[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Nagły podmuch wiatru rozkołysał gałęzie drzew, których niespokojne cienie załamy-
wały się na twarzach ludzkich, wrzeszczącym pudle i na kamiennych milczących posą-
gach zdobiących ściany kościoła: Chrystusa i dwóch złoczyńców na krzyżach. Twarze
słuchaczy wyrażały skupienie i zachwyt. Niewątpliwie wierzyli w to, co wykrzykiwał
automat. Pod wpływem zbiorowej hipnozy ludzie oklaskiwali głuchy i ślepy przedmiot,
jak gdyby był to żywy człowiek. Sądzę, że to niewiarygodne opętanie jest symptomem
naszych czasów. W tej epoce, pełnej histerii i strachu, gromkie słowa, niezależnie od
tego, czy padają z prawa, czy z lewa, są chętnie przyjmowane przez masy. Ludzie dają im
wiarę, byle tylko uwolnić się od ciężaru myślenia i obarczającej ich odpowiedzialności,
której się obawiają i której uniknąć nie mogą.
Nie spodziewałem się, że w katedrze będzie tak wiele ludzi. Dopiero po chwili zo-
rientowałem się, że są to przecież ostatnie dni maja i że w tym miesiącu co wieczór
odbywa się nabożeństwo. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie pójść lepiej do któ-
regoś z kościołów protestanckich. Nie wiedziałem jednak, czy o tej porze są otwarte.
Usiadłem w pustej ławce niedaleko wejścia. Cały kościół pogrążony był w mroku, tylko
przed ołtarzem paliły się świece. Przy tym oświetleniu niebezpieczeństwo rozpoznania
mnie było minimalne.
Przed ołtarzem kapłan poruszał się w obłoku kadzideł, brokatów i światła, wokół
niego ministranci w czerwonych szatach, z narzuconymi białymi komżami, z dymią-
cymi kadzielnicami w ręku. Słuchałem muzyki organów i pienia chóru i zdało mi się
nagle, że widzę te same zachwycone twarze, jak tam na zewnątrz. Oczy, jakby pogrą-
żone w ekstatycznym śnie, wyrażały tę samą wiarę oraz pragnienie spokoju, bezpie-
34
czeństwa. Wszystko to wyglądało jednak łagodniej niż tam na placu. Ale religia miłości
do Boga i blizniego nie zawsze była sielankowa. Pochłonęła w ciągu ponurych stuleci
wiele krwi i ofiar. Z chwilą gdy przestała być prześladowana, sama zmieniła się w prze-
śladowcę, rozprawiając się przy pomocy tortur, miecza i stosów. Przypomniały mi się
szydercze słowa brata Heleny wypowiedziane do mnie w obozie:  Przejęliśmy metody
waszego Kościoła. Ta wasza święta inkwizycja nauczyła nas, jak należy się rozprawiać
z wrogami naszej wiary. Wzorem dla nas są lochy, w których torturowano ludzi w imię
miłości Boga. Jak dotąd, jesteśmy nawet mniej okrutni  palimy żywcem tylko w rzad-
kich wypadkach. Wisiałem wtedy na krzyżu, kiedy mi to wyjaśniał. Był to jeden z naj-
niewinniejszych sposobów, stosowanych przy wymuszaniu zeznań.
Kapłan wzniósł w górę złotą monstrancję i błogosławił zebranych. Siedziałem bez
ruchu pławiąc się w woni kadzideł i jakiejś radosnej światłości. Potem zaintonowano
ostatnią pieśń:  Odwracaj nocne przygody, od wszelakiej broń nas szkody... Zpiewałem
tę pieśń będąc dzieckiem. Wtedy mrok nocy był dla mnie czymś niebezpiecznym, teraz
 światło.
Tłum powoli opuszczał świątynię. Pragnąc przeczekać pozostałe mi jeszcze piętna-
ście minut, ukryłem się w kącie obok jednej z olbrzymich kolumn podtrzymujących
sklepienie.
I nagle zobaczyłem Helenę.
