[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Ale co się stało? - wycedził Paweł.
- Była próba włamania. Ogłuszyli kościelnego, ale na oko nic nie zginęło.
- I złodzieje, ot tak sobie wyszli? Nikt im nie przeszkodził? Nikt ich nie widział?
- Widział ich mieszkaniec Błonia, kiedy wsiadali do audi, które odjechał w kierunku
Grodziska Mazowieckiego. Ale jeden z łobuzów dzwigał wypchaną torbę turystyczną. Stąd
wnioskuję, że coś ukradli. Proboszcz twierdzi jednak, że na oko nic nie zginęło. Nawet guz na
głowie kościelnego powoli znika.
Banda Saint-Germaina bez problemów opanowała kościół po pierwszej mszy.
Wykorzystali poranny marazm i porę sprzątania. Wcześniej dwóch ludzi wywiozło Pawła.
Kościelnym się nie przejmowali. Pozostali musieli zbadać podłogę chóru w prezbiterium,
ewentualnie zamurowaną wnękę okienną. Nie po to ci ludzie tutaj przyszli, aby odejść z
pustymi rękami. Gra toczyła się o dużą stawkę, więc co się naprawdę stało? Co dzwigał jeden
z bandytów w torbie?
- Jak duża była to torba? - zapytał Paweł.
- Czy ja wiem? - podrapał się w głowę inspektor. - Widział pan kiedyś Ruskich na
bazarze? Mniej więcej taka...
W ich kierunku szedł kościelny, przytrzymywany z nadmierną troską przez
proboszcza. Towarzyszył im inny policjant - miejscowy sierżant. Kiedy tylko kościelny
dostrzegł Pawła, jego zachowanie uległo natychmiastowej zmianie.
- To on! - wskazał palcem Pawła. - To on siedział w kościele z dziewczyną.
- Jest i dziewczyna! - zdębiał proboszcz, patrząc na Adriannę. - Czy to ta, Wacławie?
- To nie ta - zaprotestował Paweł. - Tamta była blondynką. I była starsza. Adrianna jest
jeszcze dzieckiem...
- Nie jestem dzieckiem! - tupnęła nogą ze złości.
- Może tamta była starsza? - zaczął się zastanawiać kościelny. - Dokładnie nie
patrzyłem.
- Nie byłam w żadnym kościele! - broniła się wnuczka pana Henryka. -
Obserwowałam kościół.
- Oberwaliśmy razem po łepetynie, panie Wacławie - próbował zjednać sobie
kościelnego Paweł. - Jestem pracownikiem Departamentu Ochrony Zabytków i od lat ścigam
złodziei dzieł sztuki. Nie jestem przestępcą.
- A kto to wie? - zamruczał kościelny.
- Spokojnie, Wacławie - uspokajał go proboszcz i popatrzył na Pawła. - Ksiądz
Andrzej mówił, że był pan u niego. Pytał się pan o krzyż.
- Tak, to ja.
- Ksiądz Andrzej nie powiedział panu, że dawno temu na przedmieściach Błonia stał
dwuramienny, drewniany krzyż, choć to informacja niezbyt udokumentowana zródłowo. Bo
pytał pan o drewniany krzyż, prawda?
- Naprawdę?! - zrobił zdumione oczy Paweł. Był już pewny, że chodziło o Błonie.
Do akcji wkroczył inspektor.
- Panowie i drogi księże proboszczu - uniósł wyżej rękę. - Nie teraz, błagam.
Przesłuchamy świadków i podejrzanych w komendzie.
- A kto jest podejrzanym? - zapytał Paweł.
- Tak mi się tylko powiedziało - uśmiechnął się blado inspektor.
Nagle Pawłowi coś się przypomniało.
- Aha, jeszcze jedno, inspektorze - odwrócił się i wskazał ręką ulicę. - Widzicie tego
golfa parkującego przed Ośrodkiem Kultury. Przyjechała nim blondynka, z którą byłem w
kościele. Rzekomo nazywa się Agnieszka, ale to fałszywe imię. Twierdziła, że pochodzi z
Chorzowa, jednak w to wątpię. Nie wiem, kim jest. Kiedy byłem na plebanii, musiała
zawiadomić telefonicznie wspólników.
- Golf o numerach rejestracyjnych KAC 678C? - zainteresował się sierżant i zajrzał do
notatnika. - Zgłoszono dzisiaj kradzież tego samochodu. W Błoniu! Ktoś przyjechał do
rodziny i sprzątnęli mu golfa pod bazarem.
- No, to się zguba znalazła - westchnął inspektor i spojrzał na proboszcza. - A jak w
kościele?
