[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Istnieje też ewentualność - Lorna mówiła półgłosem, jakby do siebie -
przechwycenia globu przez Karła już po sporządzeniu mapy. Planeta mogła być kosmicznym
podróżnikiem lub przybłędą, zależnie od punktu widzenia.
- Tak, to jest możliwe. Trzeba porównać składy chemiczne planety i gwiazdy - Philip,
zafrasowany, pocierał dłonią policzek.
- Dotychczas nie ustalono definitywnie, czy nasz Księżyc został kiedyś przechwycony
przez Ziemię, a wy chcecie tutaj... - Walt był wciąż kontra.
- Tutaj problem może być prostszy - uciął Philip. Jaka jest trzecia hipoteza? - zwrócił
się do Lorny.
- Trzecia mieści w sobie wszystkie pozostałe, na których przedstawienie nie stać nas w
tej chwili wydęła wargi w bezgłośnym uśmiechu. - Bo chyba nie sądzisz, że właśnie
dotarliśmy w tych dywagacjach do granic pomysłowości Natury?
- Nie czas na zabawę w słowa - burknął Walt. - Co robimy?
- Należy skompletować standardowy zespół danych o planecie i po powrocie nanieść
go na mapę. To chyba nasz obowiązek - Helena nie miała wątpliwości.
- Też tak myślę - przytaknął Philip. - Tym bardziej że automaty nie uporają się tak
szybko z usterkami naszego statku. Paskudnie nam się wtedy dostało. Czy są pytania?
- Ponieważ i tak nie mamy co robić, możemy rozszerzyć program badań - znów
zaproponowała Helena. - Na przykład: zejście załogowe...
- Jak będzie po co - Walt wzruszył ramionami. Automatyczne sondy zwykle
wystarczają w zupełności. - Nie zapominajcie - Lorna odkaszlnęła, daremnie usiłując pozbyć
się chrypki - że mamy do czynienia z nieco zagadkową planetą, która pojawiła się w tym
miejscu nie wiadomo skąd.
- No właśnie. Może w środku aż roi się od myślących, ale jadowitych jaszczurek albo
wściekłych pasikoników? - zaśmiał się Walt, a Helena zawtórowała mu piskliwym głosem.
- Na wszelki wypadek zastosujemy dodatkowe środki ostrożności - wkroczył Philip. -
No dobrze. Zaczynamy od sondy. To potrwa parę minut.
Lorna stanęła tuż za Waltem, delikatnie objęła oparcie jego fotela. Zdawało się jej, że
dłoń ledwie muskająca silne, męskie ramię sama przenika pod cienką materię koszuli,
prześlizguje się po gładkiej skórze, chłonie ciepło napiętych mięśni. Trwało to chwilę,
sekundę, a może minutę, godzinę?
Otrząsnął się niecierpliwie, jakby odganiał natrętną muchę, lecz to przelotne
dotknięcie wystarczyło jej, aby sufit, ściany i aparaturę pokryły niecierpliwie pełgające jęzory
płomieni, aby Czerwony Karzeł napuścił przez otwarte monitory czeredę niesfornych
gnomów, pilnie strzegących zakazanego, upragnionego skarbu. Pod czaszką, w tyle głowy i
na skroniach, poczuła znajomy ucisk, powodujący zamazanie postrzeganego obrazu.
- Zrobić ci kawy? Mamy przecież przerwę w programie - obcy głos przechodził przez
jej gardło, ze zdziwieniem słuchała melodyjnych, głębokich dzwięków, pokrytych delikatną
patyną zmysłowej chrypki, które posłuszne komu? czemu? układały się w głoski, sylaby i
słowa.
- Dziękuję. Nie mam ochoty - aż skuliła się, obronnym gestem wciągnęła głowę w
ramiona, przygarbiła plecy. Lecz przed dudniącym głosem nie było schronienia,
rozbrzmiewał bowiem we wnętrzu jej głowy, targał brutalnie pajęczą konstrukcję ucha
wewnętrznego, wbijał się kaskadą grzmiących dzwięków w sam środek mózgu.
- A może jednak, i tak tam idę, sama mam ochotę prosiła nie dając za wygraną,
zniżając głos do szeptu nabrzmiałego pokorą i niepokojem.
- Sam sobie zrobię, nie potrzebuję kelnerki - Walt podniósł się gwałtownie, boleśnie
przyciskając jej dłoń do oparcia. Syknęła bardziej po to, by zwrócić jego uwagę.
- Przepraszam - mruknął, będąc już w połowie drogi do kuchni. Poszła za nim sztywno
jak automat, odprowadzana uważnym spojrzeniem Philipa i Heleny. - Wariatka - szepnęła
odrobinę za głośno.
- Raczej biedna kobieta - Philip próbował mówić spokojnie, lecz głos drgał mu [ Pobierz całość w formacie PDF ]