[ Pobierz całość w formacie PDF ]

elektryczności i telefoniczny. W holu przekręciliśmy kontakt. Skąpe światło rozproszyło
mrok i ujrzeliśmy zaniedbane, lekko cuchnące stęchlizną wnętrze. Hol, a w zasadzie
wąski korytarz, miał czworo drzwi i odpadający tynk. Po skrzypiącej drewnianej
podłodze przeszliśmy do kuchni. Jedynymi elementami umeblowania były tutaj stół oraz
kredens. O niedawnej obecności albinosa w tym pomieszczeniu świadczyły: elektryczna
kuchenka, zabrudzona umywalka wypełniona talerzami i garnkami, niedopałki
papierosów na talerzu, jeszcze ciepła kawa oraz stary telefon na parapecie.
Ale największego odkrycia dokonała Zośka. Wśród niedopałków i zmiętych paczek po
papierosach znalazła jedną po chesterfieldach! A pod stołem znajdowała się mała,
podręczna walizeczka. Jej zawartość wprawiła nas w największe zdumienie. Po otwarciu
jej ujrzeliśmy bowiem zestaw peruk, sztucznych wąsów i innych charakteryzatorskich
akcesoriów.
- Niesłychane - skomentował nasze odkrycie magister Rzepka próbując przymierzyć
jedną z peruk. - Niesłychane.
- Proszę niczego nie dotykać aż do przyjazdu policji - upomniałem go.
Nagle usłyszeliśmy dochodzące z tylnej części domu ciche pojękiwania. Triumfalnym
wzrokiem spojrzeliśmy po sobie i natychmiast tam pobiegliśmy. Musiałem zapalić
latarkę, gdyż w pomieszczeniu nie było światła. Na podłodze małego pokoju bez mebli
ujrzeliśmy leżącego i skrępowanego sznurem Stefana. Mrużył oczy przed światłem
latarki.
- Stefan! - krzyknęła radośnie Zośka.
- To ty, Zosiu? - zajęczał młody człowiek.
- A ja! - dumnie odparła. - Jesteśmy tu z Panem Samochodzikiem i magistrem Rzepką.
A Paweł ściga porywacza!
- Witaj, Stefanie! - przywitałem go i omiotłem światłem latarki naszą trójkę. - Nic ci
nie jest?
- Z natury jestem odważny jak wszyscy Petersonowie - rzekł dumnie, gdy
pomagaliśmy mu wstać. Zmęczenie i cierpienie nie odebrały mu radości z naszego
widoku. - Słabo nas tu karmili, ale na szczęście nie torturowali.
- Nas? - zdumieliśmy się.
- Za tymi drzwiami są pozostali!
Poświeciłem we wskazanym kierunku i dopiero teraz w świetle latarki odsłoniły się
wąskie drzwi prowadzące do magazynku. Weszliśmy. W kącie leżało dwóch
skrępowanych młodych ludzi w wieku czternastu lat. To byli podopieczni pana Andrzeja.
To ich widzieliśmy z Zośką kręcących się wczoraj w porcie we Fromborku. To ich
56
zdjęcia znalazł Paweł podczas nocnej wizyty w klubie. Byli wystraszeni, niemalże trzęśli
się ze strachu, ale kiedy przedstawiłem się, odetchnęli z ulgą.
- Jak się nazywacie, koledzy?
- Ja jestem  Fiolka , a kolega obok to  Encyklopedia - usłyszeliśmy cichy głos
jednego.
- Zapewne powszechna? - zażartowała siostrzenica.
- Zosiu! - upomniałem ją natychmiast. - Nie obrażaj więzniów. Trzeba ich rozwiązać.
- Dokładnie! - odezwał się  Fiolka . - Mój kolega  Encyklopedia , to prawdziwa...
encyklopedia wielotomowa.
- Za to twoja wiedza zmieściłaby się w zwykłej fiolce - odparował drugi.
- Spokojnie, chłopcy - wkroczyłem do akcji jako rozjemca. - To tylko żarty, chociaż
miejsce do tego nieodpowiednie. Zośka ma cięty język.
