[ Pobierz całość w formacie PDF ]

natychmiast podeszła mi do gardła. Wrzuciłam ciastko do niewielkiego pojemnika przy drzwiach, który wyglądał jak śmietnik. Jego dno
niespodziewanie otworzyło się, odsłaniając wylot długiego czarnego tunelu, a powietrze wessało resztki jedzenia i serwetkę.
Po ciastku z mięsem została tylko para unosząca się z zagłębienia w ścianie i zapach nieprzyprawionego sosu - dziwnie swojski, a jednocześnie
zupełnie obcy.
Pokręciłam głową. Na Ziemi nie było takich spektakularnych technologii. Kolejny znak, że nie należę do tego świata.
Szkoda, że nie miałam z kim podzielić się swymi odkryciami. Uciekłam wzrokiem w kierunku krzesła. Niemal widziałam siedzącego w nim
Starszego i jego łagodne oczy. To była chyba jedyna osoba na statku, która nie marzyła, żebym jak najszybciej zniknęła z jego pokładu.
Pomyślałam o rodzicach. Też są na tym statku - niby tak blisko, a wciąż o pięćdziesiąt lat za daleko.
Zmrużyłam oczy, zmuszając się, by wyrzucić ich teraz z głowy.
Ale wtedy przypomniałam sobie, że ktoś mnie odłączył i że wciąż mógł odłączyć ich.
Wzdrygnęłam się, wmawiając sobie, że to przez chłód panujący w pokoju. Pod ścianą stała szafa, tuż obok dużej metalowej osłony, która chyba
zakrywała okno - spod jej krawędzi sączyło się światło. Wiszące w środku ubrania czuć było stęchlizną, ale wyglądały na czyste i w miarę nowe,
gdy je wytrzepałam. W szufladach nie znalazłam ani jednego stanika. Były za to bawełniane majtki; trochę się brzydziłam, kiedy je zakładałam, bo
nie wiedziałam, skąd pochodzą i czy ktoś ich już wcześniej nie nosił, ale nie dostrzegłam żadnych śladów używania. Pozwoliwszy ręcznikowi
opaść na podłogę, wsunęłam się w jasnobrązową tunikę ozdobioną lamówką ze wzorem żółtych kwiatuszków i ciemne spodnie z takim samym
akcentem. Wilgotny ręcznik wrzuciłam do stojącego przy szafie kosza na pranie. Pokrywa zatrzasnęła się automatycznie i wystrzelił spod niej kłąb
pary. Po chwili kosz otworzył się, a na dnie leżał czysty suchy ręcznik.
Doszłam do wniosku, że zbyt mało wiem o statku. Od tego powinnam zacząć: muszę odszukać innych, nauczyć się jak najwięcej i wymyślić, jak
obronić rodziców przed człowiekiem, który mnie odłączył. Bo chociaż niczego nie pragnęłam tak bardzo jak ich bliskości, nie chciałam, aby
obudzili się w zimnie i odosobnieniu, tonąc w szklanym pojemniku.
Na dywan pod metalową osłoną padało wąskie pasmo światła. Jedno moje dotknięcie sprawiło, że osłona uniosła się z furkotem, odkrywając
brudne okno z widokiem na zielone pola.
A więc to tutaj spędzę kolejne czterdzieści dziewięć lat i dwieście sześćdziesiąt sześć dni.
Nie było wcale tak brzydko, chociaż nie tego się spodziewałam. Przede wszystkim istniała tu zieleń. Pofałdowane wzgórza ciągnęły się wzdłuż
zakurzonej drogi gruntowej aż do trawnika przed Szpitalem, a pastwiska i pola były porozdzielane żywopłotami i brązowymi parkanami. Nieopodal
widziałam krowy, nieco dalej białe puszyste kulki - pewnie owce i kozy. Schludne rządki bujnych zielonych roślin przecinały krajobraz we wszystkie
strony, tworząc patchworkową szachownicę, a w oddali, na przeciwległym krańcu statku, znajdowało się coś, co wyglądało jak przerośnięta
budowla z klocków Lego - wagony towarowe poustawiane na przyczepach, które spoczywały na kontenerach transportowych, wszystko zaś
pomalowane na jaskrawe kolory. Ta feeria barw kojarzyła mi się odrobinę z Disneylandem.
Kiedy jako dziecko mieszkałam na Florydzie, rodzice zabierali mnie tam każdego lata.
