[ Pobierz całość w formacie PDF ]

po czole spływały mu krople potu.
 Latam i załatwiam twoją prośbę  powiedział.
 To nie jest moja prośba, a tych, których chcemy utrzymać przy życiu  odpowiedział
Iwanowicz trochę zbyt patetycznie.
 Załatwiłem już prawie wszystko. Czekam tylko na maila, który ma nadejść lada moment.
 No i?
 Ogólnie wygląda to tak: w naszym regionie jest niewiele szpitali psychiatrycznych. W
grę wchodzi Wrocław, Złotoryja i Sieniawka. Kiedyś był jeszcze szpital w Bolesławcu, ale
zamknęli go parę lat temu. Nie wiem, z jakich przyczyn, więc nie uda nam się zdobyć tych danych,
chociaż można by&
 Do rzeczy  uciął komisarz.
 Czekam już tylko na listę pacjentów z Sieniawki. Dobrze, że żyjemy w erze
komputerów, bo właściwie wszystkie dane są przechowywane wyłącznie na dyskach. I dzięki temu
za pomocą kilku kliknięć mamy gotowe zestawienia. Teraz wystarczy&
 Podrzuć mi to, gdy będziesz miał już całość.
Po jakimś czasie na biurku Iwanowicza leżały listy zarejestrowanych pacjentów, których
leczono na zaburzenia osobowości. Niestety, wśród nich nie było tego, czego się spodziewał 
żadnego mieszkańca Pilchowic.
Spojrzał na mapę okolicy, która wisiała na ścianie obok biurka, i zaczął dokładnie
analizować listę. Sprawdzał, które nazwiska pochodziły z miejscowości znajdujących się w pobliżu
zapory. Trochę to trwało, nim na coś natrafił. Zakreślił kilka nazwisk i odłożył listę.
 Dobra, jest ich dziewięciu. Każdy z mężczyzn mieszka w odległości kilku kilometrów.
Trochę dużo, ale trzeba każdego przesłuchać, a może nawet przeszukać ich mieszkania. Jednak
musimy spróbować.
Gawłowski milczał, chodząc po biurze z kąta w kąt. Jego mina zdradzała, że był myślami
zupełnie gdzie indziej. Iwanowicz odsłonił żaluzję, by wpuścić więcej światła. Przez chwilę
wpatrywał się w okno. Zły był na siebie za to, że nie potrafił nic zrobić w tej sprawie. Wszystkie
poszlaki dotąd wiodły donikąd. Przypominało to błądzenie, jakby żywcem wyjęte z jakiegoś
horroru. Tyle że każdy horror kończył się dobrze, a ich śledztwo raczej nie będzie miało
pozytywnego finału.
 Nic się nie trzyma kupy, ale trzeba iść dalej  dodał, a potem wziął do ręki listę i
położył ją na biurku kolegi.  Sprawdz wszystkie nazwiska w bazie. Może coś będą na nich mieli.
Zadzwoń też do komisariatu gminnego we Wleniu i zapytaj, czy nie mają informacji na temat tych
ludzi. Zgłoszenia, awantury, bijatyki, kradzieże, złe parkowanie. Cokolwiek. I popytaj ich, co
ogólnie o tym sądzą, może kogoś podejrzewają?  Gawłowski kiwnął głową i zabrał się do roboty.
23
Podróż do Pilchowic trwała krócej, niż przypuszczał. Dojechał w dziewięć minut. To był
jego rekord, którym nie chciał się nikomu chwalić. Dopiero po chwili, gdy skręcił już na drogę przy
jeziorze, zdał sobie sprawę, ile razy złamał przepisy w czasie tak niedługiej jazdy. Sześć, siedem?
