[ Pobierz całość w formacie PDF ]

grad strzał. Jedna rozdarła mu lewe przedramię. Rana nie była głęboka. Zdarzało mu się już
walczyć cały dzień, nosząc tuzin podobnych, a ta bitwa z pewnością nie potrwa tak długo.
Strzała nie wyrządziła Cymmerianinowi większej krzywdy, ale niewiele brakowało, by
uczynił to Girumgi, który leżał tuż za nim. Gdy Conan się wycofywał, chwycił go za kostki i
pociągnął. Większość ludzi mogłaby równie dobrze próbować poruszyć góry Kezankian, ale
koczownik był wielkim mężczyzną i miał w sobie desperację umierającego. W chwili gdy
złapał barbarzyńcę, ten stracił równowagę. Zachwiał się, ale padając zdołał jeszcze rozpocząć
atak. Jego pięść otarła się o szczękę mężczyzny, lecz głowa nie otarła się, a uderzyła o
wystającą skałę. Czaszka mniej twarda z pewnością by pękła, a nawet i Cymmerianin
zobaczył ciemność, w której tańczyły płomienie. Wtedy umierający Girumgi przetoczył się na
niego, mierząc sztyletem w gardło.
Jednak sztylet nie sięgnął celu. Za koczownikiem stanęła szczupła postać i miecz o złotej
rękojeści spadł na niego jak gniew Croma. Czaszka nomady rozpadła się na dwie części, a
jego sztylet osunął się na pierś Conana. Do tego czasu Cymmerianin mógł już skupić wzrok
dostatecznie, aby rozpoznać przybysza.
 Khezal! Na hełm Erlika, przybywasz w samą porę!
 Musisz być poważnie ranny, mój przyjacielu, gdyż twoja mowa jest tak dworna, że aż
sprzeciwia się to naturze.
 Czy chciałbyś, abym wstał i udusił cię, aby dowieść czegoś wręcz przeciwnego?
 Bynajmniej. Jeśli mógłbym prosić o niektóre z tych klejnotów&
 Te należące do mnie, jak mniemam. Jeśli wezmiesz jakikolwiek z części Afghuli,
zrzucę cię głową w dół do suchej studni, a potem pogrzebię pod wielbłądzim łajnem.
Khezal udał, że się zżyma, a potem odwrócił głowę, by przysłuchać się odległemu
dzwiękowi, którego Conan nie mógł słyszeć, gdyż wciąż jeszcze huczało mu w uszach.
 To sierżant, który oblegał twoich zbiegłych Afghuli  wyjaśnił Turańczyk.
 A co on tutaj robi?
 Kiedy ja się o tym dowiem, ty będziesz następny. Zdążył mi tylko powiedzieć, że on i
jego ludzie wypędzili konie koczowników z doliny, a teraz ścigają uciekinierów na piechotę.
 Lepiej ich niż mnie  powiedział Conan. Spróbował usiąść, a ziemia zakołysała się
tylko umiarkowanie.
 Hej tam! Nosze dla kapitana Conana!  krzyknął Khezal.
 Odnosiłem już cięższe obrażenia, wypadłszy z kolebki  przekomarzał się
Cymmerianin.
 Ale wtedy nie było to tak wysoko jak teraz, kiedy już urosłeś  powiedział Khezal.
Pchnął przy tym Cymmerianina tak, iż ten się położył. Fakt, że Turańczyk mógł to zrobić, a
on nawet nie próbował się, temu sprzeciwić, przekonał nawet Conana, iż powinien
pozostawić losy bitwy w rękach Khezala. Nie wątpił, że odniosą w niej zdecydowane
zwycięstwo, nawet jeśli nie wiedział jeszcze dokładnie, w jaki sposób. Obawiał się, że więcej
czasu zajmie mu odkrycie, czy była to ostatnia potyczka, jaką przyszło im stoczyć w czasie
wyprawy w góry Kezankian, czy też, jak podejrzewał, tylko pierwsza z wielu.
Były to jednak zbyt poważne rozważania dla mężczyzny, którego boli głowa, więc Conan
przyjął wygodną pozycję i poczekał na nosze.
Kapitan Muhbaras jechał w kierunku swych kwater. Zazwyczaj chodził tędy na piechotę,
ponieważ ścieżka była zbyt stroma dla koni, a godność wojownika nie pozwalała mu dosiadać
osła. Dziś jednak więcej godności utraciłby spadając prosto na nos i staczając się w dół, niż
jadąc na ośle. Jego nogi nie były tak słabe od czasu, gdy po raz pierwszy maszerował z całym
oddziałem od świtu do zachodu słońca. Pani Mgieł patrzyła na niego jak na mężczyznę. W to
nie wątpił. Na domiar złego uczyniła to w obecności Panien, które mogły być nielojalne albo
niedyskretne. Tak więc, jakiekolwiek czarodziejka miała myśli, być może nie są już
tajemnicą.
To, że Pani Mgieł rozważała taką rzecz w podobny sposób, nie mogło skończyć się
szczęśliwie. Istniały różne opowieści o losie kochanków wiedzm, a żadna z nich nie
pozostawiała wiele nadziei na uniknięcie strasznego losu. Z drugiej strony obrażenie Pani
Mgieł odbierałoby nadzieję na bezpieczeństwo dla jego ludzi. Już raz nimi zaryzykował, aby
ocalić swój honor, i cudem albo za sprawą kaprysu czarodziejki, która jeszcze była kobietą,
udało im się wszystkim ujść cało. Za drugim razem los może nie okazać się aż tak łaskawy.
 A więc Girumgi zamierzają wzniecić rebelię?  zapytał Conan.
 Na to wygląda  odparł Khezal.
 Zatem jedna zagadka rozwiązana  Cymmerianin odchrząknął i nalał sobie wina do
pucharu.
 Jesteś pewien, że powinieneś& ?  zaczął Khezal.
 Jestem pewny, że nie po to uczyłeś się rzemiosła wojennego od Khadyjara i swojego
ojca, aby być moją niańką  burknął Conan.  Głowa już prawie mnie nie boli, choć widzę
tylko to, co jest przede mną. Nie wymiotowałem jednak ani nie straciłem przytomności.
 To dowodzi, że głowy Cymmerian są naprawdę twardsze od kamieni  wtrącił Farad.
Conan rozłożył w powietrzu ręce udając wstręt.
 Skoro moja głowa nadaje się już do myślenia, to może pomyślimy, co robić dalej?
Jeniec, którego wziął Conan, pochodził z klanu Ekinari. Syn wodza Ekinari zawarł
braterstwo krwi z wodzem Girumgi. To wyjaśniało, dlaczego Ekinari jechali razem z
Girumgi, ale pozostawało jeszcze pytanie, czemu nie walczyli ramię przy ramieniu.
 Nawet gdybyś znał mowę tego plemienia, to nie mógłbyś uzyskać odpowiedzi od tego
mężczyzny, ponieważ on sam jej nie zna  kontynuował Khezal.  Nie pomaga również w
tej sprawie fakt, że reszta klanu uciekła, jakby następowało im na pięty pięćdziesiąt
demonów.
 Demony, a może wszyscy pozostali Girumgi?  powiedział Farad. [ Pobierz całość w formacie PDF ]