[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Krakowie na pewno tak nie myślał. Albo taki Heniek. Ten musi ciężko pracować. Tyra od
rana do wieczora.
Właściwie, jak to jest? Niby Heniek tyra, ale w gruncie rzeczy bardzo się z tego cieszy i z
nikim by się nie zamienił. Zresztą on, Franek, też pracuje. Przecież za grę w filmie zapłacili
mu, i to niezle. Pracował z wielką przyjemnością, tak samo, jak Heniek. Jak się lubi swój
fach, to się pracuje z radością. Widocznie praca daje szczęście. Ale żeby zdobyć zawód, naj-
pierw trzeba się uczyć. Ha, trudno! Jeżeli koniecznie trzeba się uczyć, należy to robić jak
najlepiej, choćby nawet było i przykro. Jakże to? Więc pierwszym krokiem do radości jest
przykrość? W życiu tak się wszystko dziwnie przeplata... Może zresztą nie dziwnie... Gdyby
człowiek nie znał przykrości, nie mógłby wiedzieć, co to przyjemność. Niczego nie umiałby
ocenić.
Oo, Franek doskonale umie ocenić, jakie by to było szczęście, gdyby mu nie wkleili jesz-
cze jakiejś dwójki.
Stryjek Włodka był nauczycielem i mieszkał na wsi. Włodek co kilka lat spędzał u niego
wakacje.
Matka porozumiała się z rodzicami Włodka. Czy nie byliby łaskawi tak to urządzić, żeby
chłopcy mogli wyjechać razem? Oczywiście państwo Fszystkonietak zapłacą za Franka, ile
tam będzie trzeba, Najważniejsze, że Franek w ten sposób nie straciłby wakacji i równocze-
śnie mógłby się uczyć. Na pewno stryjek podciągnąłby go z matematyki. Zapłacą osobno. I
tak byłoby to dla nich wielką przysługą.
 Muszę się porozumieć z bratem  powiedział inżynier.
 Oczywiście  zgodziła się pani Fszystkonietak  ale jak pan myśli, da się coś zrobić?
 Myślę, że tak. Włodek już się cieszy, że będą razem.
 Bylibyśmy państwu bardzo zobowiązani. Poza tym Frankowi potrzebna jest silna ręka.
Jestem pewna, że pański brat jako profesor umiałby nim odpowiednio pokierować.
Inżynier roześmiał się.
 Może pani być spokojna. Będzie chodził jak po sznurku. Brat jest doskonałym pedago-
giem. Moja krew.
 Nie chciałabym, żeby był zbyt surowy... ostatecznie Frankowi należy się także i wypo-
czynek. Jest z natury wątły. Powinien jak najwięcej korzystać ze słońca. Czy tam jest ładnie?
 Cudowna okolica. Tuż za wsią wielki, sosnowy las...
 A woda jakaś jest w pobliżu?
 A jakże. Pod samym nosem piękne jezioro, a i do Wisły niedaleko!
 %7łeby się nam nie potopili  zlękła się matka.
 E-he-he! Dla chcącego nie ma nic trudnego. Można się utopić i w wannie. Tamtejsza sa-
dzawka niewiele większa.
67
 Mówił pan, że niedaleko do Wisły...
 Ja mówiłem? Chyba się pani przesłyszała. Do Wisły szmat drogi.
 Uspokoił mnie pan.
 Widzi pani, nie można brać wszystkiego tak tragicznie. Włodek nieraz był tam na waka-
cjach i nic złego mu się nie stało. Kiedy wyjeżdża do brata, trzęsę się o niego. Brat jest za
miękki. Można go owinąć dookoła palca. Niby moja krew, a przecież zupełnie inny. U mnie
wszystko musi chodzić jak w zegarku! Włodek! Która godzina?
To najgorsze Franka ominęło.
Profesorowie okazali się wielkoduszni i nie zapłacili mu pięknym za nadobne. Dostał takie
stopnie, na jakie zasłużył: z polskiego i z niemieckiego czwórki, z matematyki dwója, a z po-
zostałych przedmiotów same trójczyny.
Powinien był się spalić ze wstydu. Ale Franek był w siódmym niebie. Przecież to najlepsza
cenzura jakiej się mógł spodziewać! Obiecał sobie, że przez wakacje wykuje matematykę na
blachę.
Krystyna wyjeżdżała nad morze. Gdyby Franek przeszedł do następnej klasy, byłby poje-
chał z nią razem, ale niech tam! Szczęśliwa Kryśka! Zdała celująco maturę. Ma już to
wszystko poza sobą. Chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę jej zazdrościł.
Przed wyjazdem Franek odbył długą rozmowę z ojcem. Ojciec tłumaczył mu jak dorosłe-
mu mężczyznie, że ma ostatnią, wielką szansę. Jeżeli ją zlekceważy, straci rok życia. Franek
solennie obiecał, że będzie się uczył i że po powrocie zda matematykę na czwórkę. W pierw-
szej chwili chciał nawet powiedzieć:  na piątkę , ale ugryzł się w język. Jeżeli jest mężczy-
zną, nie może rzucać słów na wiatr.
Rodzice odprowadzili chłopców na statek i czekali aż do odjazdu, a potem długo jeszcze
machali chusteczkami. Wszystko było z góry umówione: wysiadają na pierwszym przystanku
za Płockiem; tam czekać będzie bryczka, którą dojadą na miejsce,
Bryczka rzeczywiście czekała na nich i młody, cisawy konik rączo pocwałował w kierunku
szkoły. Do wioski było niespełna trzy kilometry. Droga wiodła przez pole i przez piękny,
sosnowy las. Tuż za nim zaczynała się wieś. [ Pobierz całość w formacie PDF ]