Disneyland zawsze wydawał mi się ogromny, wręcz kolosalny, niczym państwo zamknięte na terenie parku rozrywki, ale teraz dotarło do mnie, że
zamek Kopciuszka bez trudu zmieściłby się na tym statku - w metalowej bańce, która była jakieś pięćdziesiąt razy większa od całego Magicznego
Królestwa.
Próbowałam policzyć wszystkie te przyczepy, ale szybko straciłam rachubę. Ciekawe, ilu ludzi żyje na pokładzie. Miejsca wystarczyłoby dla co
najmniej kilku tysięcy.
Ciekawe, czy Starszy mieszka w jednym z tych kolorowych pudeł...
Poszukałam wzrokiem horyzontu.
Nie znalazłam go, bo oczywiście nie było tu nieba. Nad kolorowe skupisko przyczep wyrastał zimny szary metal. Wyginał się nad miastem,
rzucając na nie swój cień. W górze szarość ustępowała miejsca mdławemu błękitowi. Chyba komuś zależało, żeby stworzyć pozór nieba, ale nie
wyszło mu to zbyt dobrze.
W centralnym punkcie sklepienia tkwiła kula rażącego, żółtopomarańczowego światła. Patrzenie na nią nie bolało tak jak patrzenie na słońce, ale
na pewno nie było zbyt przyjemne. Gdyby nie fakt, że znałam prawdziwe słońce, być może zaimponowałoby mi to stworzone przez człowieka
zródło światła i ciepła. Kłopot w tym, że widziałam prawdziwe słońce, a ten marny, fałszywy substytut z pewnością nim nie był - o nie, był czymś
znacznie gorszym. Odwróciłam wzrok, bo oczy zaczęły piec mnie od łez i zamknęłam je na chwilę dłuższą, niż było to konieczne.
Powidoki fałszywego światła tańczyły mi pod powiekami. Jak ta wielka lampa mogłaby się równać z prawdziwym słońcem?
Wszystko było zepsute. Roztrzaskane. Zniszczone.
Jak światło.
Jak ja.
Zeby zrozumieć, jak ważne jest niebo, musiałam je najpierw stracić.
Otaczały mnie ściany.
Bo przed chwilą zamieniłam jeden pojemnik na drugi.
20
STARSZY
W milczeniu jechaliśmy z Najstarszym na poziom kriogeniczny. Nie poruszaliśmy tematu skrzynki z alarmem w pomieszczeniu na trzecim piętrze,
którą ktoś sforsował i zniszczył. Elektroniczne wnętrzności wytrysnęły z obudowy, rozsypując się po podłodze, zepsute i bezużyteczne.
Drzwi kabiny otworzyły się. Zwiatła w korytarzu były już pozapalane.
- Tutaj! - krzyknął do nas Doktorek.
Najstarszy ruszył w jego stronę długim, choć nierównym krokiem i musiałem się spieszyć, żeby za nim nadążyć. Maszerowaliśmy między rzędami
ponumerowanych drzwiczek. Szukałem tych z numerem czterdzieści dwa, ale szliśmy zbyt szybko, żebym mógł
się zatrzymać.
Skręciliśmy i weszliśmy w rząd oznaczony numerami od siedemdziesięciu pięciu do stu.
Dostrzegłem, że jedne drzwiczki są otwarte. Blat został już wyciągnięty, a nad komorą kriogeniczną nachylał się odwrócony do nas plecami
Doktorek. Chociaż zasłaniał nam widok, czułem, że coś jest bardzo nie w porządku.
Najstarszy bez wahania zbliżył się do komory.
Ja nie miałem aż tyle odwagi.
Mężczyzna był martwy, unosił się w wodzie nakrapianej niebieskimi iskierkami. Ręce miał zgięte, palce zakrzywione w szpony. Chciał wydostać
się z pojemnika, kiedy lód zaczął
topnieć. Wiedziałem to; miał wybałuszone oczy, rozwarte usta przypominały czarną otchłań, a na twarzy zastygł wyraz gniewu i porażki.
Zauważyłem także czerwone ślady na zbyt bladym gardle, a na podłodze pod blatem kałużę błękitnego płynu.
Najstarszy i Doktorek wspólnymi siłami ściągnęli pokrywę. Ciało mężczyzny unosiło się w płynie kriogenicznym, a jego palce, nos i kolana
wystawały nad lepką powierzchnię.
- Kim on był? - spytałem.
- Numerem sto. - Ostatnim pojemnikiem w szeregu i ostatnią zamrożoną osobą. [ Pobierz całość w formacie PDF ]