[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wzajemnie, panował chaos i zamęt. Co chwila rozlegały się nawoływania i przekleństwa
w różnych narzeczach, słychać było rżenie koni, turkot tysięcy kół i chrapliwe
warczenia motorów. Tu piechur, znużony marszem, rzucał karabin do przydrożnego
rowu,  tam kanonierzy, chcący prędzej jechać, opróżniali jaszcze z pocisków.
W takiej to chwili eskadra nasza otrzymała rozkaz do natychmiastowego
odwrotu.
Na lotnisku zapanował gorączkowy ruch. Na samochody ładowano pośpiesznie
warsztaty, magazyny i bagaże oficerskie. Rozległ się na lotnisku potężny huk motorów
aeroplanowych. Rozpoczął się pierwszy etap naszego odwrotu. Lecieliśmy bardzo nisko
 pod nami płynęły gościńcami fale cofającej się armji. Tysiące maszerujących
żołnierzy, zaalarmowanych szumem pędzących samolotów, wznosiło wzrok ku górze.
Miałem wrażenie, że zazdroszczą nam szybkości, z jaką nikniemy, nieuchwytni niby dla
wrogiego pościgu. Ich tempo wydawało się nam żółwim krokiem. My zaś lekko
pruliśmy powietrzną toń, a z pod stóp naszych uciekały coraz to nowe kolumny, płaty
łąk i wierzchołki przydrożnych drzew.
Po niespełna półgodzinnym locie dowódca dał znak, umilkły motory, słychać
było tylko szum obracających się śmig. Spadaliśmy,  kółka dotknęły ziemi,  kilka
jeszcze sprężystych skoków i samoloty stanęły, niczem stado znużonych podróżą
ptaków. Wylądowaliśmy na polach olbrzymiego portu lotniczego w Campo Formido
pod Udine. Naokoło lotniska stały całe szeregi większych hangarów i warsztatów.
Nad ranem nadciągały po raz ostatni nasze tabory  my zaś za kilka godzin
mieliśmy znów wznieść się w górę i pofrunąć daleko w głąb monarchji. W południe
dowódca eskadry wezwał wszystkich oficerów do siebie. Krótko nadmienił o ciężkiem
położeniu armji i całego państwa, poczem wyznaczył marszrutę przez Villach, Graz do
Wiener Neustadt. Każdemu wręczono okrągłą sumę 300 koron, rozdano ostatni ,,
fasunek" papierosów i za godzinę miał nastąpić odlot. Trzeba się więc było rozstać,
może nazawsze, z gronem zżytych kolegów  i iść na nowe jutro. %7łal mi było tych
druhów bojowych, tego życia pełnego przygód i wrażeń. Poszedłem pożegnać mego
ordynansa i ulubionego psa. Ordynans.  było to stare chłopisko z zapadłej góralskiej
wioski,  ale uczciwe i przywiązane. Służył mi wiernie od początku 15-go roku i dzielił
ze mną złą i dobrą dolę. Azy stanęły mi w oczach, gdym się z nim żegnał. Mój mały
wilczek ,,Lot" rzucił się do mnie zaczął skamleć i lizać mię po rękach.
Spojrzałem również jeszcze na stanowiące całą mą fortunę, walizki z rzeczami,
których nigdy już nie miałem zobaczyć, i począłem się szykować do drogi. Wydano
każdemu z nas nowy kostjum lotniczy, podszyty futrem, kominiarkę, buty, okulary i
rękawiczki. Ogłoszono zbiórkę do startu. Eskadra otrzymała nadesłane prosto z fabryk
samoloty jednomiejscowe typu ,,Berg", a tymczasem nasze dotychczasowe maszyny
miały odejść koleją. Z uczuciem pewnego rozrzewnienia spoglądaliśmy na obdrapane,
przesiąknięte benzyną i oliwą kadłuby naszych starych gruchotów. Tak, jak ułan do
wierzchowca, jak żeglarz do łodzi,  tak i lotnik przywiązuje się do swego aparatu.
Tyle chwil groznych a pięknych, tyle wrażeń przeżytych w takiem pudle, nadaje mu
niezwykłą wartość. Zdawało mi się, że żegnam dawnego, dobrego przyjaciela, A nowe,
błyszczące świeżą farbą samoloty stały wyciągnięte jak pod sznur, długą, prostą linją.
Podeszliśmy bliżej. Dla pilota nowa maszyna, to to samo, co dla myśliwego strzelba,
pierwszy raz wzięta do ręki. Rozległ się huk zapuszczanych na próbę motorów,
nawoływania mechaników, odgłosy wydawanych rozkazów. Rozhuśtane śmigi zaczęły
z szumem przecinać powietrze, mdła woń benzyny łechtała nozdrza, samoloty drgały
nadmiarem naładowanej energji, My, w szerokich szatach, podobni do niedzwiadków [ Pobierz całość w formacie PDF ]