[ Pobierz całość w formacie PDF ]

się na przedzie. Pierwszy z nich, prowadzący, wbijał haki, robił oporęczowanie linami,
zakładał stanowiska do podciągania reszty ekipy. Trzech pozostałych asekurowało go.
Zadaniem reszty strzelców było pomaganie innym we wspinaczce. Na szczególnie trudnych
odcinkach zastosowaliśmy metodę Bilgeriego. Wykorzystywaliśmy dwie liny zakończone
pętlami. Wspinający się wkładał w nie stopy, a liny przeprowadzał przez szelki asekuracyjne
na piersi. Potem podciągał prawą stopę, a żołnierze na górze wybierali luz. Następnie
korzystając z prawej stopy jako podpory wysuwało się do góry lewą nogę. W sumie
przypominało to wchodzenie po drabinie i wymagało jedynie dobrego zgrania zespołu
żołnierzy wybierających luz na linach.
Póznym wieczorem dotarliśmy do  Schroniska Jedenastu na wysokości 4200 metrów
nad poziomem morza. Był to metalowy, dwupiętrowy budynek o opływowych kształtach.
Podobnie jak w schronisku niżej zastaliśmy tu jedynie pustki.
- Rosjanie wybudowali go tuż przed wybuchem wojny, a materiał wnieśli na
grzbietach mułów - powiedział nam zdyszany profesor.
Wszyscy byliśmy zmęczeni wędrówką.
- Jutro musimy założyć bazę i jeden dzień poświęcić na aklimatyzację - powiedziałem
Stuckerowi.
Ten bez słowa zgodził się z moją sugestią. Nasz marsz znacznie opózniali SS-mani
dzwigający swe dwie ogromne skrzynie oraz dziennikarze. Operator kamery był bardzo
wścibski i filmował prawie każdy nasz ruch.
Następnego dnia, 19 sierpnia, wyszliśmy skoro świt. Poprzedniego dnia wszyscy
zdobyli pewne doświadczenie, więc wspinaczka szła nam łatwiej. Oceniałem, że wieczorem
dotarliśmy na wysokość ponad 5200 metrów nad poziomem morza. W szybko zapadających
ciemnościach rozbijaliśmy obóz. Mieliśmy ze sobą małe namioty i bardzo szybko wszyscy
zaszyliśmy się w nich.
Rano obudził mnie reporter kroniki filmowej.
- Zaginął kamerzysta! - krzyczał ciągnąc mnie za nogę.
Zesztywniały wyszedłem na dwór. Stali tam już SS-mani i Stucker.
- Co za pomysł, żeby zabierać takie ofiary losu w góry - narzekał Rasierer.
Bez słowa zacząłem obchodzić teren wokół naszych namiotów.
- Kto go widział ostatni? - zapytałem.
- Ja - odpowiedział reporter. - Wychodził w nocy za potrzebą.
- Pośliznął się i spadł - orzekł Rasierer. - Spędzimy kilka dni na poszukiwaniu ciała.
- Niemożliwe - zaprzeczył reporter. - Wziął ze sobą czekan i linę, żeby się
ubezpieczyć. Czekan wbił tuż przed wejściem do namiotu.
Poszedłem w tamtym kierunku. Rzeczywiście w lodzie był otwór po czekanie. Lecz
zauważyłem, że ktoś wyrwał go. Zwiadczyło o tym znaczne poszerzenie dziury, tak jakby ktoś
wpierw musiał poluzować ostrze głęboko wbite w lód. W tym miejscu stok miał niewielkie
nachylenie, ale po lodzie kamerzysta mógł zjechać bardzo daleko.
- Nie ma co go szukać, bo jeśli przeżył upadek, to pewnie zamarzł w nocy -
powiedziałem.
Wypadek kamerzysty wzbudził lęk wśród dziennikarzy, którzy od tej pory nie
wychodzili ze swego namiotu. Ten dzień mieliśmy spędzić na aklimatyzacji, lecz Stucker
zabrał SS-manów i profesora z obozu i wyszli na długi spacer. Nawet nie starałem się ich
zatrzymać. W tym czasie odwiedziłem dziennikarzy.
- Proponuję, żeby na górę wszedł jedynie fotoreporter - odezwałem się. - Jednego
człowieka łatwiej upilnować niż trzech. I tak będziemy musieli wrócić do tego obozu, a wy
możecie tu zostać.
Dziennikarze mieli nietęgie miny i nic nie odpowiedzieli.
- Co jest? - zapytałem. - Wypadki zdarzają się i powinniście liczyć się z tym
wybierając się na tę wyprawę.
- Nie o to chodzi - nie wytrzymał kronikarz. - Razem z operatorem zginęła jego
kamera i filmy. Nie sądzę, żeby, wychodził z nimi na dwór nocą.
Cicho gwizdnąłem.
- Mówił mi wczoraj, że nakręcił wnętrze skrzynek SS-manów i jakiś szkic profesora -
opowiadał dziennikarz.
- Mówił, co konkretnie widział? - spytałem.
- Nie - usłyszałem.
Stało się jasne, że kamerzysta widział coś, czego nie powinien był ujrzeć. Dlatego
zginął. Zabił go pewnie Stucker albo Rasierer. Z całą pewnością to Stucker podjął decyzję.
Wieczorem SS-mani i profesor wrócili zmęczeni, ale i zadowoleni. [ Pobierz całość w formacie PDF ]