[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wyblakłym napisem głoszącym "Goldberg Pharmacy". Kiedy
wysiadłem, Raquel objął mnie ramieniem. Bił od niego
zapach aqua-velva i mimo woli pomyślałem, że w jego
przypadku ten zapach kojarzy się prawidłowo.
 Tak mi przykro - szepnął.
 Dziękuję.
Puścił mnie i znów mogłem oddychać. Płakał. Azy rozmazały
mu makijaż i spływały po twarzy. Kolorowe smugi mieszały
się i rozchodziły w gęstwinie zarostu, tak że wyglądał
jak świeczka na opakowaniach prezentów od Spencera.
- Abe i Sadie są w środku - powiedział. - Czekają na was.
Squares kiwnął głową i wszedł do apteki. Ja za nim.
Zapach kojarzył mi się z odświeżaczem powietrza w
kształcie choinki, zawieszonym na samochodowym lusterku.
Strona 128
Bez pozegnania
Sięgające pod sufit półki były wypełnione po brzegi.
Zauważyłem bandaże, dezodoranty, szampony i lekarstwa na
kaszel, poukładane bez ładu i składu.
Pojawił się staruszek w połówkowych okularach na
łańcuszku. Nosił białą koszulę i wełniany pulower. Włosy
miał nastroszone, gęste i siwe, przypominające upudrowaną
perukę wiktoriańskiego sędziego. Krzaczaste brwi nadawały
mu sowi wygląd.
- Patrzcie! To pan Squares!
Objęli się i staruszek poklepał Squaresa po plecach.
- Dobrze wyglądasz - powiedział.
 Ty też, Abe.
 Sadie! - zawołał. - Sadie, jest tu pan Squares.
 Kto?
 Gość od jogi. Ten z tatuażem.
 Na czole?
 To on.
Potrząsnąłem głową i nachyliłem się do Squaresa.
 Czy jest ktoś, kogo nie znasz?
Wzruszył ramionami.
 Wiodłem czarujący żywot.
Sadie, staruszka mająca metr pięćdziesiąt w kapeluszu w
najwyższych szpilkach, wyszła zza pierwszego stołu.
Spojrzała na Squaresa i zmarszczyła brwi.
 Schudłeś.
 Zostaw go w spokoju - rzekł Abe.
 Cicho bądz. Dobrze się odżywiasz?
 Jasne - odparł Squares.
 Jesteś chudy. Skóra i kości.
 Sadie, zostaw człowieka w spokoju.
 Cicho bądz. - Uśmiechnęła się konspiracyjnie. Zrobiłam
pudding. Chcesz trochę?
 Może pózniej, dzięki.
 Zapakuję ci porcję.
 Byłoby miło, dziękuję. - Squares odwrócił się do mnie.
- To mój przyjaciel, Will Klein.
Para staruszków spojrzała na mnie smutnymi oczami.
 Jej chłopak?
 Tak.
Przyjrzeli mi się uważnie. Potem popatrzyli po sobie.
 No, nie wiem - rzekł Abe.
 Możecie mu zaufać - powiedział Squares.
 Może tak, a może nie. Jesteśmy tu jak spowiednicy. Nie
powtarzamy tego, co usłyszymy. Wiesz o tym. A ona bardzo
na to nalegała. Mieliśmy nikomu nie mówić.
 Wiem.
 Zaczniemy mówić i co będzie?
Strona 129
Bez pozegnania
 Rozumiem.
 Jak zaczniemy mówić, mogą nas zabić.
 Nikt się nie dowie. Daję wam słowo.
Para staruszków jeszcze przez chwilę spoglądała po sobie.
- Raquel - powiedział Abe - to dobry chłopiec. I ta
dziewczyna. Nie wiem, czasem zupełnie nie rozumiem.
Squares podszedł do nich.
- Potrzebujemy waszej pomocy.
Sadie wzięła męża za rękę tak intymnym gestem, że miałem
ochotę się odwrócić.
 To była taka piękna dziewczyna, Abe.
 I taka miła - dodał.
Westchnął i spojrzał na mnie. Drzwi otworzyły się i
zabrzmiał gong. Wszedł zaniedbany czarnoskóry mężczyzna i
powiedział:
 Przysłał mnie Tyrone.
Sadie ruszyła za stół.
 Ja się panem zajmę - powiedziała.
Abe wciąż mi się przyglądał. Spojrzałem na Squaresa. Nic
z tego nie rozumiałem. Zdjął przeciwsłoneczne okulary.
- Proszę, Abe - rzekł - to ważne.
Aptekarz podniósł rękę.
- Dobrze, dobrze, nie rób takiej miny. - Wskazał nam
drogę. - Chodzcie tędy.
