[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Trochę, kiedyś. Wiesz, że cała moja rodzina ma uzdolnienia artystyczne
i zajmuje się taką lub inną dziedziną sztuki. Ja jedna się z tego wyłamuję...
Siostry uważają mnie za dziwaczkę. Ale jak już wspominałam, od dziecka
wiedziałam, że zostanę lekarzem.
- Tak mało o tobie wiem...
- Nic w tym dziwnego, znamy się raptem od pięciu dni.
- Rzeczywiście! - wykrzyknął ze zdumieniem. - Ja jednak czuję się tak,
jakbym cię znał od wieków. - Uścisnął jej dłoń. - To do mnie niepodobne...
- Wiem. Wszyscy, z którymi rozmawiałam w szpitalu, przyznają, że
trochę się ciebie boją. Uważają cię za świetnego lekarza, ale mówią, że jesteś
- 45 -
S
R
 nawiedzony" i że nie dajesz ludziom prawa do popełniania błędów. Nie cierpią,
kiedy masz im coś za złe.
- Dzięki za wyczerpujące studium mojego charakteru - rzekł z ironią. -
Czy ty też się mnie boisz?
Doszli już do  Saracen's Head".
- Nie, nie boję się - odparła powoli, kierując się ciemnym korytarzykiem
ku sali klubowej. - A wiem, że powinnam. Zwykle obawiam się osób o wyższej
pozycji, więc czemu ty mnie nie przerażasz?
- Bo się starzeję i zle ze mną - orzekł. - Zapewniam cię, że kiedyś było
inaczej.
Weszli do klubu. W rogu sali Delyth spostrzegła grupkę pielęgniarek w
starszym wieku, które nie żałując sobie alkoholu, hałaśliwie świętowały jakąś
okazję. Pomachały do Jamesa, a on odwzajemnił ten gest.
- Przyłączcie się do nas! - wykrzyknęła jedna z nich, czterdziestoletnia
kobieta o nieco zaciętym wyrazie twarzy.
James pokręcił głową.
- Nie przyszliśmy tu dla zabawy, mamy ważne sprawy do omówienia.
Pozostałe panie przyjęły do wiadomości jego odpowiedz, ale ta, która do
nich zawołała, zrobiła nadąsaną minę.
- Jak sobie chcecie, wasza strata... Gdy usiedli, Delyth szepnęła do
Jamesa:
- No, no, kłamiesz jak z nut. Nie miałeś ochoty się do nich przysiadać, co?
- Nic gorszego jak siedzieć z pijanymi, gdy samemu jest się trzezwym.
Zamówię coś do picia i pogadamy sobie spokojnie.
Patrząc, jak podchodzi do baru, kątem oka spostrzegła, że pielęgniarka o
surowej twarzy nieprzyjaznie mu się przygląda. Nie rozumiała dlaczego. Gdy
wrócił do stolika, poczuła, że musi mu coś wyznać.
- 46 -
S
R
- Powiedziałam, że się ciebie nie obawiam, choć wiem, że potrafisz
napędzić ludziom stracha. I mimo że bywam nieśmiała, z tobą czuję się dobrze i
swobodnie. Po prostu ja...
- Tylko mi nie mów, że to jakieś czary. - Uśmiechnął się szelmowsko. -
Czujesz się ze mną tak samo, jak ja czuję się z tobą. Podobamy się sobie i
lubimy się nawzajem. To cudowne, i myślę, że świat jest dzięki temu lepszy i
piękniejszy. Ale zasadniczo to tylko feromony, zwykły zwierzęcy popęd... Dała
mu kuksańca.
- Nie wyskakuj mi tu z chemią. Jestem czymś więcej niż istotą
biologiczną. I coś mi mówi, że... moje miejsce może być przy tobie. Z nikim
przedtem tego nie czułam.
Przyjrzał jej się uważnie.
- Mówisz serio, prawda? Ja jednak jestem człowiekiem nauki,
racjonalistą, tak samo zresztą jak ty. Nie ufam koncepcjom mistycznym.
- Oczywiście, że mówię serio, i wiem, że to nienaukowe. Próbowałam się
pozbyć tych doznań i przekonań, ale one są częścią mnie.
- I tak cię lubię - powiedział, obejmując ją w talii. Od razu zrobiło jej się
lżej na duszy.
Podchmielone pielęgniarki zaczęły głośno zbierać się do wyjścia. Ponura
czterdziestolatka znów pomachała Jamesowi ręką, ale w jej uśmiechu było coś
złowrogiego.
- Czy kiedykolwiek wypiłeś za dużo? Chodzi mi o to, czy piłeś kiedyś
dlatego, że musiałeś.
Nie wiedziała, czemu o to spytała, i spodziewała się, że James
natychmiast zaprzeczy. On jednak zastanawiał się tylko przez chwilę, zanim
powiedział:
- Był czas, że z trudem opierałem się pokusie. Gdy przytłaczają cię
zmartwienia i problemy, łatwo jest sięgnąć po kieliszek, jeden, drugi, trzeci... I
- 47 -
S
R
przychodzi taki moment, że zaczynasz się śpieszyć do domu, żeby wreszcie
sobie łyknąć.
Zdumiało ją to - James sprawiał wrażenie kogoś, kto nigdy nie traci
kontroli.
- Chyba... nie wpadłeś w nałóg?
- Nie - odrzekł ze śmiechem. - Ale kiedyś zdałem sobie sprawę, że jeśli
nie będę się pilnował, to mogę mieć kłopoty.
Niesympatyczna pielęgniarka wystawiła głowę zza drzwi i wykrzyknęła:
- Znikamy stąd, więc dobranoc! - Spojrzała Jamesowi prosto w oczy. -
%7łegnaj, aniele.
Po chwili milczenia Delyth odezwała się pierwsza:
- Zwykle nie okazujesz uczuć, prawda? Umiesz zachować kamienną
twarz. A jednak kiedy ona nazwała cię  aniołem", na twojej twarzy pojawił się
grymas bólu. Dlaczego? Jeśli nie chcesz, możesz nie odpowiadać.
- To Meg Bentley, siostra przełożona. Znam ją od lat, choć niezbyt
dobrze. Kiedy wytrzezwieje, będzie jej przykro, że to powiedziała.
- O ile w ogóle będzie cokolwiek pamiętać... Powiedziała to złośliwie,
żeby cię zranić.
- Owszem. - Opróżnił szklankę i odstawił ją głośno na stół. - Przez
sekundę kusiło mnie, żeby napić się whisky. Co za głupi pomysł. - Odchrząknął. [ Pobierz całość w formacie PDF ]