[ Pobierz całość w formacie PDF ]

bazyliszka. A przecież jestem rozsądnym człowiekiem i zdaję sobie sprawę, że to nie
bazyliszek, ale zwykły żółty zaciek.
- Yhm - znowu groznie chrząknął dyrektor Marczak. - Zdaje mi się, że coś po mnie
chodzi. Po moich plecach - dodał.
Odwróciłem się i popatrzyłem na plecy dyrektora.
- To tylko mysz - stwierdziłem.
- Chyba nie będzie mi pan wmawiał, że chodzą po mnie myszy? - gniewnie rzekł
dyrektor.
- Zwiat jest iluzją - ziewnął Cagliostro. Tymczasem mysz przeszła z pleców
dyrektorskich na dyrektorskie ramię.
94
- A jednak coś po mnie chodzi - ponownie oświadczył dyrektor.
- Mówiłem panu, że to mysz - powiedziałem, zapinając guziki koszuli.
- Widzę węża koło swojej nogi - rzekł dyrektor.
- Być może - zgodziłem się obojętnym głosem i zacząłem zawiązywać krawat.
Tymczasem mysz przeszła, z ramienia na rękaw marynarki dyrektora Marczaka.
- Miał pan rację. To rzeczywiście mysz - dyrektor przyglądał się białej myszce, która
maszerowała mu po rękawie. - A pańskie słowa wydawały mi się niewiarygodne.
- A właśnie - podchwyciłem zdanie dyrektorskie. - Niekiedy moje słowa wydają się
panu niewiarygodnie, a potem okazuje się, że jednak ja miałem rację.
Dyrektor Marczak spróbował złapać mysz za ogonek, ale myszka uciekła na stół.
Dyrektor wstał ostrożnie z krzesła, uważając, aby nie przydeptać zaskrońca.
- Chodzmy lepiej na śniadanie, panie Tomaszu. Nawet jako dziecko nie lubiłem
przebywać w zoo.
Zniadanie - używając języka dyplomatów - upłynęło w miłej i serdecznej atmosferze.
Gawędziliśmy o tym i o owym, unikając starannie, śliskiego jak skóra węża, tematu
schowków Koeniga.
Wreszcie jednak dyrektor Marczak nie zdzierżył i zapytał:
- Czy w dalszym ciągu sądzi pan, że jestem jak ów bogaty wdowiec, który postawił na
grobie swej żony krzyż z jedenastoma diamentami?
- Tak, panie dyrektorze. Przy okazji odkrycia każdej ze skrytek Koeniga odbył się
mały hokus-pokus. Zginęły trzy niezwykle cenne monety, ale jednocześnie nic nie
zginęło. Znikło pięć kielichów, a jednocześnie wiemy, że nic nie zginęło. Wszystko się
zgadza ze spisem w planie Koeniga.
- Jakie ma pan na to dowody?
- Widział pan przecież młotek i dłuto oraz czerwoną rysę wokół Diabelskiego Obrazu.
- Lecz jednocześnie w podziemnej krypcie nie napotkaliśmy Waldemara Batury, tylko
pana, drogi Tomaszu.
- Mówiłem, że zostałem tam wprowadzony i zamknięty.
- Drzwi do podziemi były otwarte, klucz tkwił w zamku.
- Czy nie wystarczy panu informacja, że Waldemar Batura przebywa we Fromborku?
- To wolny człowiek, tak jak pan i ja. Może przebywać, gdzie chce. Nie twierdzę
zresztą, że nie szuka na własną rękę schowków Koeniga. Wolno mu to zresztą. Każdemu
wolno szukać skarbów. Rzecz jednak w tym, jak postąpi, gdy schowek odnajdzie. Póki
tylko szuka, nie możemy wnieść przeciw niemu żadnego oskarżenia. %7łądam dowodów.
- I będzie je pan miał - powiedziałem z mocą.
- A teraz ad rem, panie Tomaszu. Pójdziemy na mały spacer po Fromborku i opowie
mi pan, co pan zdziałał w godzinach opłacanych przez nasz departament.
Skoczyłem do swego pokoju po brulion z notatkami, a potem poszliśmy na wzgórze
katedralne Siedząc pod rozłożystym dębem wygłosiłem dyrektorowi Marczakowi swoją
ideę nowego przewodnika.
- Zebrałem informacje co do dalekiej i bliskiej przeszłości Fromborka i całej Warmii.
Uważam jednak, że najpoważniejsza część przewodnika poświęcona powinna być
Kopernikowi. Wydaje mi się, że nie zmniejszając w niczym kultu, w jakim turyści i
społeczeństwo polskie odnosi się do kopernikowskiej wieży, należy jednak w
przewodniku przedstawić stan nowoczesnych badań w tym względzie. Tradycja ustna
95
głosi, że Kopernik ze swej wieży śledził ruchy gwiazd i księżyca. Współczesne badania
naukowe przekonują, że Kopernik musiał mieć jednak inne obserwatorium.
- Proszę mówić dalej. To jest bardzo ciekawe - rzekł dyrektor.
- Zacznijmy od faktów, które stwierdzili współcześni uczeni - powiedziałem,
nieświadomy, że oto za chwilę i ja sam dokonam niezwykłego odkrycia.
Tymczasem jednak mówiłem ze swadą, wyłuszczałem wiadomości uzyskane od
astronomów i historyków.
- Idąc śladem ustnej tradycji polscy astronomowie próbowali z kopernikowskiej wieży
przeprowadzić obserwacje nieba. Zbudowano nawet specjalny ganek, aby móc ich
dokonać. I co się okazało? Astronom P. stwierdza niezbicie, że - zajrzałem do notatek -
obserwacja z takiego balkonu jest z astronomicznego punktu widzenia zupełnym
absurdem. Każdy krok obserwującego lub pomocnika musiałby wpłynąć na zmiany
nachylenia przyrządu, którego utrzymanie w pionie jest jednym z kardynalnych
warunków udania się obserwacji.
- Skąd więc w takim razie obserwował niebo Kopernik?
- Ten sam astronom sugeruje, że do obserwacji nadawała się druga wieża w tej części
murów, a więc ten ogromny oktogon, na którym ustawiano działa. Tu właśnie, na
oktogonie, wokół pierwotnej dzwonnicy było dość miejsca, aby ustawić instrumenty
astronomiczne. Między ścianą wieży a murem zewnętrznym rozciągało się sześć metrów
płaskiego i nadzwyczaj solidnie zbudowanego tarasu. Zresztą, z wieży kopernikowskiej
było znakomite przejście murami do oktogonu i Kopernik mógł bez trudu odbywać
spacer dla obserwacji.
Z ławki, gdzie siedzieliśmy, widzieliśmy wyraznie zwalistą sylwetkę ośmiobocznej
wieżycy. I wtedy to doznałem olśnienia. Aż mrówki przeszły mi po grzbiecie. Czułem,
że jestem na tropie rozwiązania niezwykłej zagadki. Jeszcze chwila - i będę wiedział to,
co przez tak długi czas nie dawało mi spokoju.
Ale dyrektor Marczak przerwał tok mojego myślenia:
- Proszę mówić dalej. To bardzo ciekawe.
Skupiłem się więc i mówiłem, zaglądając co chwila do swego notesu: [ Pobierz całość w formacie PDF ]