[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Gulizar zachichotała, zadowolona.
Wnieśli tace.
Nadina przesunęła niewielki stolik na środek pokoju.
Chociaż była bardzo głodna, słowa Lyle'a zepsuły jej apetyt.
Pomyślała jednak, że nie powinna mu o tym mówić.
Zjedli ogromne porcje doskonałej ryby.
- Obawiam się, że będziesz się tu nudziła, ale lepiej nie
wychodz z pokoju w dzień, chyba że będzie to absolutnie
konieczne - rzekł w końcu Lyle.
- Spodziewałam się, że to powiesz - stwierdziła cicho
Nadina. - I zapewniam cię, że nie mam najmniejszego zamiaru
wychodzić stąd... i cały czas oglądać się przez ramię.
- W takim razie tu zostaniemy, zwłaszcza, że ty
rzeczywiście powinnaś odpocząć.
Nie chciał, by się nudziła i bała, więc postanowił zabawić
ją rozmową.
Opowiadał jej o Troi i innych miejscach, które zwiedził, a
Nadina z zachwytem chłonęła każde jego słowo.
Kiedy skończyli posiłek, Lyle złożył tace i zaniósł je na
dół. Gulizar była teraz w kuchni sama. Poprzednio pomagała
jej jakaś starsza kobieta. Zorientował się, że służąca wykonuje
wszystkie prace w gospodzie, od gotowania po sprzątanie.
- Kto jeszcze mieszka tutaj oprócz nas? - zapytał jakby od
niechcenia.
- Na pewno by pan nie zgadł! - prychnęła z wyższością
Gulizar. - Mamy tu dwóch niemieckich turystów, którym nic
nie smakuje, i pana, który pisze książki historyczne i chce
pojechać do Troi.
Lyle pomyślał, że ów  pan" jest zapewne archeologiem i z
jego strony raczej nic im nie grozi. Postanowił jednak nie
czekać bezczynnie, lecz zacząć działać. Podziękował Gulizar,
szepnął jej parę komplementów, po czym zostawił
chichoczącą z radości służącą i udał się na piętro.
Zdał Nadinie relację z tego, czego się dowiedział.
- Nadal uważam, że mimo wszystko lepiej zrobimy,
zostając tutaj. Kiedy się ściemni, przejdę się i zobaczę,
którędy najszybciej będziemy mogli dostać się na okręt, kiedy
tu po nas przypłynie.
- Jesteś pewien... że tu... przypłynie? - zapytała z
niepokojem w głosie.
- Wysłałem z Konstantynopola jednoznacznie brzmiącą
wiadomość, że będziemy czekać w Intepe - odparł.
Zapanowała cisza.
- A nie wydaje ci się... że ten mężczyzna, którego
zobaczyłeś po zejściu z promu... mógł cię rozpoznać? -
zapytała w końcu Nadina.
- Wykluczone - odparł Lyle. - Myślę, że najwyżej mógł
zostać powiadomiony przez tych z Ochrany, którzy mnie
szukają, że, być może, będę próbował dostać się na drugi
brzeg cieśniny Dardanele. - Po chwili dodał cicho: - Nie
wydaje mi się, żeby się domyślili, że zamierzam odpłynąć do
Anglii okrętem wojennym.
- Nie przyjdzie im również do głowy, że przebrałeś się za
misjonarza - stwierdziła Nadina.
Po południu długo ze sobą rozmawiali, po czym Lyle
zszedł do kuchni i przyniósł kolację, jednak nie smakowała im
tak jak obiad. Tym razem Gulizar musiała także zadbać o
innych gości, którzy wrócili z wycieczki.
Lyle przyjrzał się im, mijając drzwi. Nadal uważał, że
Nadina nie powinna wychodzić z pokoju. Nawet w ciemnej
peruce i okularach przyciągała uwagę swą urodą, tymczasem
ktoś mógł zadawać gościom różne pytania, pozornie nie
mające żadnego znaczenia.
Po kolacji, kiedy słońce zbliżało się już do linii horyzontu,
Lyle zdecydował się wyjść z gospody.
- Myślisz, że to... rozsądne? - zapytała Nadina. - A jeśli...
czekają na ciebie... i nie wrócisz?
- Obiecuję ci, że będę bardzo na siebie uważał - obiecał z
powagą. - Odpowiadam przecież za ciebie.