Początkowo zauważyłem tylko niespodziewany zamęt w ludzkim strumieniu, pły-
nącym w stronę wyjścia. Jakaś kobieta przeciskała się między zwartym tłumem, toru-
jąc sobie drogę w przeciwnym kierunku. Przez chwilę widziałem jasną, nieco gniewną,
zdecydowaną twarz. Przypuszczałem, że ktoś wraca po jakąś rzecz pozostawioną w ko-
ściele. Nie spodziewałem się w tym miejscu spotkania z żoną i dlatego nie poznałem jej
od razu. Dopiero gdy mnie mijała, w miejscu, gdzie tłum już się nieco rozrzedził, po-
znałem ją po ruchu ramion, przy których pomocy energicznie posuwała się do przodu.
Po jakimś czasie, prześliznąwszy się między ludzmi i, jak się zdawało, nigdzie nikogo nie
potrąciwszy, zatrzymała się w środkowej nawie na wolnej niemal przestrzeni tuż przed
świecami w błękitnawo-czerwonym mroku, sączącym się z wysokiego romańskiego
okna. Wydała się nagle wiotka i drobna, jakaś samotna i zagubiona.
Podniosłem się i usiłowałem ściągnąć na siebie jej spojrzenie. Nie ważyłem się nawet
ręką dać jej znaku, gdyż mogłoby to zwrócić uwagę ludzi znajdujących się jeszcze w ko-
ściele.  Ona żyje  to była moja pierwsza myśl.  Nie umarła i nie jest chora . Dziwne,
ale w naszej sytuacji nasuwa się przede wszystkim taka myśl. Jest się zaskoczonym, że
coś jeszcze trwa jak przedtem  że ktoś jeszcze istnieje.
Helena ruszyła szybko w kierunku chóru. Opuściłem ławkę i poszedłem za nią. Przed
konfesjonałem zatrzymała się i spojrzała dookoła. Zlustrowała wzrokiem ludzi klęczą-
cych jeszcze w ławkach, a potem zawróciła i szła powoli w stronę wyjścia. Zatrzymałem
35
się w miejscu. Była jednak tak pewna, że znajduję się w którejś z ławek, że przeszła tuż
obok ocierając się niemal o mnie. Ostrożnie ruszyłem za nią.
 Heleno!  wyszeptałem tuż za jej plecami, gdy na moment zatrzymała się znowu.
 Nie odwracaj się! Wyjdz! Będę szedł za tobą. Nikt nie powinien tutaj widzieć nas
razem.
Drgnęła, jak gdybym ją znienacka uderzył, ale poszła dalej. Po co przyszła do kościo-
ła? Przecież tu właśnie niebezpieczeństwo rozpoznania nas było największe. Ale ja sam
również nie zdawałem sobie sprawy, że w katedrze może być aż tak wiele ludzi.
Widziałem, jak szła przede mną, ale zajęty byłem głównie troską, żeby jak najszyb-
ciej opuścić kościół. Miała na sobie czarny kostium i maleńki kapelusik. Szła z podnie-
sioną i nieco zwróconą w bok głową, jakby nasłuchiwała moich kroków. Postępowałem
o kilka metrów za nią, starając się zanadto nie zbliżać i równocześnie nie stracić jej
z oczu. Wiedziałem z doświadczenia, że często wpada się wskutek zbyt bliskiego są-
siedztwa kogoś znajomego.
Helena minęła kamienną kropielnicę, przeszła przez wielki portal frontowy i natych-
miast skręciła w lewo. Wzdłuż katedry ciągnął się szeroki, wykładany kamiennymi pły-
tami chodnik, oddzielony od dużego placu żelaznym łańcuchem zawieszonym na ka-
miennych słupkach. Helena przeskoczyła przez łańcuch, odeszła kilka kroków w mrok,
zatrzymała się i odwróciła. Trudno określić, co się ze mną działo w tej chwili. Gdybym
powiedział, że czułem się tak, jakbym gonił swe uciekające życie i zdołał je na chwilę
zatrzymać  byłby to tylko literacki frazes, zawierający prawdę połowiczną. Nie wy-
rażałoby to jednak wszystkiego, co czułem w tym momencie. Podszedłem do Heleny.
Ujrzałem z bliska jej smukłą, ciemną sylwetkę, jej bladą twarz, jej oczy i usta i pozosta-
wiłem za sobą wszystko, co przeżyłem. Czas naszej rozłąki nie zapadł się w nicość, lecz
stał się wspomnieniem tak odległym jak treść przeczytanej opowieści, nie mającym nic
wspólnego z moimi przeżyciami. [ Pobierz całość w formacie PDF ]