[ Pobierz całość w formacie PDF ]

mówiąc...
- Będzie licytowana?
- Tak. Zamieścili jej fotografię w internetowym katalogu aukcyjnym. Okres, w którym
została wykonana, z grubsza się zgadza... Swoją drogą tu na Litwie fajnie mają to wszystko
rozwiązane. %7łeby handlować zabytkami archeologicznymi, trzeba mieć pełną dokumentację
ich pochodzenia. W razie czego można za taki numer dostać nawet pięć lat. A u nas? Dziki
Zachód...
- Ile mamy czasu?
- Spokojnie. Licytacja będzie dopiero za dwa tygodnie. Boję się tylko, żeby po tym
zamieszaniu nie wycofali natychmiast przedmiotu. Dlatego trzeba działać błyskawicznie.
- Czy wiadomo już, kto ją wystawił?
- Wiem tylko, że na pewno nie ten twój Hosenduft. Bransoleta trafiła tam wczoraj, a ty
przecież nie spuszczałeś z niego oka przez ostatnie dwa dni.
- Sądzi pan, że to Kowalski powrócił?
- Może... Zobaczymy. Muszę już kończyć, podstawiają autobus.
Zwolniłem pokój i poszedłem na dworzec. Nocny pociąg do Warszawy miałem za
godzinę. Rano będę w biurze...
ROZDZIAA DZIEWITY
EGIPSKA BRANSOLETKA " ROZMOWA Z MICHAIAEM "
POSZUKIWANIA " DZIWNA FOTOGRAFIA " PTASZEK WYFRUNA
OKNEM " TAJEMNICE REZERWUARU " ZASADZKA
Siedzieliśmy w wygodnych fotelach na zapleczu domu aukcyjnego Artmann o rzut
kamieniem od warszawskiej Starówki. Na blacie, a dokładniej na specjalnej filcowej
podkładce, leżał przedmiot naszych zgryzot: egipska bransoleta wykonana z grubej
miedzianej blachy inkrustowanej malachitem. Po upływie ponad trzech tysięcy lat miedz stała
się ciemna, niemal czarna, za to kamień połyskiwał, jakby wczoraj dopiero wprawiono go na
miejsca. Tylko delikatna siateczka pęknięć zdradzała, że i on wyszedł spod ręki człowieka
bardzo dawno temu...
- Datowaliśmy to na XX-XXI dynastię - powiedział pan Witold, rzeczoznawca. -
Precyzyjne datowanie jest dość trudne, bo sztukę tego kraju charakteryzuje z jednej strony
konserwatyzm, z drugiej zdarzały się w niej powroty do form bardziej archaicznych...
Wziąłem do ręki lupę i uważnie obejrzałem przedmiot. %7ładnych przyklejonych nitek,
żadnych śladów smoły. Nic, co mogłoby wskazywać, że bransoleta została zdjęta z mumii.
Ale skąd niby mogła się wziąć?
- Na pewno nigdy nie leżała w ziemi - powiedział pan Tomasz w zadumie. - Nawet w
idealnie suchym klimacie Egiptu metal pokryłby się korozją, a tu mamy tymczasem tylko
delikatną patynę wynikającą z oddziaływania powietrza. Sądzę, że została stosunkowo
niedawno wyjęta z sarkofagu.
- Niewykluczone - przytaknął ekspert. - Mogła też spoczywać w jakimś szczelnie
zamkniętym naczyniu, ale sarkofag brzmi tu ze wszech miar prawdopodobnie.
- Można zablokować sprzedaż tego zabytku? Wycofać z aukcji? - zapytałem.
Po twarzy rzeczoznawcy przebiegł cień.
- Wie pan, panie Daniec, my żyjemy z tego, że pewne przedmioty wystawiamy na
aukcjach. Ludzie kupują je i sprzedają, a my inkasujemy prowizję. Nasz katalog to poniekąd
oficjalny dokument. Prawdopodobnie znajdą się ludzie, którzy zechcą kupić ten drobiazg i
skuszeni nim przyjadą na licytację. Jak się poczują, gdy dowiedzą się, że wycofaliśmy ten
przedmiot? To może poderwać naszą reputację. A to dla nas bardzo ważne...
- Rozumiem - mruknąłem.
Opornie szła nam ta sprawa... Bardzo opornie. Z drugiej strony rozumiałem go trochę.
- Jednak naszą reputację poderwać może wystawianie przedmiotów o nienależycie
udokumentowanym pochodzeniu czy też, wedle pańskich słów, mogących pochodzić z
przestępstwa. Dlatego proponuję rozwiązanie pośrednie.
- To znaczy? - zagadnął szef.
- Skontaktujemy się z wystawcą i zgodę na umieszczenie bransolety uzależnimy od
tego, jak i czy w ogóle udowodni swoje do niej prawa. Jeśli nie - kolej na panów. Będziecie
musieli jakoś mu to odebrać. I to, co gorsza, musi być zgodne z prawem.
