[ Pobierz całość w formacie PDF ]

mógł być ścigany dalej poprzez jezioro, ale było ono bardziej niebezpieczne dla ścigających, ni\ dla
niego. Najlepszy podwodny szlak zaczynał się właśnie w miejscu, gdzie wioska stykała się z wodą.
A tu, w osadzie pościg jaszczurów musiał się skończyć. Tutejsi mo\e otworzyliby bramę dla
pojedynczego Pili, ale na pewno nie dla całej uzbrojonej armii. Władcy Kharatas na pewno mieli ju\
dość kłopotów wewnątrz swych murów, by wpuszczać jeszcze następne przez wrota.
Otó\ i palisada. Kleg stanął nad drodze tu\ obok wartowni, przed mniejszą z dwóch bram
wiodących do wioski.
- Hej tam, stra\ !
Gruby, brodaty mę\czyzna, noszący na głowie szyszak podobny nieco do misy, wychylił się i
spojrzał w dół na Klega.
- A stra\ ! Kto u bram ?
- Kleg, Pierwszy Sługa Stwórcy prosi o otwarcie wrót.
Stra\nik zniknął z widoku, a Kleg usłyszał zgrzyt brązowej dzwigni, która słu\yła do
otwierania bramy. Wkrótce wzmacniane \elazem drewniane wrota zazgrzytały donośnie i uchyliły
79
80
się, poruszając się cię\ko na swych potę\nych zawiasach.
- Wejdz Pierwszy.
Kleg uśmiechnął się z zadowoleniem i wkroczył do wioski.
Znali go tutaj i nie chcieli \adnych sporów z jego władcą, którego łaskawości zawdzięczali to,
\e mogli tu mieszkać. Stwórca mocą swej magii mógł w ka\dej chwili, gdyby tylko zechciał,
unicestwić tę wioskę równie łatwo, jak selkie mógł rozgnieść pluskwę. I ka\dy z mieszkańców
wiedział o tym doskonale.
Kleg poczuł prawdziwą ulgę, gdy usłyszał szczęk zamykającej się za nim bramy. Teraz mógł
się po\ywić i odpocząć, zanim wkroczy do Sargasso. Mógł poświęcić na to nawet cały dzień, teraz,
kiedy koniec jego misji był ju\ tak bliski.
Oaza, która pojawiła się na ich drodze, była jak mała plama zieleni pośród piasków pustyni.
Wewnątrz znajdowało się jeszcze mniejsze jeziorko. Tam właśnie Conan, Cheen i pozostali
podró\nicy postanowili schronić się przed \arem południowego słońca. W czasie gdy Leśni Ludzie
napełniali swe manierki wodą i rozkładali się do wypoczynku w cudownym cieniu, Cheen odwołała
Conana na stronę.
- Chocia\ bardzo chciałabym podą\ać naprzód, jednak musimy tutaj nieco wypocząć. Do
wieczora. Pustynia w części, którą mamy teraz przejść, jest bezlitosna. Wysysa wszelkie siły
\yciowe z tych, którzy próbują ja przemierzyć w porze dnia.
Conan skinął głowa. Nie było ani śladu pościgu Pilich i podro\ poprzez pustynie równie\
jemu zdawała się przyjemniejsze w nocnym chłodzie ni\ w \arze jakiego teraz doświadczali.
- Chodz, wyjaśnisz mi to, co Hok zaczął opowiadać o królowej Pilich - dodała Cheen kładąc
dłoń na ramieniu Conana. - Tam jest zaciszne miejsce, w cieniu tego kwiecistego krzewu. Nikt nam
nie będzie przeszkadzał.
Conan objął wzrokiem zarys piersi Cheen, skrytych po cienką koszulą, jej muskularne
ramiona, uśmiech, który kierowała wyraznie ku niemu. Wiele wskazywało na to, \e ta opowieść
będzie okraszona jakąś demonstracją praktyczną i mimo ostatnich kłopotów jakie miał z kobietami,
ta myśl nie wydała mu się nieprzyjemna.
80
81
Tropiciele Thayli odkryli miejsce, w którym Conan i Hok połączyli się z resztą grupy, a to
oznaczało, \e ścigani zrównali się liczebnie ze ścigającymi. Mimo to, Pili wyruszyli ich tropem.
Wkrótce jednak powiał pustynny wiatr, a pył i piach doszczętnie pokryły wszelkie ślady zbiegów i
ich nowych towarzyszy.
Thayla jednak, miotana na przemian obawą i gniewem, wiodła wytrwale swą grupę poprzez
pustynie.
Jak on śmiał uciec, zanim sama z nim skończyła ? I co się z nią stanie, jeśli to jej mą\
pochwyci Conana ?
Jeden z Pilich zbli\ył się do królowej.
- Czy nie skręcimy do oazy, Milady ?
Potrząsnęła przecząco głową.
- Pili mogą odbyć tę podró\ bez wody.
- Wybacz Pani, to oczywiście prawda, ale ludzie nie ...
- Ominiemy oazę - przerwała, - w ten sposób wyjdziemy przed nich i będziemy mogli
zastawić pułapkę.
- Ha ... - powiedział zaskoczony \ołnierz - ... mądre.
Thayla zignorowała jego pochlebstwo. Gdyby faktycznie była mądra, po\ywiali by się teraz
ludzkim mięsem w swej jaskini, a nie gonili za nim po pustyni.
W swym zamku, pływającym na wodach Sargasso, Dimma rzucał właśnie magiczne zaklęcie.
Wzywał nim nadnaturalne istoty, które zawdzięczały swą egzystencję wcześniejszym
eksperymentom Maga z Mgieł. I przybywały skreeche z głębin, wielkie węgorze elektryczne i
wreszcie gigantyczny drapie\ca Kralix.
Skreeche były w połowie rybami, w połowie zaś przypominały kobiety, a ich głosy niesione
przez wiatr, hipnotyzowały i pozbawiały woli ka\dego, kto tylko je usłyszał. Zaś człowiek, który
zwabiony tym głosem wpadłby w ich ręce, szybko odnalazłby śmierć, jako \e skreeche \ywiły się
krwią. Teraz tuzin z nich przybyło na wezwanie swego pana.
81
82
Węgorze osiągały długość równą wysokości dorosłego człowieka, zaś ich grubość
dorównywała ludzkiemu ramieniu. Ka\dy z nich mógł powalić wroga wyładowaniem
elektryczności o mocy błyskawicy. Jego dotkniecie w wodzie przynosiło pora\enie i śmierć od
szoku elektrycznego lub utonięcia. Przybyło dwadzieścia tych istot.
Kralix Ranafrosch był jedynym osobnikiem swego gatunku. Rozmiarem dwukrotnie
przewy\szał wołu, a jego oślizgła skóra miała barwę zgniłej zieleni. śywił się zarówno roślinami [ Pobierz całość w formacie PDF ]