
że lubisz antyczne meble? - powiedział
jakoś zachęcająco. - Może masz ochotę
obejrzeć kilka? [ Pobierz całość w formacie PDF ]