[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Urodzony w 1643 roku w Woolsthorpe... gdzie to w ogóle jest? Zmarł w 1727 roku w Londynie.
Bla, bla, bla. Nic tu nie ma o podróżach w czasie, tylko coś o rachunku wariacyjnym, w życiu nie
słyszałam, a ty? Transcendencja spirali... kwa-dratrysa, optyka, mechanika nieba... bla, bla, bla... o,
42
jest też prawo powszechnego ciążenia... No... to o tej transcendencji spirali brzmi trochę tak, jakby
mogło mieć coś wspólnego z podróżami w czasie, nie sądzisz?
- Szczerze mówiąc, nie - odpowiedziałam.
Obok mnie jakaś parka głośno dyskutowała, jaki jogurt mają kupić.
- Czy ty cały czas jeszcze jesteś w Selfridges? - zawołała Leslie. - W tej chwili marsz do domu!
- Już idę. - Machnęłam w stronę wyjścia żółtą torebką z cukierkami dla ciotki Maddy. - Ale
Leslie, przecież ja nie mogę opowiedzieć tego w domu. Wezmą mnie za wariatkę.
Leslie prychnęła do telefonu.
- Gwen! Każda inna rodzina mogłaby cię wysłać do wariatkowa, ale nie twoja! Przecież oni nie
gadają o niczym innym prócz genów podróży w czasie, chronometrów i nauki misteriów.
- Chronografów - poprawiłam ją. - To coś chodzi na krew! Czyż to nie obrzydliwe?
- Chro-no-graf. Okej, znalazłam to w Google. Przecisnęłam się przez tłumy przechodniów na
Oxford
Street do kolejnych świateł.
- Ciotka Glenda powie, że wszystko to sobie wymyśliłam, żeby tylko pokazać, jaka jestem
ważna, i odsunąć Charlotte na drugi plan.
- No i co z tego? Jak znowu przeniesiesz się w czasie, zobaczy, że się myliła.
- A jeśli już się wcale nie przeniosę? Jeśli to była tylko jednorazowa sprawa? Jak katar?
- Chyba sama w to nie wierzysz! No dobra, chronograf wygląda jak całkiem normalny zegarek
na rękę. Na eBayu możesz tego kupić całą masę, od dziewiętnastu funtów w górę. Cholera...
poczekaj, wrzucę do Google jednocześnie Isaaca Newtona i chronograf, i podróż w czasie, i krew.
- No i co?
- Nie znaleziono. - Leslie pociągnęła nosem. - Teraz żałuję, że wcześniej tego nie zbadałyśmy.
Najpierw wypożyczę książki, wszystko na temat podróży w czasie. W końcu na diabła mi ta
kretyńska karta biblioteczna? Gdzie teraz jesteś?
- Przechodzę przez Oxford Street, a potem skręcam w Duke Street. - Nie mogłam powstrzymać
chichotu. - Pytasz dlatego, że chcesz tu przyjść i narysować kredą znak krzyża, gdyby nagle
43
przerwało nam rozmowę? Też się właśnie zastanawiam, po co Charlotcie był potrzebny ten głupi
krzyż.
- Hmm, może wysłaliby za tobą tego drugiego podróżnika w czasie? Jak on się nazywa?
- Gideon de Villiers.
- Niezłe nazwisko. Też go wrzucę do Google. Gideon de Villiers. Jak to się pisze?
- A skąd ja mam wiedzieć? Wracając do znaku krzyża: do-k;|d oni by mieli wysiać tego
Gideona? To znaczy do jakich czasów? Przecież Charlotta mogła być wszędzie. W każdej minucie,
w każdej godzinie, w każdym roku, w każdym stuleciu. Nie, len znak krzyża w ogóle nie ma
sensu.
Leslie zaskrzeczała mi prosto do ucha tak głośno, że o mało nie wypuściłam komórki.
- Gideon de Villiers. Mam takiego.
- Serio?
- Tak! Słuchaj:  Drużyna polo internatu Vincent w Green-wich także w tym roku odniosła
zwycięstwo w ogólnokrajowych szkolnych zawodach w polo. Z pucharu cieszą się, od lewej: dy-
rektor William Henderson, trener John Carpenter, kapitan drużyny Gideon de Wliers"... i tak dalej,
i tak dalej. Ho, ho, nawet kapitan. Fotka jest niestety tak mała, że nie mogę rozróżnić, gdzie
człowiek, a gdzie koń. A ty gdzie teraz jesteś, Gwen?
