[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Traci i odzyskuje przytomność. A Danny, jeden
ze starszych chłopców, miał atak. No i Lily. Alex zro-
bił jej wczoraj po południu nakłucie lędzwiowe.
Robbie rzucał się na łóżku, mamrotał jak w gorącz-
ce, a potem milkł, by po chwili znów majaczyć.
- Wyniki badań jeszcze nie wróciły? - spytał An-
gus, a Beth pokręciła głową.
- Pomyłkowo wysłano krew do Brisbane, a potem
zawieruszyła się w laboratorium. Dlaczego zawsze
giną najważniejsze próbki? Charles spędził wiele go-
dzin przy telefonie, żeby je znalezć. Na domiar złego
potwornie martwi się o Lily.
S
R
- Zależnie od tego, co znajdę w przenośnym labo-
ratorium, mogę jutro zrobić kolejne testy.
Powiedział to z zadowoleniem i nadzieją. Beth mi-
mo to czuła się winna. Towarzyszyły jej też inne emo-
cje, gdy Angus siedział tak blisko, ale poczucie wi-
ny było najsilniejsze.
- Przykro mi, że cię w to wciągnęłam. Charles jest
ogromnie wdzięczny, że ma kogoś, kto go wspiera, ale
sytuacja jest już w miarę opanowana i możesz wrócić
na konferencję.
Angus patrzył na Robbiego, głaskał rękę chłopca.
Beth czekała, aż się do niej odwróci.
- Jutro, jak przywiozą laboratorium, będę tu po-
trzebny, więc równie dobrze mogę zostać. Problem
w tym, że według Charlesa po tej stronie wyspy nie
znajdę noclegu. Czy mam rację, myśląc, że twoja sofa
jest rozkładana?
Beth słyszała go wyraznie, żadne z wypowiedzia-
nych przez niego słów nie było trudne, ale razem nie
miały wiele sensu. Albo miały, ale ten sens napawał ją
strachem.
- Chcesz zostać? Przecież to tylko piętnaście mi-
nut jazdy wózkiem, a w hotelu masz wygodne łóżko.
Dlaczego miałbyś spać na starej sofie?
- Wolałbym być blisko centrum wydarzeń.
Beth już poczuła to przyciąganie, które pojawiło się
w momencie, gdy zobaczyli się po raz pierwszy. Czuła
je gdzieś w głębi, w postaci gorączki i bólu piersi tęsk-
niących za pieszczotą.
- Tylko centrum wydarzeń?
Angus spojrzał jej w oczy. Jego policzki były lek-
S
R
ko zaczerwienione. Czyżby to słońce musnęło go
na plaży?
- Nie - odparł.
Ale ona już zapomniała, jak brzmiało pytanie. Stra-
ciła zdolność logicznego myślenia.
- Ma... mo.
Płacz dziecka przerwał czar. Beth pochyliła się nad
Robbiem, szepcząc coś, dopóki się nie wyciszył.
- To pierwsze słowo, które powiedział tak wyraz-
nie - rzekła do Angusa zbolałym głosem. - A jego
mama nie może z nim być.
- On nie zdaje sobie z tego sprawy. - Objął ramio-
na Beth, podczas gdy ona wilgotną chusteczką wy-
cierała pot z czoła Robbiego. - Odpocznij, ja z nim
posiedzę.
- Oboje możecie już iść.
Odwrócili się. W drzwiach stała Marcia.
- Angus, to Marcia ze szpitala w Crocodile Creek.
Marcia, to Angus. Marcia, zdawało mi się, że prowa-
dzisz dzisiaj wieczorem konkurs dla dzieci?
- Odwołano go, dzieciaki oglądają Bonda. Mają
wymówkę, żeby pochrupać popcorn, więc przyszłam
powiedzieć ci, że posiedzę tutaj. Zmykaj stąd. Możesz
wrócić pózniej, ale pamiętaj, że Robbie będzie w dob-
rych rękach. Wyśpisz się porządnie.
Zerknęła na Beth, a potem na Angusa, zatrzymując
wzrok na jego ręce obejmującej Beth.
- Albo nie - dodała, zanim skryła uśmiech.
Czy Beth każe mu wracać do hotelu? Angus nie
potrafił przewidzieć jej reakcji, ale przecież, wycho-
S
R
wując się w rodzinach zastępczych, zbyt dobrze nau-
czyła się skrywać swoje uczucia. Pragnęła zrobić, co
w jej mocy, by uszczęśliwić wszystkich wokół.
- Jadalnia będzie już zamknięta, ale w kuchni znaj-
dę rybę albo steki. Zrobię jakąś sałatkę. To ci wystar-
czy na kolację?
Zrozumiał, że zaakceptowała jego decyzję. Mało
nie zatańczył z radości, chociaż Beth, mimo usilnych
starań, nie zdołała go nauczyć stepowania.