Zamyśliliśmy się.
- Kompromis po polsku - zażartował ponuro szef. - Dobrze. Niech będzie i tak...
Po południu zadzwoniłem do Michaiła Tomatowa.
- Paweł! - ucieszył się, słysząc mój głos w słuchawce. - Kopę lat... Cóż dobrego
słychać?
- Jak by to powiedzieć? - mruknąłem. - Mamy pewien problem...
- Jeśli tylko mogę wam jakoś pomóc...
- Kupujesz na dużą skalę antyki i dzieła sztuki - zacząłem delikatnie.
- To nie do końca tak - wyjaśnił. - Raczej spieniężam kolekcję mojego ojca, kupując
za uzyskane pieniądze interesujące mnie rzeczy... Mam nieco inny gust. Sporo przedmiotów
podarowałem rosyjskim muzeom, strasznie tam krucho z zabytkami...
- Musisz choć trochę się orientować w szwedzkim rynku dzieł sztuki...
- Oczywiście. Coś wam sprawdzić?
- Widzisz, pojawiają się u nas ostatnio egipskie zabytki. Niewiele, kilka sztuk, ale po
latach całkowitej posuchy można powiedzieć, że jest ich wręcz zatrzęsienie. Wszystkie z
grubsza z jednego okresu, co może wskazywać na jedno zródło.
- Rozumiem. Chcecie sprawdzić, czy pojawiły się także w Szwecji?
- Tak. W dodatku, nie jesteśmy oczywiście pewni, ale wasz kraj może być ich...
- A to ci dopiero - ucieszył się. - Zaraz uruchomię moje kontakty. Macie jeszcze jakieś
ślady?
- Może w to być zamieszany Polak ze szwedzkim paszportem, noszący nazwisko
Sławomir Kowalski. Około dwudziestu lat, ostatnio spędził kilka miesięcy w naszym kraju.
Studiował w Warszawie archeologię, ale chyba nie bardzo go to interesowało, bo
zrezygnował dość nieoczekiwanie...
- Spróbuję dyskretnie przepytać, co to za ptaszek. Jeśli ktoś z branży, to dość szybko
powinniśmy go zidentyfikować.
- Dzięki.
- Nie ma za co. Pozdrów pana Tomasza.
Następne dni były podobne do siebie jak krople wody. Skorliński sprawdził dla nas
Hosendufta. Jak się okazało, potomek antykwariuszy nie splamił się dotąd żadnym czynem
kryminalnym. A przynajmniej polska policja niczego mu nie udowodniła. Był podejrzewany
o organizowanie brygad murarskich, które latem pracowały na czarno w Szwecji. Nie była to
jednak działalność na specjalnie dużą skalę. Szwedzi złapali go w sierpniu, ale ukarali tylko
symboliczną grzywną i ekstradycją. Miał własny jacht, ale do tej pory nie wzbudził
zainteresowania ani straży celnej, ani pograniczników. Jednak informacje o skrytce w
podłodze łodzi przekazano do rozpracowania.
Litwini zadziałali z większym zaangażowaniem, ale i możliwości prawne mieli
większe. Skonfiskowali podejrzany papirus i przesłali informację właścicielowi, że może go
odzyskać pod warunkiem osobistego stawienia się w Wilnie i złożenia odpowiednich zeznań.
Pan Hosenduft nie skorzystał jakoś z tej wielkodusznej oferty.
Dopiero po tygodniu dostaliśmy telefon z domu aukcyjnego Artmann.
- Właściciel udowodnił pochodzenie bransolety - usłyszałem w słuchawce głos pana
Witolda. - Ale gdyby panowie chcieli wpaść i przekonać się osobiście...
- Z przyjemnością.
Wyszedłem z biura. Na Starówkę było dosłownie kilka kroków. Ciepły jesienny dzień
- wreszcie skończył się czas deszczów i słoty - zachęcał do spacerów.
- Proszę zobaczyć, co dostaliśmy - rzeczoznawca podał mi zdjęcie zrobione na
grubym papierze. Przedstawiało polskiego żołnierza stojącego na tle piaszczystego pagórka.
W dłoni trzymał coś, co wyglądało jak zaoferowana na aukcję egipska bransoleta.
- Pozwoli pan zbadać to na spokojnie?
- Ale muszą panowie zwrócić. To pamiątka rodzinna tego człowieka.
- Oczywiście. A może ma pan skaner, to sobie skopiujemy na miejscu? -
zaproponowałem. - Zawsze to wygodniej i bezpieczniej, niż nosić oryginał...
Gotowy plik posłano mi przez Internet. Zanim wróciłem do biura, był już w moim
komputerze. Ech, technika idzie do przodu!
- No cóż - powiedział w zadumie Pan Samochodzik. - Obejrzyjmy to sobie...
Podczepiłem do komputera rzutnik i powiększyłem obraz maksymalnie. Wyszło [ Pobierz całość w formacie PDF ]