[ Pobierz całość w formacie PDF ]

bólu tamtej i jej nienawiści. Bo doprawdy Divinia Lambeth miała
powód, aby go nienawidzić.
Na twarzy Reece'a malowała się udręka i Diana widziała ją.
Znała również jej powód. Reece cierpiał, gdyż w jednej sekundzie
musiał uświadomić sobie, że nie jest kochany, przeciwnie, że jako ten
kochający jest ofiarą nienawiści i zemsty. Pozostał sam ze swoją
miłością i nie mógł sobie z tym poradzić.
148
anula
ous
l
a
and
c
s
Właśnie takim chciała go widzieć jeszcze miesiąc temu. Ale nie
teraz. Bo teraz kochała go i serce jej krwawiło. Reece bowiem nigdy
nie uwierzy, że wbrew sobie, wbrew wszystkim swoim planom,
krocząc drogą nienawiści, wpadła w sidła miłości. Potraktuje to jako
zwykłą bajeczkę, kto wie, czy nie obliczoną na zadanie mu
dodatkowego bólu. Nie, raz straciwszy jego zaufanie, nigdy go już nie
odzyska.
Spojrzała na Janette, z którą ożenił się jej ojciec i której w
myślach musiał przecież zlecić przed śmiercią opiekę nad swoim
jedynym dzieckiem. Triumfowała. Był to jednak zły triumf. Krył się
za nim bowiem brak lojalności zarówno wobec zmarłego męża, jak i
jego córki.
Nagle Diana zaczęła się dusić. Poczuła, że jeśli natychmiast stąd
nie ucieknie, oszaleje lub rzuci się z okna. Przemożna siła pchnęła ją
ku drzwiom. Wybiegła na schody, a potem na ulicę. Dostrzegła morze
twarzy. Tłum napierał na nią falami. Walczyła z nim, torując sobie
drogę. Stopniowo siły zaczęły ją opuszczać. Zlękła się, że zemdleje,
upadnie na chodnik i zostanie stratowana.
Zmieniła kierunek. Wbiegła na jezdnię. Nie dostrzegła w porę
samochodu. Coś ją uderzyło. Poczuła wielką ulgę, prawie słodką
błogość. Ciemność, jaka się nad nią zamknęła, miała granatowy
odcień bezkresnego nieba.
149
anula
ous
l
a
and
c
s
ROZDZIAA DZIESITY
Sekundy zdawały się być minutami, minuty godzinami. Czas
przybrał postać oleistego wiru na powierzchni leniwie płynącej rzeki.
Reece siedział na taborecie przy szpitalnym łóżku i wpatrywał
się w Dianę. Jej pierś unosiła się wolno pod śnieżnobiałą płachtą
prześcieradła. Tego samego koloru były policzki dziewczyny oraz
bandaż, który spowijał jej głowę, skrywając głębokie rozcięcie. Nie
miała innych obrażeń. Na szczęście taksówka, która ją potrąciła,
ruszyła dopiero spod krawężnika i siła uderzenia nie była zbyt duża.
Liczne i dużo głębsze rany Diana nosiła na duszy. Nie
zabliznione od dzieciństwa.
Reece wiedział teraz już coś, o czym nie mieli pojęcia
opiekujący się Dianą lekarze. Ale też ich wiedza nic by tu nie
pomogła.
Jakże musiała go nienawidzić przez te wszystkie lata. A przecież
nie byłoby tego wszystkiego, gdyby Lambeth zechciał go wysłuchać.
Ale tamtego dnia wpadł w jakiś bezrozumny amok. Z takim
człowiekiem jedynie ktoś o cierpliwości świętego mógł dojść do ładu,
zaś on, Reece, na pewno nie był świętym. Wyjechał z zamiarem
powrócenia w najbliższych dniach do zasadniczego tematu rozmowy.
Po kilku godzinach wiedział już jednak, że ani nazajutrz, ani za
tydzień on i Howard nie zamienią ze sobą więcej ani jednego słowa.
Pamiętał, że Lambeth miał córkę, lecz oczywiście musiałby być
jasnowidzem, żeby zobaczyć ją w Dianie Lamb. Jasnowidzem lub
150
anula
ous
l
a
and
c
s
człowiekiem trochę bardziej skrupulatnym. Bo jednak w informacjach
o niej zebranych przez Paula była wyrazna luka odpowiadająca
okresowi dzieciństwa, on zaś nie spróbował jej wypełnić. A przecież
w końcu okazało się, że dzieciństwo Diany kładło się długim i
ponurym cieniem na jej dorosłość.
W rezultacie były dwie Diany. I teraz zasadnicze pytanie
brzmiało, która z nich się obudzi? Czy ta, która przyrzekła mu swoją
rękę, czy też ta druga, która żądała zapłaty za śmierć swojego ojca?
Jeśli się obudzi. Lekarze zachowywali tu pewną ostrożność.
Wypadek zdarzył się bez mała dwanaście godzin temu i do tej pory
Diana nie odzyskała przytomności. Istniała obawa, iż stan omdlenia
może przemienić się w śpiączkę.
- Bez zmian? - zapytał Chris, stając obok łóżka.
-Bez zmian - potwierdził ojciec zgnębionym głosem.
Słowa te zabrzmiały w uszach Reece'a niemal ironicznie. Bo ileż
zmian wniosła Diana w jego życie, jak gruntownie je przeobraziła i
nadal mogła przeobrażać. Oby tylko odzyskała przytomność. Musi
wrócić do zdrowia!
Mleczne światło, spokój, cisza i bezruch. I nagle jakieś szepty.
Cichną i nasilają się. Mglista poświata gaśnie, szarzeje, aby znów
stopniowo nabierać jasności. Pulsowanie. Jak gdyby rozpoznała głos.
Miękki, czuły, łagodny. Pamięta! to głos Reece'a!
Usłyszała swoje imię. Mówił do niej. Chciała otworzyć oczy. Na
powiekach leżały ołowiane krążki.
- Obudz się, Diano. Obudz się. Błagam.
151
anula
ous
l
a
and
c
s
Kochała go. Wszystko, co dawne, odpłynęło. Musiała mu dać
znak, że słyszy i pragnie się przedrzeć ku niemu.
- Mam ci tak wiele do powiedzenia. I nie odejdę stąd, dokąd się
nie obudzisz. Chcę być pierwszą osobą, którą zobaczysz, kiedy
otworzysz oczy.
Ona też tego chciała. Ujął jej dłoń i zaczął ją gładzić. Zrobiło się
tak przyjemnie. Zapadła w głęboki sen. [ Pobierz całość w formacie PDF ]