[ Pobierz całość w formacie PDF ]

połowy przezroczystego płynu. Najprawdopodobniej hotelarka była pijana.
- A... to szpicel... Co nowego? - mówiła niewyraznie. Pasemko śliny pociekło jej po brodzie.
Zamknąłem za sobą drzwi. Zauważywszy tkwiący w zamku klucz, przekręciłem go. Wtedy
dopiero zbliżyłem się do stołu i usiadłem na krześle stojącym naprzeciw kobiety.
- Aapacz! Dlaczego nic nie gadasz? Mów coś!
- Uspokój się. Mam pewną propozycję...
- A ja myślałam, że przyszedłeś na dziewczynki - zaniosła się pijackim śmiechem. - No i co?
Przyszedłeś na dziewczynki?
Spojrzenie kobiety ślizgało się po całym pokoju. Rozejrzałem się także. Była tu istna
rupieciarnia. Stare biurko z przypiętym pluskiewkami do blatu zielonym papierem, dwa krzesła
pamiętające zapewne czasy dziadka hotelarki, kuchenny zegar ścienny sprzed kilkudziesięciu lat,
porysowana szafka z jasnego drzewa i oleodruk na ścianie, przedstawiający obłapianie
nimf przez brodatych satyrów.
Kobieta widząc moje zainteresowanie dla urządzenia pokoju, powiedziała:
- Co? Podoba ci się tu? Czy... - dalszy potok wymowy przerwała jej czkawka.
- Jeżeli nie postarasz się być trzezwą, jutro znajdziesz się w mamrze.
- Spokojna twoja głowa. Są silniejsi od ciebie. Obronią mnie. Wiesz co - zniżyła tajemniczo
głos - wiesz, co oni mogą? Oni całą policję mają w dupie! Słyszysz? W duuupieee.
- Słyszę. Czy Enrico był częstym gościem w tej ruderze?
Popatrzyła na mnie, mrugając powiekami. Potężne czknięcie wstrząsnęło jej ciałem. Zaśmiała
się chrypliwie.
- Jasne, że bywał. Gości sobie sprowadzał. No i co mi za to zrobisz? Nic mi nie zrobisz!
Spojrzałem w bok. Cholera! Jedna butelka była już opróżniona i stała teraz w kącie, wdzięcząc
się swą etykietą. Flaszka o objętości litra. Licząc, że ten drugi wypił połowę, na kobietę
przypadło pół litra z opróżnionej butelki i ćwierć z napoczętej.
Płyn zawierał 40 procent alkoholu.
- Czego chciał ten facet, który z tobą pił?
- Nic cię to nie obchodzi. Czego chciał, to chciał. Moja sprawa. Oni się nikogo nie boją. Ro-
zumiesz... Oni się ni-ko-go nie bo-ją! Im na niczym nie zależy. Jeden glina mniej,
jeden więcej, dla nich wszystko jedno.
- Jutro przyjdą panią aresztować - powiedziałem sucho. - Jeżeli pani nie odpowie na moje py-
tania, może to się zle skończyć.
Otrzezwiała nieco.
- Jak sobie człowiek łyknie, to tak zawsze - bąknęła.
- Czy Carlo Barenzo... to ten zamordowany, przyszedł tu wtedy po raz pierwszy?
- Nie. Był już kilka razy. Napije się pan?
- Nie. Czy Carlo Barenzo przychodził tu z innymi ludzmi albo czy do niego ktoś
przychodził?
- Nic o tym nie wiem. Co ja mam lornetkę wystawiać przez okno, czy co?
- Dlaczego pani powiedziała, że Carlo Barenzo był tu po raz pierwszy?
- A co? Miałam mówić, że się tu urodził czy jak? Zaraz by się zleciały gliny i nowy kłopot.
Potrafią tylko forsę ciągnąć, ale teraz się skończyło ich używanie. Szlag ich trafi, a nie dostaną
ani lira.
- Ja też jestem glina - zauważyłem spokojnie.
- Z kogo pan chce frajera zrobić! Myślisz, że nie wiem, kim jesteś? Ty jesteś - w tym
miejscu, wyciągnęła w moim kierunku palec, jak by chciała mnie nim przygwozdzić - ty jesteś
łapacz prywatny.
- A skąd pani o tym wie?
- Byli tacy, co mi powiedzieli.
- Proszę mi odpowiedzieć, skąd pani zna człowieka, z którym piła pani dzisiaj wódkę?
Zastrzegam, że jest on oskarżony o kilka zbrodni. Za pomaganie takim facetom siedzi się.
- Ciągle chcesz ze mnie zrobić frajerkę? Niedługo mogłabym być twoją matką, a ty ze mnie
chcesz zrobić frajerkę. Zwięta Panienko, jakie to czasy przyszły... - zaszlochała nagle.
- Proszę się nie ośmieszać. Za chwilę pójdzie pani do łóżka. Jeszcze tylko kilka pytań. Proszę
mi odpowiedzieć, skąd pani zna tego faceta?
- Z łóżka. No i co, zadowolony jesteś?
Azy rozmazały się jej na policzkach. Wyglądała staro i brzydko.
- Bez głupich zgryw! - powiedziałem ostro. - Jeżeli chcesz siedzieć w mamrze, to nie
odpowiadaj.
- Ja w mamrze? Są jeszcze tacy, co mnie obronią.
- Jutro będzie ich szukać policja po całym Rzymie. Mają ich fotografie. Mogą ci tylko
zaszkodzić takie znajomości.
- Będzie ich szukać policja - rzekła, niezręcznie mnie parodiując. - Niech ich szuka! Oni się
nie boją!
- Jesteś doświadczona - perswadowałem jej jak dziecku
- po co się pchasz w tę całą kabałę. Powiedz, czego chciał od ciebie ten facet, a spróbuję cię
obronić przed policją.
- Hi, hi, bierze mnie pod włos...
- W porządku. Zatelefonuję po policję. Będziesz inaczej śpiewać.
- Po co ten krzyk? Napijmy się lepiej.
- Nie piję.
- No, to ja się napiję. Może mi nie wolno? Co?
Nalała wódki do kieliszka i wychyliła go jednym łykiem. Spojrzałem na moje dłonie w ręka-
wiczkach. Wtedy usłyszałem krzyk. Kobieta osunęła się na podłogę. Twarz miała spokojną i
wygładzoną. Ująłem ją za przegub. Nie wyczułem pulsu. Wyszarpnąłem z kieszeni lusterko i
przytknąłem je do warg leżącej. Nie pokryło się najlżejszym choćby oparem.
Podniosłem się z klęczek i wyjąłem z kieszeni metalowy flakonik. Nalałem do niego odrobinę
wódki z flaszki stojącej na stole. Przykręciłem metalową zakrętkę i schowałem flakonik wraz z
lusterkiem do kieszeni. Spojrzałem na kobietę. Lekarz już się jej na pewno nie przyda.
Podszedłem do biurka. Szuflady były zamknięte. Wyjąłem z wewnętrznej kieszeni marynarki [ Pobierz całość w formacie PDF ]