Uniósł podnoszony blat i przeszliśmy za kontuar.
Ruszyliśmy na zaplecze. Minęliśmy stosy tabletek,
buteleczek, torebek z lekarstwami, mozdzierze i wagi. Abe
otworzył drzwi i zeszliśmy do piwnicy.
- Robimy to tutaj - oznajmił.
Niewiele widziałem. Tylko komputer, drukarkę i cyfrową
kamerę do zdjęć. To prawie wszystko. Spojrzałem na Abego,
a potem na Squaresa.
 Czy ktoś może mnie oświecić?
 Postępujemy ostrożnie - wyjaśnił Abe. - Nie
przechowujemy plików. Jeśli policja zechce zarekwirować
komputer, proszę bardzo. Niczego nie znajdą. Wszystkie
informacje mamy tutaj. - Postukał się w czoło palcem
wskazującym. - Z każdym dniem coraz więcej ich ginie
bezpowrotnie, mam racje, Squares?
Abe zauważył moją minę.
 Wciąż nie kapujesz?
 Wciąż nie kapuję.
 Lewe dokumenty - wyjaśnił Abe.
 Och.
 Nie mówię o takich, dzięki którym nieletni mogą kupić
sobie drinka.
 Rozumiem.
Strona 130
Bez pozegnania
Zniżył głos.
 Wiesz coś o tym?
 Niewiele.
 Mówię o papierach dla ludzi, którzy muszą zniknąć,
zdematerializować się. Zacząć wszystko od nowa. Masz
kłopoty? Raz-dwa i sprawię, że znikasz. Zupełnie jak
magik. Jeśli musisz wyjechać, aby nikt cię nie znalazł,
nie idziesz do biura podróży. Przychodzisz do mnie.
 Jasne - powiedziałem. - Jest spore zapotrzebowanie na
pańskie... - nie byłem pewien, jak to nazwać ...usługi?
 Zdziwiłbyś się. Och, to nie jest miłe zajęcie.
Przeważnie przychodzą ci, którzy naruszyli warunki
zwolnienia albo wyszli za kaucją lub są poszukiwani przez
władze. Obsługujemy również mnóstwo nielegalnych
imigrantów. Chcą zostać w kraju, no to robimy z nich
obywateli. - Uśmiechnął się do mnie. - Od czasu do czasu
pojawia się ktoś milszy.
 Taki jak Sheila - domyśliłem się.
 Właśnie. Chcesz wiedzieć, jak to się robi?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Abe znowu zaczął mówić.
- To nie tak jak w filmach telewizyjnych - powie dział. -
W telewizji to zawsze jest skomplikowane. Szukają
jakiegoś zmarłego dzieciaka, a potem listownie proszą o
jego metrykę albo coś w tym stylu. Wykonują wiele bardzo
skomplikowanych czynności.
 Tymczasem...?
 Tak się tego nie robi. - Usiadł przy komputerze i
zaczął stukać w klawisze. - Przede wszystkim, trwałoby to
za długo.
 Po drugie, w czasach Internetu, sieci i innych takich
bzdur martwi szybko stają się umarłymi. Nie da się
przedłużyć im życia. Umierasz i twój numer ubezpieczenia
także. W przeciwnym wypadku mógłbym wykorzystać numery
ubezpieczenia zmarłych staruszków albo ludzi, którzy
zmarli w średnim wieku. Rozumiesz?
 Tak sądzę - odrzekłem. - Jak pan tworzy fałszywą
tożsamość?
 Wcale jej nie tworzę - odparł z szerokim uśmiechem Abe.
- Wykorzystuję prawdziwe.
 Nie nadążam.
Abe zmarszczył brwi, patrząc na Squaresa.
 Wydawało mi się, że mówiłeś, że pracował na ulicach.
 Dawno temu - wyjaśnił Squares.
 No dobrze, zobaczymy. - Abe Goldberg znowu się do mnie
odwrócił. - Widziałeś tego człowieka na górze. Tego,
który przyszedł po was.
 Tak.
Strona 131
Bez pozegnania
 Wygląda na bezrobotnego, prawda? I pewnie bezdomnego.
 Trudno powiedzieć.
 Zapomnij o politycznej poprawności. Wyglądał na
włóczęgę, prawda?
 Być może.
 Mimo to jest obywatelem. Ma nazwisko. Matkę. Urodził
się w tym kraju. A więc... - Uśmiechnął się i teatralnym
gestem machnął ręką. - Ma również numer ubezpieczenia
społecznego. Może nawet prawo jazdy, być może takie, [ Pobierz całość w formacie PDF ]