- Na własnej skórze odczułem to na plaży we Fromborku - rzekł do siebie  Fiolka .
Pomogliśmy im rozsupłać więzy i wyszliśmy do oświetlonego korytarza.
- Oczom nie wierzę, że wreszcie stoimy sam na sam z Panem Samochodzikiem? Nie
do wiary!
- Tak, to prawda, kolego podrywaczu - rzuciła gniewnie Zośka. - Szpiclowaliście nas
we Fromborku, ale wujek was zauważył? Chcieliście nas przechytrzyć, co? A teraz my
was ratujemy!
 Fiolka był wysokim i bardzo chudym chłopcem o piegowatej twarzy zdradzającej
cechy urwisa. Nieco grubszej postury  Encyklopedia miał inteligentne spojrzenie i
chyba bardziej od rówieśnika cenił rozwagę.
- To było tak. Poszliśmy na hamburgera, bo zgłodnieliśmy - kontynuował  Fiolka - i
jeszcze jakiś czas kręciliśmy się po rynku, gdy niespodziewanie ktoś przyłożył nam do
ust waciki z czymś śmierdzącym...
- To był eter - wyjaśnił  Encyklopedia . - Z domieszką halotanu albo chloroformu.
- I ocknęliśmy się dopiero tutaj - dodał  Fiolka .
Rozmowa odbywała się w języku polskim, więc szybko wyjaśniłem Stefanowi, kim są
chłopcy i jak się tutaj znalezli.
- Mnie też ktoś załatwił eterem - westchnął młody Petersen.
Na szczęście trzymał się niezle. A i dwaj pozostali również wyglądali na zdrowych.
- Jak nas znalezliście? - zapytał Stefan.
- Pomogła nam w tym taśma od porywaczy z twoim nagraniem - wyjaśniła szybko
Zośka. - W tle nagrania usłyszeliśmy kormorany, a Mierzeja Wiślana jest przecież ich
krainą.
Wszyscy chłopcy z uznaniem pokiwali głowami.
- A dlaczego nas śledziliście? - zapytałem  Fiolkę i  Encyklopedię .
- Bo my... bo my... no wie pan... jest pan naszym idolem - zawstydzili się. - Chcieliśmy
na osobności porozmawiać z panem o tym, co nam się przydarzyło rok temu na obozie.
Ale musieliśmy być bardzo ostrożni.
- Widzę, że macie wiele do powiedzenia - poklepałem ich po plecach. - To mnie cieszy.
Ale wszystko opowiecie pózniej. Teraz musicie odpocząć.
Nagle usłyszeliśmy wołanie magistra Rzepki dochodzące z innego pomieszczenia:
- Panie Tomaszu! Panno Zosiu! Chodzcie tutaj! Tu jest ktoś jeszcze!
Zaskoczeni pobiegliśmy do magistra. Widać Rzepka musiał węszyć po domu, kiedy
my gawędziliśmy na korytarzu z chłopcami.
57
- Patrzcie! - krzyknął, gdy znalezliśmy się w pierwszym pomieszczeniu po prawej.
Był to niewielki przedsionek bez okna, prowadzący do ostatniego pomieszczenia
służącego niegdyś jako laboratorium. Zwiatło wpadające z korytarza oświetlało
zakneblowanego mężczyznę ubranego na sportowo. Był przywiązany do regału
przymocowanego na stałe do ściany. Inteligentne brązowe oczy wpatrywały się w nas z
zainteresowaniem, ale nie było w nich strachu.
- Znalazłem go przypadkowo! - ryczał na całe gardło podekscytowany magister. -
Szperałem wszędzie i znalazłem drania.
- Dlaczego od razu drania? - zapytałem oburzony. Nie lubiłem, gdy ktoś rzuca na wiatr
nieuzasadnione oskarżenia.
- Spójrzcie na tę zuchwałą twarz i przenikliwe spojrzenie - oburzył się. - Toż to
prawdziwy gangster.
Ale facet wyglądał przyzwoicie. Miał lekko szpakowate włosy, wydatny nos oraz [ Pobierz całość w formacie PDF ]