Nadina miała ochotę błagać go, żeby nie wychodził,
wiedziała jednak, że jeśli będą zmuszeni błyskawicznie
znalezć się na nabrzeżu, powinni dobrze znać drogę. Zmusiła
się więc do milczenia.
Lyle podszedł do okna i czekał, aż słońce zniknie za linią
horyzontu.
Zapadł zmierzch i na niebie pokazały się pierwsze
gwiazdy, było jednak wystarczająco jasno, by znalezć drogę,
prowadzącą z gospody do morza.
Ku zaskoczeniu Nadiny, Lyle zdjął sutannę. Miał pod nią
białą koszulę i długie czarne spodnie. Uniósł wieko walizki,
której dotąd jeszcze nie otwierał, i wyjął z niej czarną
marynarkę; wokół szyi owinął czarną chustkę.
Widząc, że Nadina obserwuje go z zainteresowaniem,
wyjaśnił:
- Będę szedł po ciemku... w czarnym ubraniu. Możesz
być pewna, że nikt mnie nie zauważy.
- Proszę... proszę... uważaj na siebie - błagała. - Wiesz,
że... nie mogę cię stracić.
Jej głos drżał. Lyle miał ochotę ją pocałować, lecz
odwrócił się szybko i machnąwszy jej ręką na pożegnanie,
wyszedł z pokoju. Zaraz potem Nadina zaczęła się modlić.
- Panie Boże... proszę... miej go w opiece. Niech
Rosjanie... go nie znajdą. - Modliła się również, by jej ojciec
bezpiecznie zaprowadził ich na okręt. - Tato... ty wiesz lepiej
niż ktokolwiek inny - szeptała - jakie trudności piętrzą się
przed nami. Do tej pory jakoś... udało nam się przeżyć... i
musimy... się dostać do Anglii.
Modliła się tak żarliwie, że kiedy otworzyły się drzwi,
omal nie krzyknęła ze strachu. Ujrzawszy Lyle'a, pisnęła
radośnie.
- Jesteś! Jesteś... cały i zdrowy! Czy... nic się nie stało?
- Nic - odpowiedział. - Poza tym, że znam już drogę do
brzegu. To całkiem niedaleko. Jestem pewien, że okręt bez
problemu będzie mógł zakotwiczyć na tej spokojnej, głębokiej
wodzie. - Zdjął chustę. - Widziały mnie tylko mewy, a one, na
szczęście, nie umieją mówić!
Roześmiała się; taką właśnie reakcję chciał wywołać.
- Pomyślałem, że skorzystasz z mojej nieobecności,
rozbierzesz się i położysz do łóżka.
Nadina oblała się rumieńcem.
- Przepraszam... rzeczywiście powinnam to zrobić.., ale o
tym... nie pomyślałam. - Myśląc, że Lyle ją krytykuje, dodała
tonem usprawiedliwienia: - Modliłam się.
- Tak właśnie sądziłem. A teraz rozbierz się. Musimy
wykorzystać okazję i pospać. Daję ci dziesięć minut. Schodzę
na dół i dokładnie tyle będę rozmawiał z Gulizar!
Nadina roześmiała się i wstała. Zaledwie została sama,
natychmiast się rozebrała. Zastanawiała się, gdzie Lyle będzie
spać tej nocy. Spanie w jednym łóżku byłoby niewłaściwe; jej
matka na pewno by tego nie pochwaliła.
Włożyła białą koszulę nocną, którą miała na sobie zeszłej
nocy. Zdążyła położyć się do łóżka tuż przed przyjściem
Lyle'a, który niósł coś na ramieniu.
Widząc, że Nadina patrzy nań z zaciekawieniem, wyjaśnił:
- W jednym z pokoi drzwi były otwarte, a ten koc leżał na
łóżku. Osoba wynajmująca ten pokój z pewnością z niego nie
korzystała.
- Po co go wziąłeś? - zapytała.
- Dla siebie - wyjaśnił. - I mam nadzieję, że użyczysz mi
jednej ze swoich poduszek.
- Masz zamiar... spać... na podłodze? - zapytała.
- Owszem - rzekł Lyle.
- Już męczyłeś się tak zeszłej nocy, więc teraz ty śpij na
łóżku, a ja położę się na podłodze.
Lyle wybuchnął śmiechem.
- Naprawdę myślisz, że mógłbym się na to zgodzić? [ Pobierz całość w formacie PDF ]