[ Pobierz całość w formacie PDF ]

głodny?
Jack z głębokim podziwem rozglądał się po pokoju.
- Ale strzeliłeś sobie laboratorium-cmoknął.-Myślałem, że w Ośrodku
masz wszystko.
- Od paru lat nie pracuję w Ośrodku - przerwał nerwowo Crane. Szybko
spacerował wzdłuż działowej szyby. Niczym jaguar na wybiegu, nie
przestając dziwacznie zacierać rąk...
- Naleję sobie podwójną-stwierdził Jack.-Ty nigdy nie przepadałeś za
whisky. Pamiętasz ten nasz wynajęty pokój na stryszku?... Ile to lat!
Pamiętam, jak uprzejmie szedłeś na spacer, aby mnie zostawić z Lucy. -
Tu nagle spoważniał.-Wiesz, od trzech lat Lucy nie żyje.
- Ach, tak! - skomentował gospodarz.
- Po jej śmierci zwinąłem interes. Nie będę się zabijać. Nie mam dla
kogo. Michael nie odzywa się od paru lat... A ty się nie napijesz? Charles
na moment przerwał wędrówkę.
- Na razie nie.
Jack pociągnął tęgi łyk.
- Bardzo ucieszyłem się, że przypomniałeś sobie o mnie.
Po tylu latach.
Naukowiec spojrzał mu w oczy.
- Mam prośbę, Jack.
- W porządku. Wal śmiało. Kłopoty finansowe? Przeczenie.
- Trudności rodzinne?
- Nie mam żadnej rodziny. Jestem sam-padła sucha odpowiedz. - Mam
prośbę, z którą mogę się zwrócić tylko do najstarszego przyjaciela.
- Cieszę się...
- Podejdz do biurka. - Porter spełnił polecenie.-Teraz otwórz trzecią
szufladę. Widzisz?
- Widzę.
- Chciałem cię prosić...-urwał i nabrał więcej powietrza.
-Chciałem cię prosić, żebyś mnie zabił.
Z wrażenia Jack nalał sobie drugą szklaneczkę i wychylił ją
duszkiem.
- Naturalnie żartujesz...-Porter chwycił się tej koncepcji niczym kota
ratunkowego i zaczął się śmiać. - Kupiłem' Ale ci się udało mnie
przestraszyć. Zawsze miałeś głowę do kawałów...
- Mówię zupełnie serio. Kiedy uruchomię dzwignię i otworzę tę szybę,
masz strzelić mi w głowę. Zanim będzie za pózno. Jack gwałtownie
zasunął szufladę.
- Pewnie uważasz, że zwariowałem. Zmienisz zdanie, kiedy zapoznam
cię z faktami. Nie mam innego wyjścia. Po tragedii na półwyspie Charles
Crane długo nie mógł dojść do siebie. Lata minęły, zanim po paśmie
chorób i nerwowych załamań wrócił do pewnej równowagi.
Nieoczekiwanie stał się bogaty, mógł realizować swe naukowe pomysły.
Bardziej niż kiedykolwiek pociągać zaczęła go patologia zbrodni. Proces
bandy zwyrodniałych morderców z półwyspu (wpadli podczas
porachunków przestępczych sekt-Czciciele Szatana sypnęli Wyznawców
Krwi) jego zainteresowania jeszcze pogłębił. Pragnął znalezć odpowiedz
na pytanie, jak rodzi się zbrodnia. Oczywiście, od dawna istniało wiele
teorii dotyczących przestępczości. Ostatnimi laty szczególnie lansowano
koncepcje socjologiczne-wpływ środowisk kryminogennych, alienacja
jednostki w społeczeństwie industrialnym. Inni naukowcy zwracali się
ku koncepcjom uwarunkowań psychologicznych, wskazywali na rolę
dziedziczności, ba, odgrzebywali lombrosowską teorię o związku cech
anatomicznych ze skłonnością do przestępstw.
Szansą Crane'a byt dostęp, jaki w końcu uzyskał do mózgów bandziorów
skazanych na śmierć. Było to jeszcze w czasach, kiedy wykonywano
kary na notorycznych złoczyńcach. Początkowo spotkało go
rozczarowanie-mózg dusiciela jedenastu małych chłopców niczym nie
różnił się od przeciętnych zwojów uczciwego śmiertelnika. Dopiero parę
lat temu okazało się, że nie była to jałowa robota. W śródmóżdżu
niejakiego Lopeza (mózg otrzymał drogą wymiany z Akademią w
Paragwaju) udało się wyodrębnić niezwykły wirus, który upodobał
sobie szczególnie ośrodki kierujące popędami, wolą...
Bojąc się narażenia na śmieszność naukowiec nie ogłosił wirusowej
teorii p rzestępczości. Ale pracował^ dalej. Znajdował dalsze dowody,
odtwarzał przebieg  choroby kryminalnej", w trakcie której rozwijający
się z wolna wirus łamał wszelkie bariery utrzymujące normalnego
człowieka przed działaniem jak dzika bestia... To tłumaczyło nie tylko
degenerację wszelkich grup przestępczości zorganizowanej, wyradzanie
dyktatorskich klik, ale pozwalało zrozumieć, dlaczego w nawet
najbardziej wzorowych zakładach penitencjarnych zamiast do
resocjalizacji dochodzi zazwyczaj do pogłębienia cech kryminalnych
wśród skazanych. Po prostu przestępcy zarażają się od siebie...
Oczywiście, siła i agresywność zbrodniarza zależą od szczepu wirusa.
Egzemplarze uzyskiwane od martwych bandytów były bardzo słabe.
Charles stosował krzyżówki i naświetlenia, l wreszcie otrzymał
niezwykły mutant. Czystą drobinę zła. Nazwał ją ,,supermordercą"...
- Ale po co robiłeś to wszystko, Charley?-przerywa Jack;
- Zamierzałem wyprodukować szczepionkę. Wyobrażasz sobie: świat
bez przestępstw, bez instynktów morderczych, a jeśli wirusowa
koncepcja zła da się uogólnić, być może bez gwałtu, przemocy i wojny.
- Zbyt piękne, żeby było prawdziwe!
Crane milknie na chwilę, nabiera powietrza niczym pływak
przed głębokim nurem.
- A jednak przeżyłem dzień swego triumfu! To było dwa miesiące temu.
Doświadczenia prowadziłem na szczurach i królikach. Zainfekowany
królik na mych oczach zadusił rosłego szczura... Niestety, był to również
dzień mojej klęski. Kiedy po walce przenosiłem królika do jego klatki,
wyrwał się i ukąsił mnie w rękę... Zaraził! Porter patrzy na przyciśniętą
nieomal do szyby twarz przyjaciela i mimowolnie spogląda na zasuniętą
szufladę.
- Tak, Jack. Masz przed sobą nosiciela  supermordercy",
człowieka bez skrupułów, potencjalnie najgrozniejszą bestię
świata...
Przy wyrazie ,,bestia" dziwny grymas przewinął się przez
usta naukowca. Porter nie wierzy.
- Jesteś chory, Charley...
- Tak, jestem bardzo chory, jestem nieuleczalnie chory, śmiertelnie
chory-stopniuje Crane...-Owszem, próbowałem się leczyć, stosowałem
środki farmakologiczne, przetoczyłem krew... Udało mi się jedynie
zahamować rozwój zarazka, utrzymywać go w stanie przygłuszonym.
W tej chwili jestem na narkotycznej blokadzie, chwalić Boga kontroluję [ Pobierz całość w formacie PDF ]