- Nic nie zginęło - odetchnął z ulgą proboszcz. - Tylko Wacław ucierpiał
niepotrzebnie. Ale nic nie zginęło. Co za szczęście. Przenajświętsza Panienka zlitowała się
nad nami.
Przesłuchanie w komendzie trwało kilka godzin. Po jego zakończeniu spotkała Pawła
niemiła wiadomość - na samochodzie o numerach rejestracyjnych KAC 678C znaleziono jego
odciski palców.
 Co za przebiegła dziewczyna , pomyślał z goryczą o blondynce.  Kazała mi
otworzyć samochód, a ja usiadłem za kierownicę, otworzyłem maskę i majstrowałem przy
silniku jak głupi. I zostawiłem setki odcisków palców. Idiota .
%7ładnych innych odcisków nie było, co świadczyło, że banda Saint-Germaina działała
metodycznie i przebiegle. Czy chcieli rzucić podejrzenia na Pawła? Nie wiadomo - pewnie
pragnęli nieco napsuć mu krwi. I w pewnym sensie napsuli. Paweł wyszedł z komendy
dopiero o trzeciej po południu i czuł się jak przepuszczony przez magiel. Odwiózł Adriannę
do Piastowa i przez kolejną godzinę musiał tłumaczyć zaniepokojonemu zniknięciem wnuczki
panu Henrykowi, że nic się nie stało. Pan Henryk wrócił nad ranem do domu i żałował, że
wczoraj wieczorem nie mógł pomóc Pawłowi w rozwiązaniu zagadki.
- Nic nie szkodzi - rzekł Paweł. - Pańska wnuczka spisała się na medal!
Dostał zaproszenie na kawę do słynnego salonu starszego pana, w którym ściany
zamiast regałów zdobiły wysokie półki z książkami. Pił pyszną kawę przyrządzoną przez
babcię Adrianny, ale myśli wciąż biegły torem zbieżnym z losem pana Tomasza. W pewnym
momencie nie wytrzymał i poprosił o możliwość skorzystania z telefonu. W kawalarce na
Krakowskim Przedmieściu nie było jeszcze szefa. Informacja PKP podała, że pociąg właśnie
przed chwilą wjechał na Dworzec Centralny. Szybko udał się więc z powrotem do Warszawy.
Przed drzwiami swojej kawalerki zatrzymał się jak wryty. W szparze drzwi tkwiła
bowiem kartka białego papieru. Treść listu była następująca:
Dziękuję za pomoc w odnalezieniu krzyża! Mam go! Z ukłonami - Saint-Germain.
ROZDZIAA CZTERNASTY
POWRT " BEZ PO%7łEGNANIA " CHWAL FIOLK, CZYLI CZAS DO DOMU "
WIZYTA PAWAA I NARADA " CO ZNALEZIONO W NESESERZE? " SAINT-
GERMAINA ZAINTERESOWANIA HEMATOLOGI " CZY MO%7łLIWE JEST
SKLONOWANIE JEZUSA? " SPRYTNY VIDAC WYPYTUJE " LOGO
 FOTOLABU NA KOPERCIE " MAM SZPIEGA SAINT-GERMAINA!
Pociąg z Berlina przyjechał na Dworzec Centralny w duszne i gorące popołudnie. Ale
my wszyscy żyliśmy wyłącznie wspomnieniami. Było co wspominać! Na przykład brawurową
ucieczkę konduktora helikopterem! A ofiarna postawa sąsiada z wagonu, Hansa, którego, o
ironio, podejrzewałem o współpracę z Saint-Germainem! I wreszcie bohaterski wyczyn
Fiolki! Dzięki mojemu młodemu znajomemu odzyskaliśmy neseser zawierający nie tylko
notatnik Norwida. Ale o tym pózniej. Niestety, Saint-Germain i jego współpracownik uciekli
helikopterem i jak do tej pory ich nie złapano. Jedna rzecz wydawała mi się dziwna i nie
pasowała do całej układanki. Jeśli konduktor był Saint-Germainem, to jakimże sposobem
rozmawiał ze mną przez telefon zaraz po odjezdzie z dworca Nord, a jednocześnie sprawdzał
bilety? Pamiętam jak dziś - wyjrzałem na korytarz, sądząc, że ktoś stroi sobie ze mnie żarty. I
wtedy ujrzałem plecy konduktora w korytarzu. Tej zagadki nie potrafiłem wyjaśnić.
Mieliśmy o czym rozmawiać w drodze do Polski, a naszym spekulacjom nie było
końca. Wcześniej - jeszcze na terenie Brandenburgii - zajęła się nami niemiecka policja. Na [ Pobierz całość w formacie PDF ]