- Masz barbecue? Możemy sobie wybrać coś z ku-
chni? Lepiej wychodzą mi steki niż ryby.
Odwróciła się do niego z uśmiechem.
- Pewnie jedno i drugie świetnie ci wychodzi. Wąt-
pię, czy jest coś, poza stepowaniem, w czym nie od-
niosłeś sukcesu, jak już się za to wziąłeś.
Angus pokręcił głową, zdumiony, że Beth czyta mu
w myślach, chociaż to wcale nie należało do rzadkości.
Czy to ich wspólna trudność w wyrażaniu emocji słowa-
mi doprowadziła do tego, że porozumiewali się myśla-
mi? Kiedyś odrzucił ten pomysł jako niedorzeczny.
- Wezmy stek. Wczoraj wieczorem jadłem rybę.
Dotarli do budynku mieszczącego się za sypialnia-
mi. W oknach było ciemno, ale nad drzwiami na tyłach
paliła się lampa. Beth wyjęła pęk kluczy, wybrała ten
jaskrawo różowy i otworzyła drzwi.
- Zastępuje nam to osiedlowy sklepik - wyjaśniła.
- Cały personel ma tu dostęp. Zapisujemy wszystkie
artykuły, które zabieramy, a raz w miesiącu dostajemy
rachunek. To o wiele prostsze, niż zamawianie zaku-
pów z lądu.
Krzątała się po kuchni. Wzięła plastikowy koszyk
S
R
i włożyła do niego mięso z chłodziarki, grzyby, awo-
kado, jakieś zielone liście w foliowym woreczku, po-
midorki koktajlowe i, z uśmiechem skierowanym do
Angusa, dwie cebule.
- Nie da się zrobić steku bez cebuli - zacytowała
go znowu.
Uśmiech w jej głosie sprawił, że Angus poczuł się
równocześnie zadowolony i zakłopotany.
To niemożliwe, by tak szybko odnalezli wspólny
język. Oboje byli wtedy tak pogrążeni w goryczy i ża-
lu, że nie potrafili ich zwerbalizować.
W spokoju i zadowoleniu, które nim teraz owład-
nęło, kryło się niebezpieczeństwo - tak duże jak w ru-
chomych piaskach grożących zasypaniem. Jednak
przyjemność przebywania w towarzystwie Beth pocią-
gała go tak mocno, że nie mógł się jej oprzeć.
Kiedy znalezli się w jej domu, Beth wyciągnęła
mały żeliwny piecyk z kratką do grillowania i płytką
do podgrzewania na górze.
- Barbecue samotnej kobiety - oznajmiła, kładąc
go na bocznym stoliku. - Ale wystarczy na dwa steki.
Pokroisz cebulę, jak będzie się rozgrzewać?
Pytanie to przypomniało mu po raz kolejny, że od
ich rozstania minęły trzy lata. Dawniej Beth pokroiła-
by cebulę sama, protestując, gdyby chciał ją wyręczyć,
bo lubiła się nim opiekować. Idąc za nią do kuchni, nie
był pewien, co sądzi o tej zmianie. Czy ta Beth jest
kimś obcym, niezależnie od tego, jak bardzo bliska mu
się wydaje?
Beth z kolei szybko zrozumiała, że popełniła błąd.
Wszedł za nią do ciasnej kuchni. Myjąc liście sałaty,
S
R
starała się nie zajmować wiele miejsca. Pokroiła awo-
kado na plasterki. Mimo wszystko ocierali się o siebie,
to było nieuniknione. Kiedy Angus pokroił cebulę
i odwrócił się, by umyć ręce, zderzyli się. Chwycił ją
za ramiona, by nie straciła równowagi. Spotkali się
wzrokiem, a potem spotkały się ich wargi.
Ten pocałunek był jednocześnie pytaniem i potwier-
dzeniem. Czy tego właśnie pragnęli?
- Mam ręce w cebuli. - Angus odsunął się od niej.
- A ja zgniotłam awokado - wydusiła Beth, pewna,
że w jej głosie brak spokoju. - Muszę zrobić nowy
dressing.
Angus mył ręce, a ona przyglądała się jego szero-
kim plecom. Pocałunek sugerował, że czuł to samo
pożądanie, które ją ogarnęło. A może tylko podziałało
wspomnienie dawnej fizycznej rozkoszy?
Zakładając, że to drugie jest prawdą, najlepiej było-
by zignorować pocałunek. I spłukać awokado z pal-
ców, nim zapaskudzi cały dom...
- Najpierw podpiekę cebulę - oświadczył Angus,
trzymając w dłoni mały ręcznik w kolorze dyni. - Dasz
mi jakiś talerz?
Beth wyciągnęła szufladę, gdzie trzymała talerze
kupione głównie na targach staroci albo w antykwaria-
tach. Podała mu pierwszy z brzegu, zła, że akurat ten
znalazł się na górze. Kto wie, co Angus pomyśli o pa- [ Pobierz całość w formacie PDF ]