- Ciągle na Duke Street. To by się zgadzało: internat w Greenwich, polo na pewno. Piszą tam
może jeszcze, że od czasu do czasu pojawia się i znika? Może wprost z końskiego grzbietu?
- O, właśnie widzę, że ten artykuł jest sprzed trzech lat. Może od tego czasu skończył już szkołę.
Znowu ci niedobrze?
- Nie, jak dotąd nie.
- Gdzie teraz jesteś?
- Leslie! Cały czas na Duke Street. Szybciej już nie mogę iść.
- No dobra, zdzwonimy się, jak tylko wrócisz do domu. I natychmiast masz pogadać ze swoją
mamą.
Spojrzałam na zegarek.
44
- Przecież ona jeszcze nie przyszła z pracy.
- No to porozmawiasz z nią od razu, jak przyjdzie, jasne? Będzie wiedziała, co trzeba zrobić,
żeby nic ci się nie stało. Halo! Jesteś tam? Zrozumiałaś mnie?
- Tak. Zrozumiałam. Leslie?
- No?
- Cieszę się, że cię mam. Jesteś najlepszą przyjaciółką na świecie.
- Ty jako przyjaciółka też jesteś całkiem niezła - powiedziała Leslie. - To znaczy chodzi mi o to,
że mogłabyś mi przywiezć coś fajowego z przeszłości. Jaka inna przyjaciółka to potrafi? A
następnym razem jak się będziemy miały uczyć do jakiegoś durnowatego testu z historii, po prostu
sprawdzisz wszystko na miejscu.
- Gdybym cię nie miała, zupełnie nie wiedziałabym, co robić.
Zdawałam sobie sprawę, że moje słowa brzmią dość żałośnie. Ale na Boga - ja też czułam się
żałośnie.
- A właściwie czy można przenosić przedmioty z przeszłości? - spytała Leslie.
- Nie mam pojęcia. Naprawdę, nie mam bladego pojęcia. Następnym razem po prostu spróbuję.
Na marginesie, jestem właśnie na Grosvenor Sąuare.
- No to zaraz będziesz na miejscu - powiedziała z ulgą Leslie. - Poza tą historią z polo nie
znalazłam w Google nic więcej na temat Gideona de Yilliers. Za to jest bardzo dużo o prywatnym
banku de Villiers i o kancelarii adwokackiej de Villiers w Tempie.
- Tak, to muszą być oni.
- Jak tam, znowu ci niedobrze?
- Nie, ale dzięki, że zapytałaś. Leslie odchrząknęła.
- Wiem, że się boisz, ale w sumie to jest całkiem cool. Chciałam powiedzieć, że to prawdziwa
przygoda, Gwen. A ty tkwisz w niej po uszy.
Tak. Tkwiłam w niej po uszy. Co za bagno.
45
Leslie miała rację: nie było powodu, żeby zakładać, że mama mi nie uwierzy. Przecież moich
 historii o duchach" wysłuchiwała kiedyś z należytą powagą. Zawsze mogłam do niej przyjść, jeśli
się czegoś bałam.
Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Durham, całymi miesiącami prześladował mnie duch demona,
który właściwie powinien był sprawować służbę jako kamienny gargulec na dachu katedry.
Nazywał się Azrael i wygląda! jak połączenie człowieka, kota i orła. Kiedy zorientował się, że go
widzę, był tak zachwycony tym, iż wreszcie może z kimś porozmawiać, że biegał za mną krok w
krok, nieustannie do mnie gadał, a nocą nawet chciał spać ze mną w łóżku. Po przezwyciężeniu
początkowych obaw - Azrael, jak wszystkie gargulce, miał dosyć koszmarny pysk -stopniowo się
zaprzyjazniliśmy. Niestety, Azrael nie mógł się przeprowadzić z Durham do Londynu i wciąż
jeszcze za nim tęskniłam. Kilka gargulcowych demonów, jakie widziałam w Londynie, było raczej [ Pobierz całość w formacie PDF ]