Poza stałą, nadmierną prędkością, ścinaniem zakrętów oraz kilkoma wymuszeniami pierwszeństwa
o mały włos nie wjechał w tył samochodu, który nagle zatrzymał się przed wybiegającym na drogę
kotem. Zdecydowanie za duży poziom stresu&
Ale musiał jeszcze raz spojrzeć na zaporę po tym, jak poznał jej historię. Sam nie wiedział
dlaczego. Po prostu musiał. Stanął naprzeciwko elektrowni i dopiero teraz uzmysłowił sobie, jak
ogromny był to budynek.
Spojrzał do góry. Zanosiło się już od wielu godzin na ulewę, jednak nie spadła jeszcze od
rana ani kropla. W powietrzu czuć było ciężką wilgoć, która znów wywoływała u niego duszności.
Przydałby się choć jeden dzień bez opadów. Jeden jedyny dzień bez ani jednej kropli deszczu. Czuł,
że z dnia na dzień robi się coraz bardziej rozdrażniony i zły. Wszystko go denerwowało, nawet
zwykłe codzienne sprawy. Ale najgorszy był ten przeklęty stan zawieszenia, w którym się
znajdował.
Podszedł do barierek od strony jeziora. Woda sięgała już około dwudziestu metrów od
korony tamy. I wciąż się podnosiła.
Spojrzał w dal, wzrok zawiesił gdzieś na poziomie brzegu, poniżej hotelu, którego jasne
ściany widać było pomiędzy drzewami. Próbował sobie wyobrazić, jak wyglądało to miejsce ponad
sto lat temu, kiedy jeszcze nie było tutaj tych wszystkich zabudowań, tylu drzew& Nie było to
łatwe.
Po obu stronach skalne wzniesienia, tylko gdzieniegdzie przykryte ziemią, z której pózniej,
dużo pózniej wyrosły drzewa, dziś już wielkie i stare. Ale kiedyś? Gdy było tutaj zupełnie pusto,
tylko w dolinie płynęła rzeka, która co parę lat podnosiła swój poziom i zalewała wszystkie
gospodarstwa, pozbawiając ludzi domów, często życia. Wpływała do czyjegoś mieszkania, w nocy,
zupełnie niespodziewanie, i zabijała całe rodziny, przenosząc ciała gdzieś daleko, nawet dziesiątki
kilometrów w dal, by potem wyrzucić je gdzieś na odludziu, na polach, w lasach. Niepochowane i
zbezczeszczone. Czy tak właśnie wyglądała ta walka z żywiołem ponad sto lat temu? Trud i
niewyobrażalna rozpacz. Bezradność, absolutna i druzgocąca bezsilność wobec niszczycielskiej siły
wody.
Zastanowiło go, dlaczego w archiwum nie natrafił na żadne szczegółowe zapiski czy inne
dane na temat tej miejscowości, zwłaszcza dotyczące budowy samej zapory. Przecież ta krótka
notatka turystyczna nie mogła stanowić wyczerpującego opisu tematu. Owszem, były tam zdjęcia,
wykresy, tabele. Ale to wciąż mało. Dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że odpowiedz była
banalnie prosta. Teren ten należał kiedyś do Niemiec, aż do końca drugiej wojny światowej.
Zapewne to oni zabrali ze sobą dużą część ważnych dokumentów dotyczących tego miejsca, a być
może również innych budowli. Albo poginęły one w wojennej zawierusze. Najgorsze jest to, że
braki te nigdy nie zostaną odtworzone. Już na zawsze pozostaną luki zarówno w spisach
mieszkańców, różnych dokumentach dotyczących miejscowości, rozliczeń, jak i tych stricte
technicznych, jak plany architektoniczne ważnych konstrukcji, tym bardziej strategicznych. A taką
była, zwłaszcza w czasie wojny, zapora na jeziorze pilchowickim.
Po drugiej stronie zapory stał wóz patrolowy. Gdzieś w oddali spacerował znudzony
policjant. Iwanowicz ucieszył się, że skutecznie usprawnili kontrolę w tym miejscu, zaostrzyli [ Pobierz całość w formacie PDF ]