[ Pobierz całość w formacie PDF ]

będzie miał na pewno nic przeciwko temu, jeśli odwiedzisz mnie od
czasu do czasu.
- Okay! - krzyknął Tony, odsuwając krzesło i skacząc do góry z
125
RS
radości. - To genialnie! Jak tata znów spali kolację, to na pewno
wpadnę. Ciastka były świetne, takie pachnące!
- Cieszę się - uśmiechnęła się Sara. - Ale teraz już lepiej wracaj do
domu.
- Noo - zgodził się z nią Tony. - Muszę jeszcze wypuścić z klatki
Fawcetta, zanim pójdzie spać. Zwykle bawi się w łazience. To tam
zżarł te ręczniki.
- Tak, tak, rozumiem - mruknęła pod nosem. - Miło, że zajrzałeś,
Tony. Wpadaj częściej.
- Będę zaglądał! - krzyknął, biegnąc już do domu.
- Przyjdę niedługo!
Obserwowała go, aż dopadł swoich drzwi. Potem poszła do
sypialni i rzuciła się w ubraniu na świeżo pościelone łóżko.
Sara siedziała przy oknie i patrzyła na śnieg, który cienką
warstwą przykrył kępki trawy za domem. Za chwilę powinna być
ubrana i gotowa do wyjścia. John Marlowe miał przyjść za pół
godziny, żeby zabrać ją na ślizgawkę.
Już prawie trzy miesiące minęły od pamiętnego weekendu, który
spędziła z Brettem. To wtedy nauczyła się go kochać... i wtedy zaraz
też utraciła go. Wszystko w ciągu dwóch fantastycznych dni, które
wydawały się snem. Wspomnienia tych dwóch dni nawiedzały ją
często. Tysiące już razy zastanawiała się, czy podjęła wtedy słuszną
decyzję. Czasem, gdy od strony domu
Bretta dolatywały wspaniałe zapachy i był to znak, że gości tam
właśnie Elise, myślała, że postąpiła słusznie. Innym razem, a
zdarzało się to najczęściej w nocy, gdy leżąc w łóżka z otwartymi
oczyma wpatrywała się w mrok, symbolizujący jej życie, dochodziła
do wniosku, że jest największą idiotką, jaką kiedykolwiek widział
świat.
Nie wiedziała ciągle, jakiego rodzaju więzy łączyły teraz Bretta z
Elise. Tony zaglądał do niej zwykle raz w tygodniu. Opowiadał, że
tata i ciocia Elise siedzą najczęściej przed kominkiem i wieczorami
czytają książki i gazety. Tony mówił też, że Elise ciągle namawia
Bretta, żeby przestał już wreszcie mieć minę Drakuli i zajął się czymś
126
RS
poważnym.  Chociaż on wcale nie wygląda jak Drakula - zapewniał
Tony - po prostu jest smutny".
W nocy, po wizycie Tony'ego, Sara zwykle zastanawiała się, czy
nie przełamać swoich oporów i pójść do Bretta. Ale w końcu
zwyciężała w niej zawsze ostrożność. Nie potrafiła uwolnić się od
dziesięciu lat samotności. Rozmyślała nad przeprowadzką do innego
miasta. Wszystko jedno dokąd. Byle gdzie. I wiedziała, że kiedy
przyjdzie czas, zrobi to.
Brett nie zabraniał Tony'emu przychodzić do niej. Sam nigdy się
jednak nie zjawił. Sara nie widziała go od pazdziernika i sądziła, że
unika spotkania z nią. Sąsiad, kiedyś hałasujący ponad miarę, teraz
ukrywał się i nie dawał znaku życia. Nie zachęcało' jej to do
zrobienia pierwszego kroku, przeciwnie, odbierało resztki otuchy,
pomyślała odchodząc od okna, by przygotować się na przyjęcie
Johna. Wyobrażała sobie Elise, Tony'ego i Bretta, siedzących razem
przy kominku.
Dopiero przed świętami Bożego Narodzenia uległa wreszcie
namowom Angeli i umówiła się z Johnem Marlowe'em. Matka też
namawiała ją na to. Kilka miesięcy wcześniej nie zgodziłaby się pod
żadnym pozorem, ale od tego czasu bardzo się zmieniła. Poza tym
miała już dość zarzutów, że prowadzi samotny tryb życia i stroni od
towarzystwa.
- Dzięki Bogu - westchnęła Angela, gdy Sara poddała się w końcu. -
Ta mina, z którą obnosisz się tak długo, nie popsuje nam
przynajmniej dobrego nastroju w święta.
Kilka razy poszła z Johnem do kina, a raz na ślizgawkę. Potem
nadeszły święta i szybko się skończyły. Posępną minę starała się od
czasu do czasu zastąpić uśmiechem, by nie psuć dobrego nastroju
rodzinie i znajomym. Jedynym jasnym momentem w czasie świąt
była rozradowana twarzyczka Tony'ego na widok groznego robota,
który podarowała mu na gwiazdkę. Dzięki temu Wigilia przez kilka
minut nabrała dla Sary dawno zapomnianego uroku. Ciągle jeszcze
miała przed oczami rozpromienioną buzię chłopca, to było jej
najmilsze wspomnienie świąt Bożego Narodzenia.
127
RS
Wciągnęła przez głowę brązowy sweter. Spojrzała na zegarek. Był
pogodny niedzielny ranek. Dochodziła dziesiąta. Niedługo miał
przyjść John. Był zawsze punktualny. Odpoczywała w jego
towarzystwie. Oboje szybko zgodzili się, że dobrze mieć kogoś, z kim
czasem można pójść na spacer lub do kina. Choćby dlatego, żeby nie
dać sobie wejść na głowę natrętnym znajomym i rodzinie. Ta
umowa, zawarta w głębokiej konspiracji, bardzo ich do siebie
zbliżyła. Ich związek był całkowicie platoniczny. Z czasem stawali się
coraz lepszymi przyjaciółmi.
Matka nie cieszyłaby się tak, gdyby wiedziała, że nie ma między
nami nic oprócz przyjazni, pomyślała Sara, kiedy samochód Johna
zatrzymał się przy furtce. An-geli to nie obchodziło. Dla niej było
ważne tylko samopoczucie Sary. I to, żeby w pracy nie nachodziły jej
czarne myśli. I Sara starała się być pogodna.
- Brrr - wstrząsnął się John pół godziny pózniej, gdy wysiadali z
samochodu nie opodal zamarzniętego stawu za miastem, który o tej
porze roku służył za ślizgawkę. - Ale zimno, co?
- Uhm - przytaknęła Sara przypinając łyżwy. - Mrozno, ale
przyjemnie. Lubię, kiedy wszędzie leży śnieg, staw jest zamarznięty,
a słońce przygrzewa. Zawsze zastanawiam się, dlaczego w zimie
świeci jaśniej.
-Nie wiem. Chodzmy, zanim zrobi się tłok na lodzie. Jeszcze nie
widziałem tu tylu ludzi.
John miał rację. Wyglądało na to, że wszystkim mieszkańcom
Caley Cove przyszła do głowy tego ranka jedna myśl. Sara
uśmiechnęła się na widok małej dziewczynki w czerwonym
kapelusiku, która wpadła na nią i chwyciła się jej, próbując złapać
równowagę. Przez chwilę straciła Johna z oczu. Spostrzegła go
wreszcie. Stał na brzegu stawu i wpatrywał się w niską blondynkę
ubraną na niebiesko. Ona też ani na chwilę nie odrywała od niego
wzroku. [ Pobierz całość w formacie PDF ]